Bociany przyleciały
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl

Podczas sobotniej premiery w Teatrze Animacji było gorąco, nie tylko dlatego, że część akcji spektaklu pt. "Odlot" , w reżyserii i z ciekawym pomysłem budowy lalek autorstwa Janni Younge, dzieje się w Afryce, lecz również za sprawą bardzo aktualnego tematu przedstawienia. Publiczność obejrzała historię o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, poszanowaniu drugiej osoby, emigracji, pomocy i przyjaźni.

Artyści poznańskiej sceny lalkowej już dawno nie zwracali się tak poważnie do młodego widza. Przedstawiają historię białego bociana Fryderyka, który urodził się na Czarnym Lądzie. Rodzice mówią na niego Nanji, aby go chronić i uczynić podobnym do okolicznych mieszkańców. Czarne bociany, wśród których się wychowuje, nieustannie mu dokuczają dlatego, że różni się wyglądem. Fryderyk ma tylko jedną afrykańską przyjaciółkę - Fantu. Młody bocian nie może się doczekać odlotu z rodzicami do Europy. Gdy agresja wobec niego narasta, decyduje się lecieć bez nich, wcześniej. Towarzyszy mu Fantu. W tej historii nie ma jasnego podziału na białe i czarne. W Europie Fantu będzie jedynym czarnym bocianem. Doświadczy wrogości podobnej do tej, jaka wcześniej dotknęła jej przyjaciela. Twórcy, żeby nie przytłoczyć publiczności smutkiem, wplatają w opowieść kilka lżejszych wątków. Bawi relacja między rodzicami Fryderyka, w której silny i zdecydowany ojciec stale ustępuje roztrzepanej, emocjonalnej żonie. Rozśmieszają pelikany, gdy tłumaczą młodym bocianom, czym jest dobro.

Bociany z lampasami

Mali widzowie koncentrują uwagę na historii, ale także na formie przekazu. Ogromny zachwyt wywołują lalki dużych rozmiarów. O wielkich problemach artyści mówią za pomocą wielkich animantów. Lalki młodych bocianów przypominają prawdziwe ptaki. Zazwyczaj animuje je jedna osoba, ubrana na czarno. Obserwowanie, jak Julianna Dorosz i Igor Fijałkowski sprawnie jedną ręką ożywiają głowę, drugą tułów, a stopą wprawiają w ruch nogę ptaka, to sama przyjemność. Dorosłe bociany skonstruowano na innej zasadzie. Animator ubrany w czarną bluzkę i czarne spodnie z czerwonymi lampasami, imitującymi ptasie nogi, odpowiada za ruch głowy i lewego skrzydła. Towarzyszący mu artysta animuje prawe skrzydło. W bardziej dynamicznych sekwencjach mniejsze i większe animanty obsługuje nawet troje animatorów. Pelikany grają lalki parawanowe. Flamingi mają głowy animowane ręką animatora, ptasie tułowia nałożone na biodra artystów i nogi z lampasów. Taka konstrukcja sprawia, że flamingom brakuje delikatności oraz smukłości, ale Marcin Chomicki i Marcin Ryl-Krystianowski brak lekkości nadrabiają grą pełną uroku.

Publiczność z ciekawością podziwia, jak lalki parawanowe współgrają z cieniowymi. Śmieje się, gdy animatorzy bawią się formą w scenie z filozofującym marabutem, którego szyja celowo błądzi, a nogi gubią tułów. Jednak największy entuzjazm wzbudzają realistyczne, mroczne sekwencje, kiedy ptaki rozpościerają skrzydła i toczą między sobą bitwy lub zrywają się do lotu. Przestrzeń sceny wydaje się wtedy zbyt ciasna. Miejscem gry staje się wówczas widownia, a nawet foyer.

Klekot o szczęściu

Swobodę ruchu zapewnia minimalistyczna scenografia. Dwie niewielkie wysepki z gałązkami umieszczone z przodu sceny w pierwszej części raz symbolizują suche afrykańskie zarośla, raz gniazdo. W drugiej części te same wysepki oświetlone zielonym światłem stają się europejską łąką. W głębi sceny pojawia się tkanina, która stanowi taflę wody, parawan dla animantów lub horyzont z cieniowym pejzażem. Gesty i słowa zastępują rekwizyty, np. gdy pelikan dzieli się z Fantu rybą. Atmosferę buduje muzyka idealnie zespolona ze światłem. Nie brakuje chwil grozy, gdy leje deszcz, wieje wiatr, grzmi i błyska się. W łagodnym świetle szczęście na każdym z kontynentów brzmi inaczej. Artyści śpiewają lekkie piosenki do muzyki etnicznej lub poloneza. Najwspanialszą muzykę stanowi klekotanie bocianich dziobów.

"Odlot" to intrygująca lekcja tolerancji. Skuteczna, bo nieliczne chwile, gdy na scenie trochę zazgrzytało, widzowie traktowali z wyrozumiałością. Przecież to był dopiero pierwszy długi lot Fryderyka, pierwszy spektakl.

Data publikacji:
6.02.2017

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

 

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Bociany przyleciały
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl

Podczas sobotniej premiery w Teatrze Animacji było gorąco, nie tylko dlatego, że część akcji spektaklu pt. "Odlot" , w reżyserii i z ciekawym pomysłem budowy lalek autorstwa Janni Younge, dzieje się w Afryce, lecz również za sprawą bardzo aktualnego tematu przedstawienia. Publiczność obejrzała historię o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, poszanowaniu drugiej osoby, emigracji, pomocy i przyjaźni.

Artyści poznańskiej sceny lalkowej już dawno nie zwracali się tak poważnie do młodego widza. Przedstawiają historię białego bociana Fryderyka, który urodził się na Czarnym Lądzie. Rodzice mówią na niego Nanji, aby go chronić i uczynić podobnym do okolicznych mieszkańców. Czarne bociany, wśród których się wychowuje, nieustannie mu dokuczają dlatego, że różni się wyglądem. Fryderyk ma tylko jedną afrykańską przyjaciółkę - Fantu. Młody bocian nie może się doczekać odlotu z rodzicami do Europy. Gdy agresja wobec niego narasta, decyduje się lecieć bez nich, wcześniej. Towarzyszy mu Fantu. W tej historii nie ma jasnego podziału na białe i czarne. W Europie Fantu będzie jedynym czarnym bocianem. Doświadczy wrogości podobnej do tej, jaka wcześniej dotknęła jej przyjaciela. Twórcy, żeby nie przytłoczyć publiczności smutkiem, wplatają w opowieść kilka lżejszych wątków. Bawi relacja między rodzicami Fryderyka, w której silny i zdecydowany ojciec stale ustępuje roztrzepanej, emocjonalnej żonie. Rozśmieszają pelikany, gdy tłumaczą młodym bocianom, czym jest dobro.

