Tirli, tirli, tiu, tiu, tiu
Joanna Ostrowska, teatralny.pl

Kiedy niemal trzy lata temu pisałam recenzję z prapremierowej realizacji dramatu Maliny Prześlugi Dziób w dziób w Baju Pomorskim, zakończyłam ją tak: „Myślę, że jeśli nie chcemy za kilka lat mieszkać w kraju brunatnych koszul, trzeba już dzieciom pokazywać, do czego prowadzą agresywno-wykluczające postawy w życiu, a w tej kwestii wartość sztuki Prześlugi i spektaklu z Torunia jest nie do przecenienia”. Jak typowy wykształciuch, przeceniłam rolę teatru (czy szerzej – sztuki) w dziedzinie wpływania na ludzkie postawy.

Spektakl w Baju Pomorskim był świetny, a i tak mamy to, co mamy. Pocieszam się myślą, że może młodzi ludzie, jakby żywcem wyjęci ze spektaklu Zbigniewa