Bociany z lampasami

Mali widzowie koncentrują uwagę na historii, ale także na formie przekazu. Ogromny zachwyt wywołują lalki dużych rozmiarów. O wielkich problemach artyści mówią za pomocą wielkich animantów. Lalki młodych bocianów przypominają prawdziwe ptaki. Zazwyczaj animuje je jedna osoba, ubrana na czarno. Obserwowanie, jak Julianna Dorosz i Igor Fijałkowski sprawnie jedną ręką ożywiają głowę, drugą tułów, a stopą wprawiają w ruch nogę ptaka, to sama przyjemność. Dorosłe bociany skonstruowano na innej zasadzie. Animator ubrany w czarną bluzkę i czarne spodnie z czerwonymi lampasami, imitującymi ptasie nogi, odpowiada za ruch głowy i lewego skrzydła. Towarzyszący mu artysta animuje prawe skrzydło. W bardziej dynamicznych sekwencjach mniejsze i większe animanty obsługuje nawet troje animatorów. Pelikany grają lalki parawanowe. Flamingi mają głowy animowane ręką animatora, ptasie tułowia nałożone na biodra artystów i nogi z lampasów. Taka konstrukcja sprawia, że flamingom brakuje delikatności oraz smukłości, ale Marcin Chomicki i Marcin Ryl-Krystianowski brak lekkości nadrabiają grą pełną uroku.

Publiczność z ciekawością podziwia, jak lalki parawanowe współgrają z cieniowymi. Śmieje się, gdy animatorzy bawią się formą w scenie z filozofującym marabutem, którego szyja celowo błądzi, a nogi gubią tułów. Jednak największy entuzjazm wzbudzają realistyczne, mroczne sekwencje, kiedy ptaki rozpościerają skrzydła i toczą między sobą bitwy lub zrywają się do lotu. Przestrzeń sceny wydaje się wtedy zbyt ciasna. Miejscem gry staje się wówczas widownia, a nawet foyer.

Klekot o szczęściu

Swobodę ruchu zapewnia minimalistyczna scenografia. Dwie niewielkie wysepki z gałązkami umieszczone z przodu sceny w pierwszej części raz symbolizują suche afrykańskie zarośla, raz gniazdo. W drugiej części te same wysepki oświetlone zielonym światłem stają się europejską łąką. W głębi sceny pojawia się tkanina, która stanowi taflę wody, parawan dla animantów lub horyzont z cieniowym pejzażem. Gesty i słowa zastępują rekwizyty, np. gdy pelikan dzieli się z Fantu rybą. Atmosferę buduje muzyka idealnie zespolona ze światłem. Nie brakuje chwil grozy, gdy leje deszcz, wieje wiatr, grzmi i błyska się. W łagodnym świetle szczęście na każdym z kontynentów brzmi inaczej. Artyści śpiewają lekkie piosenki do muzyki etnicznej lub poloneza. Najwspanialszą muzykę stanowi klekotanie bocianich dziobów.

"Odlot" to intrygująca lekcja tolerancji. Skuteczna, bo nieliczne chwile, gdy na scenie trochę zazgrzytało, widzowie traktowali z wyrozumiałością. Przecież to był dopiero pierwszy długi lot Fryderyka, pierwszy spektakl.

Data publikacji:
6.02.2017

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

 

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Zima wasza, wiosna nasza. A księżyc wspólny
Marta Kaźmierska, Gazeta Wyborcza
Białe, polskie bociany tańczą tu z namaszczeniem poloneza, jak aktorzy w "Panu Tadeuszu" Andrzeja Wajdy. Czarne bociany na czarnym lądzie na widok białego kolegi wykrzykują "Afryka dla Afrykanów". "Odlot" najnowsza premiera Teatru Animacji w Poznaniu ? to rzecz o tym, jak traktujemy przybyszów. Nie tylko dla dzieci. I na pewno bardzo na czasie.

Mały biały bocian Nanji (przez rodziców zwany Fryderykiem) wykluwa się nie tam, gdzie powinien. Jest synem białych ptaków, które przyleciały do Afryki na zimę. Cały czas żyje ze świadomością, że niedługo wróci do „prawdziwej ojczyzny”. Czeka na to, bo miejscowe czarne bociany traktują go źle.

Na szczęście Nanji-Fryderyk zaprzyjaźnia się z młodą czarną bocianicą Fantu. Razem wpadają na zwariowane pomysły. Jeden z nich zaprowadzi ich w daleką podróż – do Europy („do Erłopy, do Erłopy!” – powtarza w kółko Fantu). Tam biały ptak ma nadzieję poczuć wreszcie, że jest u siebie. Rzeczywistość okaże się brutalna, ale twórcy spektaklu zostawiają widza z nadzieją. Przypominają, że dom jest tam, gdzie ci, których kochamy. A księżyc, oglądany z różnych punktów kuli ziemskiej, wygląda tak samo.

Dlaczego bohaterami „Odlotu” są właśnie bociany?

– Przez wiele miesięcy z reżyserką spektaklu, Janni Younge, szukałyśmy tematu, który połączyłby nasze dwa światy, był dla nas takim wspólnym mianownikiem – opowiadała przed premierą Malina Prześluga, autorka dramatu, na podstawie którego powstał „Odlot”.

Janni Younge, nagradzana na całym świecie reżyserka i autorka lalek, mieszka w RPA. Ptaki, które pokazała na scenie poznańskiego teatru, na co dzień widzi przez okna studia, w którym pracuje.

W Afryce żyją m.in. czarne bociany. U nas są rzadkością. W przeciwieństwie do bocianów białych, które traktujemy niemalże jak narodowy symbol, zapominając o tym, że pół swojego życia spędzają wcale nie przy polskich strzechach, lecz w ciepłych krajach.

Bocianie rozdarcie między dwoma kontynentami Prześluga i Younge pokazują z dużą dawką humoru. Mama Nanjiego – Dorota – pakuje przed odlotem do Europy m.in. skorupkę jaja, z którego wykluł się syn, kilka kamieni i kawałki znalezionego futra. – Bo u nas takiego nie ma – tłumaczy zaskoczonemu małżonkowi Krzysiowi.

Nanji i Fantu zamiast w zło, które podobno gdzieś tam czai się na świecie, wolą wierzyć w dobro. A dobro, jak przekonują ich spotkane po drodze pelikany, ma postać ryby. – Rybka jest tu, dobro mieszka w niej, dobro mieszka w niej... – nucą pelikany na melodię kościelnej pieśni „Oto jest dzień”.

Takich mrugnięć okiem, skierowanych bardziej do dorosłego, niż do dziecięcego widza, jest w „Odlocie” więcej. Ale nie tylko dla nich naprawdę warto ten spektakl zobaczyć.

Nowa propozycja poznańskiego Teatru Animacji to świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem o współczesnym świecie. O tym, czym jest inność, która może przecież wzbogacać. O niepotrzebnym strachu przed tym, co wydaje się obce.

Warto też przy okazji porozmawiać o innych dzieciach, które zmuszone są płynąć daleko przez morze, żeby znaleźć nowy dom. I o tym, że nie wszystkim się to udaje.

Data publikacji:
7.02.2017

Źródło publikacji:
http://poznan.wyborcza.pl/

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Zło jest w nas
Anita Pietrenko, dziennikteatralny.pl
4 lutego 2017 roku w poznańskim Teatrze Animacji odbyła się premiera spektaklu dla dzieci „Odlot" w reżyserii Janni Younge. Czy aby na pewno był to spektakl tylko dla dzieci?

„Odlot" to historia białego bociana zwanego Nanji lub Fryderyk i jego energicznej, choć psotnej przyjaciółki Fantu. Akcja rozpoczyna się w Afryce, gdzie Nanji wyraźnie odczuwa niechęć czarnych bocianów, spowodowaną innym kolorem piór. Jedynym czarnym bocianem, który w go akceptuje, jest Fantu. Nanji znosił dzięki tej przyjaźni upokorzenia rówieśników, lecz gdy po ich kolejnym wspólnym wybryku rodzice zabraniają się im spotykać, przelewa się czara goryczy. Nanji i Fantu uciekają do Europy, przeżywając tym samym pełną niebezpieczeństw przygodę, a wszystko to w nadziei, że w końcu odnajdą „dobre" białe bociany – takie jak Nanji.

Muzyka za sprawą Michała Łaszewicza zmieniała się odpowiednio do okoliczności. Raz można było usłyszeć łagodne dźwięki przeplatane z odgłosami natury, raz ciężkie metalowe brzmienia. Zawsze stosowna do sytuacji i podkreślająca klimat ilustrowanych scen.

Dekoracja jest skromna, zbudowana w formie bocianiego gniazda. Jest także tafla wody, jest dobrze nam znana mazurska łąka, są także afrykańskie zarośla. Na uwagę zasługuje nietypowa ale dająca duże możliwości animacyjne, konstrukcja ptasich lalek. Bociany obsługiwane są przez dwoje lub nawet troje aktorów dzieki czemu znacznie została podniesiona aktorska atrakcyjność choreograficzna, co w przypadku przedstawienia dla dzieci jest okolicznością szczególnie pożądaną. Animatorzy wykorzystują tę zaletę szczególnie wtedy, kiedy pokazują sceny zbierania się bocianów do lotu albo prezentując ptasią bitwę. Temu rozmachowi sprzyjała także scenografia, która dzieki swojej funkcjonalności pozwala aktorom na realizację ciekawych pomysłów.

Nasze czasy napiętnowane są słowem „imigranci". W jaki sposób można wytłumaczyć dziecku pojęcie, które używane jest niemalże wszędzie? Może właśnie przez bajkę. Mądrze, napisany z dziecięcą wrażliwością odznacza się tekst autorstwa Maliny Prześlugi, która w inteligentny sposób przemyciła trudne do zrozumienia przez dzieci treści, takie jak na przykład brak tolerancji wobec ludzi innego pochodzenia, innej rasy czy po prostu nieco innego odcienia skóry. W „Odlocie" rozbrzmiewa echo słodko-gorzkiego śmiechu spowodowanego nędzną kondycją naszego niknącego człowieczeństwa. Sztuka Janni Younge jest wielkim symbolem obecnych czasów. W Afryce nasz bohater nazywa się Nanji, w Europie Fryderyk. Powinen się wpasować w obraz, jak puzzel, by być taki jak inni. Na Czarnym Lądzie bociany wykrzykują: „Stop imigrantom", zaś kiedy Nanji i jego czarnopióra przyjaciółka przybywają na zieloną europejską łąkę, Fantu słyszy od białych bocianów: „Europa dla Europejczyków".

"Odlot" nie jest przeznaczony tylko dla dzieci, gdyż problem z akceptacją odmienności drugiego człowieka nie jest obecny tylko i wyłącznie wśród najmłodszych. My, dorośli, też często nie potrafimy zrozumieć, że „ to tylko kolor, a w środku jesteśmy tacy sami". Może nawet bardziej niż dzieci...

Data publikacji:
7.02.2017

Źródło publikacji:
http://www.dziennikteatralny.pl

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Niezwykła lekcja tolerancji, czyli "Odlot"
tosimama.blogspot.pl
Kiedy w minioną sobotę opuszczałyśmy poznański Teatr Animacji, w głowie kołatała mi jedna myśl: Jaki tytuł powinna mieć recenzja tego przedstawienia? Pomysł miałam tylko jeden - Dotknęłyśmy magii. Ale wiedziałam, że taki tytuł na blogu już był, co więcej, odnosił się do innego przedstawienia, które także obejrzałyśmy w tym samym teatrze kilka miesięcy wcześniej.
 
Lubię chodzić do teatru. Lubię tak bardzo, że mogę się pochwalić dyplomem ukończenia studiów na kierunku wiedza o teatrze. Jednak teatr dla dzieci nigdy nie był w orbicie moich zainteresowań. Teraz, kiedy sama jestem mamą pokochałam go całym sercem. A takie przedstawienia jak Odlot mogłabym oglądać każdego dnia.
 
Rzecz dotyczy bocianów. To kolejne w Teatrze Animacji przedstawienie poświęcone ptakom. Wcześniej był Dziób w dziób i sympatyczna, choć trochę porywcza podwórkowa banda gołębi. Tym razem przenosimy się do Afryki. Tutaj przyszedł na świat główny bohater - Nanji, a właściwie Fryderyk, sympatyczny bocian biały. Niestety, nie ma on łatwego życia, jest jedynym białym bocianim dzieckiem w okolicy. Jeśli powie się o nim, że urodził się w niewłaściwym miejscu, nie będzie w tych słowach grama przesady. Przecież białe bociany rodzą się w Europie, a Nanji przyszedł na świat w Afryce, wszyscy jego skrzydlaci rówieśnicy to bociany czarne. Wszyscy śmieją się z niego, uważają za intruza i kogoś, kto zupełnie do nich nie pasuje. Nanji ma tylko jedną bratnią duszę - bocianicę Fantu. Ona również ma czarne pióra, ale zupełnie nie przeszkadza jej to w przyjaźnieniu się z Nanji. Oboje uwielbiają spędzać ze sobą czas. Melancholijne usposobienie Najnjiego doskonale uzupełnia wrodzony optymizm Fantu. Robią mnóstwo szalonych rzeczy, wymyślają własne święta, takie jak choćby "dzień małpiego rozumu" albo "wiszenia na gałęzi do góry nogami". To jednak poprawia humor białego bociana jedynie tymczasowo, coraz głośniej mówi o tym, że chciałby, jak najszybciej polecieć do Europy. Tam będą inne białe bociany, tam nikt nie będzie mu dokuczać. Rodzice obiecują mu, że wylecą zaraz po zmianie pogody. Nanji nie ma jednak ochoty czekać i rusza do Europy bez mamy i taty, za to z Fantu. Podróż pełna jest niebezpieczeństw, ale i bardzo ciekawych spotkań z przedstawicielami różnych gatunków ptaków Każdy z nich przekazuje im jakąś mądrość. W końcu dolatują do Europy, niestety ta wymarzona ziemia, okazuje się być równie niegościnną jak Afryka. Tym razem odrzucony zostaje jednak ktoś inny... Białe bociany odrzucają czarną Fantu. Jak w tej sytuacji zachowa się Nanji? Po której stronie się opowie?

Tyle o fabule, czas na kilka słów o niezwykłych lalkach, które pojawiły się w spektaklu. Ich autorką jest reżyserka spektaklu Janni Younge. Nie mogłam oderwać od nich oczu, a teraz nie potrafię znaleźć słów, żeby je opisać. Są niesamowite, nigdy podobnych nie widziałam. Ogromne brawa należą się aktorom, który bardzo sprawnie je ożywiają. Ubrani w czarne stroje jedną ręką ożywiają głowę, drugą animują tułów, nogami przesuwają nogi ptaków. Większe lalki animuje nawet trzech aktorów, robią to znakomicie! Chapeau bas! Oprócz bocianów w spektaklu pojawiają się pelikany, flamingi i marabut. A oprócz lalek pojawiają się również elementy teatru cieni. Na parawanie rozpostartym z tyłu sceny widzimy między innymi ryby pływające w rzece. Subtelna gra świateł, cudowna muzyka i minimalistyczna scenografia, to kolejne elementy wyróżniające Odlot.
 
Odlot to spektakl dla każdego. Janni Younge i Malina Prześluga mają przesłanie dla wszystkich, bo każdemu zdarza się nie być tolerancyjnym. A w dzisiejszych czasach słowo imigrant pojawia się wyjątkowo często i bardzo negatywnym kontekście. Odlot opowiada o tym, jak łatwo kogoś odrzucić, tylko dlatego, że różni się od nas kolorem skóry albo krajem pochodzenia. Dzieci zdają się nie zwracać na to uwagi, widzę to po Tosi, która fakt, że ma w przedszkolnej grupie dziewczynkę o innym kolorze skóry zauważyła po prawie dwóch latach! My - dorośli odrzucamy innych, wolimy otaczać się osobami, które są do nas podobne, a sami również robimy wszystko, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Warto po wyjściu z teatru przemyśleć nasz stosunek do inności.
Spektakl jest mądry, skłaniający do refleksji, a jednocześnie pełen humoru. Jest nadopiekuńcza mama Nanjiego, jest pełna humoru Fantu. Tosia do dziś powtarza powiedzonka sympatycznej czarnej bocianicy i zgrabnie wplata je do swoich wypowiedzi (przy okazji zachwycając się tym, jak piękna była aktorka wcielająca się w tę postać, tu cytat z Antoniny: "Piękna, jak lalka"). Wyłapałam pewnie znacznie więcej ukrytych w spektaklu sensów, niż Tosia, inne rzeczy dotarły do mnie, inne do niej. Ale obie bawiłyśmy się na Odlocie znakomicie. Bo jest to spektakl doskonały, jeden z tych, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci.
 
A na końcu zobaczyłam coś, co mnie, mamę zabierającą swoje dziecko na różne wydarzenia kulturalne, chwyciło za serce. Regularnie chodzimy do teatru i filharmonii, czyli miejsc, gdzie po zakończonym spektaklu lub koncercie, artyści są nagradzani brawami, ale nigdy nie widziałam, żeby Tosia biła brawo z takim zapałem. A po wyjściu z teatru usłyszałam od niej: "Mamo! Ale pójdziemy na to przedstawienie jeszcze raz, prawda?" To najlepsza recenzja tego spektaklu, bo wypowiedziana przez dziecko, a ten spektakl stworzono z myślą o nich.

Data publikacji:
22.02.2017

Źródło publikacji:
http://tosimama.blogspot.com/

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Kochaj pobratymca bocianiego swego jako siebie samego
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Janni Younge z Cape Town to kolejna światowej sławy postać teatru lalkowego sprowadzona do poznańskiego Teatru Animacji dzięki niezmordowanym wysiłkom dyrektora Marka Waszkiela. Południowoafrykańska artystka, liderka Handspring Puppet Company, specjalizuje się w animacji dużych, wielkich i ogromnych lalek, które potrafią na scenie nawet zionąć autentycznym ogniem z umocowanego w gardzieli gazowego przewodu, jak to się stało na przykład w przypadku tytułowej lalki z "Ognistego ptaka" Igora Strawińskiego.

Ten gigantyczny spektakl taneczno-lalkarski został wykreowany w ubiegłym roku wspólnymi siłami Janni Younge Productions oraz IMG Artists – międzynarodowego giganta w dziedzinie produkcji widowisk. Już sama skala i ranga tego przedsięwzięcia daje nam pojęcie, kim jest we współczesnym teatralnym świecie ta skromnie się nosząca, niezmiernie utalentowana i pracowita artystka.

Zrealizowany przez Younge Odlot powstał w ścisłej współpracy z poznańskim zespołem. Najpierw była wizyta w Teatrze Animacji oraz wstępne zapoznanie się z jego aktorkami i aktorami, a potem długie skype'owe rozmowy z dramaturżką, Maliną Prześlugą, o tym, co by tu można razem wykreować. Poszukiwanie wspólnych polsko-południowoafrykańskich motywów zakończyło się szczęśliwym znaleziskiem – okazało się, że łączą nas bociany, które potrafią w poszukiwaniu zimowych miejsc przetrwania przelecieć ogromny dystans z Polski na południowy kraniec Afryki, by tam przezimować w towarzystwie swych afrykańskich pobratymców o czarnym ubarwieniu pierza.

Czarne bociany? Tak, można je spotkać także u nas, choć są wielką rzadkością. Białe bociany w RPA można zimą dostrzec znacznie częściej.

Ta czarno-biała, europejsko-afrykańska, ptasia więź zainspirowała Malinę Prześlugę do napisania pięknej historii o przyjaźni i miłości, o uczeniu się, jak zaakceptować czyjąś odmienność, wreszcie o poszukiwaniu dorosłej tożsamości drogą prób i błędów oraz (a jakże!) przeciwstawiania się sądom i decyzjom rodziców, które to ćwiczenia z asertywności bywają – jak to w życiu – czasem rozsądne i sensowne, czasem głupio-mądre, a czasem wręcz całkiem głupie.

Konsekwencją takiego głupio-mądrego buntowniczego wyboru dwojga młodocianych bocianiąt: białego, lecz urodzonego w Afryce Fryderyka-Nandżi (Igor Fijałkowski) oraz czarnej Fantu (świetna, ekspresyjna Julianna Dorosz), jest ryzykowny, długi przelot z Afryki do Polski. Spektakl o dojrzewaniu, opornym przyswajaniu dorosłych życiowych zasad i o dziecięcej, bezwarunkowej akceptacji Innych, której nie mogą pojąć starsi, zyskuje w tej „odlotowo-przelotowej” sekwencji jeszcze jeden wymiar – spektaklu drogi. Napotkane na trasie z Afryki do Europy ptaki (marabut, pelikany, wrony) są jakby żywcem wzięte z klasycznej powieści o formowaniu się (Bildungsroman); reprezentują rozmaite życiowe postawy – od stoickiej akceptacji życia wraz z jego drobnymi, codziennymi przyjemnostkami, po agresywny szowinizm.

No i – jak łatwo przewidzieć – po szczęśliwym wylądowaniu w Polsce, w oczekiwaniu na przylot rozsierdzonych ucieczką swego potomka rodziców, oboje młodociani napotykają nasze białe bociany, które, poruszając się dostojnie w rytmie poloneza, demonstrują swą wyższość wobec czarnych pobratymców. Koło się zamyka – czarni buntowali się przeciw ekspansywności bocianów z Europy, wykrzykując między innymi hasło „Afryka dla Afrykanów”, a ci bezceremonialnie (choć na razie tylko werbalnie) odsyłają czarną Fantu z powrotem do Afryki. 

Autonomiczną wartością tego spektaklu są lalki – duże, ciężkie, przemyślnie skonstruowane, wymagające od aktorek i aktorów ogromnej sprawności, wytrzymałości oraz krzepy. Niektóre z nich, jak na przykład marabut, muszą być animowane aż przez troje ludzi. Wymaga to ogromnego zgrania trzyosobowego mini-zespołu nawet w momencie, gdy filozofujące ptaszysko celowo, autoironicznie gubi swoje odnóża, pozostawiając je kilka kroków za majestatycznie płynącymi w powietrzu korpusem, szyją i głową. Wspaniały w swej dowcipnej prostocie jest także pomysł, by długie, czerwone nogi bocianów i flamingów oddać przy pomocy wyrazistych, czerwonych lampasów wymalowanych na czarnych spodniach noszonych przez aktorki i aktorów Teatru Animacji.

Niektóre dorosłe bociany animowane są przez dwie osoby, co też wymaga niezwykłej koncentracji i zgrania, nie mówiąc już o fizycznej kondycji, jako że (co raz jeszcze podkreślam) te duże lalki ważą dość sporo. Janni Younge zawiesiła wysoko poprzeczkę poznańskim aktorkom i aktorom i nic dziwnego, że warsztaty prowadzone przez nią podczas pierwszego, zapoznawczego pobytu w Grodzie Przemysława, były zarazem czymś na kształt wstępnej selekcji kandydatek i kandydatów do obsady.

Wielkie brawa należą się także pojedynczym animatorom bocianów (w tym wspomnianej już parze Dorosz-Fijałkowski) oraz mistrzowskiemu, arcysubtelnemu w swej ekspresji duetowi dwóch flamingów w wykonaniu dwóch Marcinów – Chomickiego i Ryl-Krystianowskiego.

Dodajmy, że praca nad Odlotem jest kolejnym przykładem na cieszący się coraz większym zainteresowaniem w naszych teatrach proces kreacji nawiązujący do starych, kontrkulturowych, do niedawna, zdawałoby się, całkiem zapomnianych tradycji collective creation. Jego scenariusz rodził się w swej ostatecznej wersji w trakcie prób, na drodze twórczej współpracy dramaturżki, reżyserki, muzyka i aktorskiego zespołu. Na przykład to aktorzy podsunęli Janni Younge, Malinie Prześludze oraz kompozytorowi, a zarazem kierownikowi muzycznemu przedstawienia, Michałowi Łaszewiczowi, pomysł pierwszego scenicznego „wejścia” polskich bocianów w rytmie poloneza.

Spektakl południowoafrykańskiej artystki jest plastycznie i muzycznie urodziwy, animacyjnie pomysłowy i mistrzowsko zagrany przez poznański zespół. Jednak najważniejsze jest jego przesłanie, które brzmi dziś bardzo donośnie, celując trafnie w nasze głęboko osadzone przeświadczenia, obawy, przesądy i fobie: czy jesteśmy tożsamościowo jednoznaczni? Kim jest biały, europejski bocian urodzony w Afryce, nieznający ojczyzny swych rodziców, za to świetnie czujący się na Czarnym Lądzie – w swej faktycznej ojczyźnie? Czy dlatego, że jest biały, musi odlecieć do Europy, czego kategorycznie domagają się jego czarni pobratymcy? Dlaczego nie może zaprzyjaźnić się, a potem stworzyć dorosłego stadła ze swą czarną koleżanką? Czarni czy biali – wszyscy jesteśmy bocianami, „bliźnimi swymi” – tak czy nie? 

Czy mamy nienawidzić tych Innych bocianów, bo skoro są Inne, to z pewnością nam zagrażają? A może mamy tylko je tolerować tak, jak czarne bociany tolerują Fryderyka, licząc, że w końcu i tak odleci? „Nie akceptuję cię, a tylko toleruję, czyli nie żądam, byś zdechł, bylebyś trzymał się ode mnie – łaskawie cię tolerującego – z daleka”. Tak to ma wyglądać?

Odlot przeznaczony jest dla sześcio-siedmiolatków. Obserwując ich reakcje, jestem dobrej myśli: choć reagowały na ogół w wyuczonym przed telewizorem stylu publiczności stand-up comedy, bijąc nieśmiałe brawo tylko raz – gdy ze sceny podkreślano walory ojczyzny-Europy, z pewnością dotarła do nich plastyczna oraz muzyczna uroda i nacechowana otwartością wymowa tego pięknego i mądrego spektaklu.


Data publikacji:
27.02.2017

Źródło publikacji: 
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
ODLOT

Jeśli macie miejsce
Szymon Kazimierczak

Fala uchodźców w Europie – jeden z najtrudniejszych tematów społeczno-politycznych ostatnich lat najmocniej wybrzmiał w minionym sezonie… w przedstawieniach dla dzieci.

Szukając w minionym sezonie krzepiących zjawisk, warto zwrócić uwagę na teatralną twórczość dla dzieci i młodzieży, której przemiany można było zaobserwować, odwiedzając kilka polskich scen grających dla tej widowni. Choć przecież – patrząc szerzej – tak naprawdę nurt teatru traktującego młodego widza po partnersku, niebojącego się formalnego eksperymentu, odchodzącego od infantylizujących estetyk i narracji, tabuizujących trudną, ale przecież dotyczącą także najmłodszych problematykę, pączkuje od lat. Patrząc na miniony sezon, można rozwinąć tę botaniczną metaforę i powiedzieć, że pączkowanie nowoczesnego teatru dla młodego widza przeszło w fazę rozkwitu. Na łodygach pojawiły się nowe kwiaty i choć stadia ich rozwoju są różne, ich gatunki bardziej i mniej szlachetne, to patrząc z dalszej perspektywy, obserwujemy gdzieniegdzie skupiska układające się w całkiem urodziwe grządki. Nie czynią one jeszcze może teatralnego ogrodu z prawdziwego zdarzenia, ale napawają nadzieją, że, przy dołożeniu starań, może już niebawem – może za rok, może za dwa.


Proces o którym mowa – tak jak w przypadku życia roślin – jest niełatwy do uchwycenia, bo na jego rozwój mają wpływ rozmaite czynniki. Warto pamiętać tu choćby o wpływie współczesnej pedagogiki na teatralną twórczość dla dzieci, o wnoszących świeży powiew nowych stylach dramaturgii i reżyserii, o znaczących przemianach w dziedzinie teatru lalkowego, o boomie na teatr dla najnajów, coraz liczniejszych realizacjach dla młodzieży, wreszcie także o formach stymulacji teatralnych i edukacyjnych działań dedykowanych dzieciom, w których przoduje Dział Pedagogiki Teatru Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego ze swoimi flagowymi projektami: „Latem w teatrze”, którego dziesiąta edycja odbyła się w tym roku, oraz nowszym Konkursem im. Jana Dormana. Te dwie inicjatywy jak mało które pokazują skalę problematyki, z jaką artyści chcą dziś konfrontować młodą widownię.


Trzeba pamiętać także o tym, że rozwój sztuki nie jest możliwy bez odkrywczych artystów – stąd entuzjazm budzi fakt, że w ostatnim czasie dojrzewają w naszym kraju sceny prowadzone przez ludzi, którzy nadają ton poszukiwaniom w sferze komunikacji z młodym widzem. W ciągu ostatniego roku swoją czołową pozycję przypieczętował Wrocławski Teatr Lalek pod dyrekcją Czecha Jakuba Krofty, cieszący się znaczną sympatią widzów, słusznie nagradzany i jak na teatr o tak specyficznej misji szeroko dyskutowany. Ważnym adresem stały się poznańskie Animacje zarządzane przez odchodzącego właśnie ze stanowiska Marka Waszkiela. Sukcesami mogą pochwalić się także Opolski Teatr Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki, kielecki „Kubuś”, gdańska Miniatura, łódzki Pinokio, który, obok ciekawej działalności repertuarowej, organizuje także znaczący festiwal Teatralna Karuzela, czy wałbrzyski Teatr Lalki i Aktora, organizator biennale teatru dla dzieci, czyli Festiwalu Małych Prapremier.


Choć miniony sezon obnażył także zjawiska przykre – wciąż realizuje się na polskich scenach wiele sklejanych naprędce i taśmowo eksploatowanych chałtur, przedstawiających naiwny obraz świata, przypominający infantylne kreskówki albo odkurzoną ramotę z głębi teatralnych rekwizytorni – to już cieszy fakt, że w wielu teatrach, w tym wyżej wymienionych, starano się ustawiać poprzeczkę wyżej. Cieszy, nawet jeśli nie zawsze udawało się twórcom przez tę poprzeczkę przeskoczyć. Odwiedzając w zeszłym sezonie różne placówki teatralne, można było się na przykład przekonać, jak silna jest dziś w polskim teatrze ofensywa artystów, o których Marzenna Wiśniewska pisała, że „sytuują dziecko w systemie społecznym, w mechanizmach historii, władzy czy polityki” (M. Wiśniewska, „Zrozumiesz, jak dorośniesz”, „Teatr” nr 3/2016). Do trudnych tematów w nowym teatrze dla najmłodszych, które skrzętnie wyliczyła w swoim artykule Wiśniewska, po tym sezonie doszedł chyba ten najbardziej dramatyczny, z jakim przychodzi mierzyć się dziś dorosłym, a którego przecież nie sposób ukrywać przed dziećmi. Mowa o wojnie, której w Polsce doświadczamy ostatnio głównie poprzez przekazy mediów, ale która w ostatnich latach stała się jednym z bardziej przytłaczających i budzących społeczny niepokój tematów zachodniej Europy.


Z tym tematem można było się spotkać choćby w kieleckim „Kubusiu”, gdzie Judyta Berłowska zrealizowała Wojnę, która zmieniła Rondo (opisywaną na sąsiednich stronach przez Igę Kruk-Żurawską), ale i w przeznaczonych dla nieco starszych widzów Krzyżakach z gdańskiej Miniatury w reżyserii Jakuba Roszkowskiego (komentowanych przez Jolantę Kowalską w „Teatrze” nr 4/2017). Jak świadczą relacje ze spektakli, narracje proponowane przez tych artystów koncentrują się na ukazaniu bezbronności wobec okrutnych mechanizmów wojennych. To z pewnością cenne lekcje, które wobec społecznej znieczulicy na nieodległe nieraz tragedie warto odrabiać już w młodym wieku. Największe w tym kontekście wrażenie zrobił jednak cykl zrealizowanych niezależnie od siebie premier na różnych polskich scenach, które mierzyły się z bardzo specyficznym wątkiem współczesnych dramatów wojennych: falą uchodźców z krajów pochłoniętych działaniami militarnymi, coraz częściej i liczniej podpływających do europejskich brzegów.


Zainteresowanie teatru dla dzieci tym tematem jest zjawiskiem fascynującym, w pewnym sensie niemającym precedensu. Oto jeden z najtrudniejszych problemów społeczno-politycznych ostatnich kilku lat spotkał się z natychmiastową reakcją twórców tego nurtu, nie ustępując aktualnością najgłośniejszym spektaklom sezonu. Całkiem bogata reprezentacja tego wątku w spektaklach dla młodych widzów pokazuje chyba, jak głęboko jego twórcy uświadomili sobie, że ich praca może mieć formacyjny wpływ na postawy i wrażliwość młodych ludzi. Choć rzecz jasna omawiane przedstawienia nie wchodzą głęboko w polityczny dyskurs i nie mierzą się z najbardziej dzielącym polskie społeczeństwo dylematem: „przyjmować – nie przyjmować”, czy też „jeśli pomagać, to jak?”, nie próbują także jednoznacznie podważać na przykład powszechnych stereotypów o muzułmaninie-terroryście. Ale już choćby wobec ostrych wypowiedzi premier Beaty Szydło na temat kryzysu uchodźczego, radykalnego na tle Europy stanowiska naszego rządu w tej sprawie i ogólnej społecznej niechęci wobec obcych (zob. Ł. Wójcik, Byle nie do nas, „Polityka” nr 22/2017), trafiają tak naprawdę w sedno problemu.


Bo niezależnie od finalnego efektu artystycznego intencją czterech spektakli, które chcę omówić – Odlotu z Teatru Animacji w Poznaniu, Teraz tu jest nasz dom z rzeszowskiej „Maski”, Aya znaczy miłość z toruńskiego Baja Pomorskiego oraz najlepszej w tym sezonie Yemai – królowej mórz z Wrocławskiego Teatru Lalek – jest wywołanie w widzach empatii wobec losów bohaterów skazanych na tułaczkę po świecie i usiłujących odnaleźć się w nowych warunkach. Przygotowanie młodej widowni do tego tematu odbywało się tak naprawdę już wcześniej – w wielu miejscach i na wielu scenach. Czasem w sposób nieoczywisty – na przykład podczas licznych warsztatów teatralnych konfrontujących uczestników z figurą Innego, czy choćby na stronach chętnie wystawianych dramatów Maliny Prześlugi i Marty Guśniowskiej, których ulubionymi tematami są właśnie oswajanie inności, wychodzenie drugiemu naprzeciw pomimo różnic. Jednak dopiero w tym sezonie bodaj po raz pierwszy można było znaleźć w teatralnych realizacjach tak konkretne odniesienia do problemu obcych, czy wręcz zupełnie wprost – uchodźców przybywających z Bliskiego Wschodu, Ukrainy czy Afryki.


Nic dziwnego, że tekst jednego z omawianych spektakli, Odlotu, napisała sama Prześluga. W zrealizowanym w Poznaniu przedstawieniu motywacją podróży bohaterów nie jest co prawda wojna – są nimi wszak bociany, przemieszczające się po świecie zgodnie z cyklem pór roku. Odlot opowiada więc o swojskich białych ptakach, które przylatują zimą z Europy do Afryki. Jeden z nich, młody bocian o jasnym upierzeniu, nawiązuje tam przyjaźń z Fantu – czarną, afrykańską bocianicą. Urodzony „na emigracji” na czarnym kontynencie Nanji nieustannie dopytuje swoich rodziców, kiedy wrócą do Europy, by mógł poznać swój prawdziwy dom, jakby podskórnie czuł potrzebę zgłębienia wiedzy o własnej tożsamości. Niecierpliwy bohater postanawia, wbrew rodzicom, nie czekać końca zimy i na własną rękę przelecieć przez ocean. W długą podróż do ojczystej Polski zabiera ze sobą swoją czarną przyjaciółkę.


Prześluga, do czego zdążyła już nas przyzwyczaić, zabiera się do opowieści o trudnych społecznych sprawach, używając do tego zwierzęcych bohaterów (warto przywołać tu choćby zrealizowany z sukcesem w zeszłym sezonie, również na deskach poznańskich Animacji, Dziób w dziób). Temat niechęci wobec obcych, czy nawet rasizmu, oswaja więc poprzez przyjazne figury ptaków, nie ujmując jednak wiele z ciężaru i powagi tej problematyki. Motywacja dla podróży czarnego i białego bociana – widowiskowo pokazanej na poznańskiej scenie – wydawać się może nieco błaha, ale już późniejsze sceny odbywające się na polskim lądzie w ostry sposób pokazują okrucieństwo wywołane uprzedzeniami rasowymi.


Biały ptak witany jest przez polskie bociany z entuzjazmem, ale gdy ci zapytają go o imię, spotka się z podejrzliwością wobec egzotycznie brzmiącego „Nanji”, skłamie więc, że nazywa się Fryderyk. „Fryderyk! Pięknie! Jak Fryderyk Chopin!” – zakrzyknie jeden z polskich bocianów. Gdy zaś bohater oznajmi, że przybywa z Afryki, miejscowym ptakom nie będzie się mieściło w głowach, że można pochodzić skądinąd niż – tak jak oni – spod Radomia, z Wałcza czy Gniezna. Najbardziej dotkliwym wątkiem tej konfrontacji jest jednak stosunek polskich bocianów do czarnej Fantu, która spotyka się już z jawną wrogością. Po agresywnych próbach przepędzenia słyszy, że miejsce afrykańskich bocianów jest w Afryce. Nanji staje w obronie swojej przyjaciółki: „Tak? A jak wy przylatujecie do nas, to wszystko jest okej? Zasiedlacie nasze drzewa, budujecie te swoje wielkie, piętrowe gniazda, które przez pół roku i tak stoją puste i ciągle tylko narzekacie, że za gorąco, żarcie nie takie, plaże brzydkie, a wszędzie was pełno”. „To co innego – słyszy odpowiedź – my jesteśmy u was od zawsze”. Czy ten dialog nie brzmi znajomo?


Prześluga, a za nią Janni Younge, pochodząca z RPA reżyserka poznańskiego przedstawienia, pokazały ten niezwykle trudny problem w przystępny sposób – w pamięci zostaje zwłaszcza przywołana sekwencja sporu ptaków, ale i ogromne, animowane nieraz przez trójkę aktorów lalki bocianów czy nastrojowe sekwencje zamykające w ruchomych obrazach afirmatywne metafory spotkań ponad różnicami. W zupełnie inne, znacznie bardziej dramatyczne tony uderzyła Anna Retoruk w rzeszowskim przedstawieniu Teraz tu jest nasz dom. Na scenie „Maski” przyglądamy się losom Romka, chłopca mieszkającego w Polsce, który przywołuje mgliste wspomnienia wczesnego dzieciństwa, które spędził „daleko stąd”. Daleko stąd, czyli w ukraińskim Doniecku, opanowanym przez rosyjskie wojska. Bohatera poznajemy w momencie, gdy zjawia się po raz pierwszy w polskiej szkole, swoją innością budząc przykre komentarze i niechętne reakcje rówieśników.


Nastoletni bohater postanawia opowiedzieć swoją historię, odwołując się do naszej wyobraźni. Najpierw usiłuje uzmysłowić nam, czym jest utrata: „Jacyś ludzie dogadają się między sobą, namówią się i zabiorą coś, co myślałeś, że było do tej pory twoje, i nie możesz im się sprzeciwić. To znaczy możesz się sprzeciwić, tylko wtedy… no… możesz próbować odebrać, zabrać coś, co on uważa za jego, a ty za swoje, ale wtedy on chce zabrać następną twoją rzecz i następną, i następną… I gromadzi sprzymierzeńców, jest silniejszy i chce to pokazać. Wtedy jest wojna”. W tym momencie słyszymy miarowy marsz wojskowych butów. Znaki wojny będą towarzyszyły nam do końca tej opowieści, którą twórcy przedstawiają w dwóch planach czasowych. W planie teraźniejszym opowiadają o tworzeniu przez ukraińską rodzinę nowego domu w Polsce, jak refren powracają jednak wspomnienia przeszłości w Doniecku, pokazującej, jak wojna krok po kroku wkracza w prywatne życie i zmusza do podejmowania dramatycznych decyzji.


W spektaklu Retoruk najsilniejsze wrażenie robią właśnie te wojenne sekwencje, pokazane z plastycznym rozmachem – one, tak jak monologi głównego bohatera, zostaną z widzami być może na długo. Historia Romka opisana w książce Barbary Gawryluk zyskuje na rzeszowskiej scenie niekiedy bardzo mroczny charakter. To zasługa scenografa Jana Polívki, który ograniczył przestrzeń domowymi ścianami z drzwiami i oknami, ale zbudowanymi z teksturowych pudełek, tworząc wrażenie kruchości – nie trzeba chyba wiele energii, by ta konstrukcja rozpadła się na drobne elementy. Trudno zapomnieć zwłaszcza sugestywne plastyczne sceny: jak choćby tę, w której w przytłumionym świetle kontr obserwujemy ptaki na niebie, niepostrzeżenie zamieniające się w bombowce, lalki z ciałami wykonanymi z militarnych pocisków czy animowane przez aktorów, rozpadające się na naszych oczach, miniaturowe bloki mieszkalne.


Z kolei zrealizowany w toruńskim Baju Pomorskim spektakl Aya znaczy miłość, napisany i wyreżyserowany przez Tomasza Mana, kieruje naszą uwagę w stronę mieszkańców Bliskiego Wschodu. W pierwszej scenie oglądamy sielski obraz rodzinnej zabawy w scenerii w skrótowy sposób przywołującej elementy arabskiej architektury. Tytułowa Aya, młoda dziewczynka kurczowo trzymająca pluszowego słonika, bawi się w berka z Mamą i Tatą. Nagle jednak pojawia się czarna postać z płomienną maską, zaś scena zatapia się w czerwieni. To Ogień, który śpiewa agresywną pieśń: „wojna to ja / mam czerwono-żółtego irokeza / wojna to ja / wywijam nogami we wszystkie strony / wojna to ja / przystojniak ze mnie / co serca rozpala / no nie / a szkoły płoną / cieszcie się / jutro nie ma szkoły / a szkoły płoną / płoną”.


Twórcy toruńskiego przedstawienia postawili na efektowne znaki wizualne i nagłe zwroty narracyjne, wprowadzili też alegoryczne postaci, takie jak wspomniany Ogień, uosabiający koszmar wojny i konieczność ucieczki z domu. Tytułowa bohaterka gubi się w tym zgiełku i rozpoczyna fantastyczną podróż po zaświatach w poszukiwaniu rodziców, mając u boku swojego pluszowego słonia, który staje się pełnoprawnym bohaterem rozmaitych przygód, pokazujących różne aspekty bliskowschodniej kultury, ale i wojennych konfliktów.


Doceniając szlachetne intencje twórców – chęć oswojenia młodej widowni z elementami arabskiej kultury, pojawiającej się także na poziomie rozwiązań scenograficznych i muzycznych, pokazania dramatu ludzi zmuszonych przez działania wojenne do tułaczki po świecie – nie sposób uniknąć pytania o środki artystyczne użyte do opowiedzenia tej historii. Zbyt wiele tu bowiem skrótów myślowych na poziomie fabuły i momentami naiwnych dialogów, zaś agresywna estetyka spektaklu – choćby odczłowieczające maski i mechaniczne ruchy drugoplanowych postaci – toczącego się w zawrotnym tempie, w rytm głośnej muzyki, przywodzi na myśl styl ogłupiających kreskówek. Wielka szkoda, bo ta pogoń za atrakcjami infantylizuje i nieraz nawet przesłania główną problematykę spektaklu, co widać dobrze choćby w finałowej piosence kończącej się słowami: „dom spalony / chodźmy stąd / szukamy spokojnego / miejsca na ziemi / na nowy dom / bez wojen / bez strachu / bez ognia / bez tratratata”.


Na artystycznym biegunie wobec toruńskiego przedstawienia znajduje się wybitna praca Wrocławskiego Teatru Lalek Yemaya – królowa mórz Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Martyny Majewskiej (spektakl omawiałem szerzej w „Teatrze” nr 5/2017). Choć tak naprawdę twórcy z Wrocławia podejmują wątki nieco zbieżne z tymi, które tak zajęły Tomasza Mana, to jednak mamy tu do czynienia z zupełnie inną klasą literacką dramatu, poziomem realizacji, ale także znacznie głębszymi intencjami twórców, którzy – z omawianych spektakli – uchodźczy problem przedstawili w najbardziej wieloznacznym świetle. Równocześnie stworzyli spektakl niezwykle piękny i poruszający.


Główną inspiracją autorki tekstu stały się z pewnością relacje medialne pokazujące zrujnowane miasta w Syrii, ale chyba zwłaszcza te, które eksponowały najbardziej rozdzierające sceny wojen na Bliskim Wschodzie: liczne fotografie dzieci rannych i zmarłych w wyniku bezpośrednich działań militarnych czy niebezpiecznych przepraw przez morskie wody. Nie sposób zliczyć wszystkich dramatycznych fotografii, które od lat już zalewają światowe media, choć kilka z nich stało się swego rodzaju ikonami, we wstrząsającym skrócie opowiadającymi o najmniejszych ofiarach tych konfliktów. Jednym z pierwszych było zdjęcie wyrzuconego na brzeg ciała trzyletniego Alana Kurdi, które obiegło świat w 2012 roku i natychmiast wstrząsnęło opinią publiczną. W reakcji na nie obecny prezydent Turcji, zdecydowanie obarczając europejskie kraje odpowiedzialnością za uczynienie Morza Śródziemnego „cmentarzem migrantów”, miał powiedzieć, że giną w nim nie tylko uchodźcy, ale „także nasze człowieczeństwo”.


W spektaklu Martyny Majewskiej stawką także jest walka o człowieczeństwo, która przewrotnie rozgrywa się… pod wodą. Omar, czyli mały chłopiec uciekający przed wojną wraz ze swoim ojcem na uchodźczej łodzi, nie jest świadomy sytuacji, w jakiej się znalazł. Opowiada nam z zadziwieniem o tym, jak w jego mieście domy „zaczęły się kłaść”, zaś podczas przeprawy przez Morze Zmartwień dopytuje ojca: „Tato, a ten nowy świat też się nie rozpadnie, jak do niego dopłyniemy?”. „Nie. Jest solidny i bogaty” – słyszy odpowiedź, ale nie zaprzestaje pytań: „A jak my wszyscy staniemy na tej nowej ziemi, to jej nie będzie za ciężko? […] Przecież wszyscy na raz wysiądziemy – czy ona nas udźwignie?”. Rozmowa zostaje przerwana przez wielką falę, która zabiera chłopca w morskie głębiny. Choć pamiętamy historię małego Syryjczyka Alana i doskonale wiemy, jaki tak naprawdę był jej koniec, baśń, którą oglądamy na wrocławskiej scenie, rządzi się własnymi prawami.


Mały topielec w morskich głębinach poznaje fantazyjne postaci, z których każda nie tylko ma swoją historię do opowiedzenia, ale i przesłanie, które pozwala chłopcu – z pewnością także dzieciom na widowni – zrozumieć skalę okrucieństwa i bezmyślności ludzi. Na szczęście dają także przestrzeń na wiarę w siłę empatii. Niełatwo w krótkiej relacji przytoczyć ogrom drobnych historii przywoływanych w spektaklu, z których każda oddziałuje na emocje i ma swoją wagę – nie tylko dzięki świetnemu tekstowi Sikorskiej-Miszczuk, ale i zapierającej dech, pełnej wizualnego rozmachu inscenizacji. Finałowe pojednanie Omara z ojcem, który, zapewne pochłonięty strachem o życie swojego syna, ignorował dotychczas jego niespożytą wyobraźnię i wrażliwość, daje autentyczną nadzieję. Bo jeśli udało się, choćby w baśniowym planie, przełamać konflikt ojca i syna, może jest to zwiastun szansy na ocalenie człowieczeństwa? Zamykająca spektakl sekwencja zdaje się być takim właśnie przesłaniem. Omar ze swoim ojcem wzlatują w przestworza, by szukać nowego domu. My zaś jesteśmy proszeni, jeśli ich zobaczymy, aby pomachać im, lub zaprosić do siebie, jeśli mamy miejsce i naszej ziemi nie będzie za ciężko.


To już lekcja, którą musimy odrobić wszyscy – niezależnie od wieku.

Data publikacji:
"Teatr" 09/2017

Miejsce publikacji:
http://www.teatr-pismo.pl/

Recenzowany spektakl:
ODLOT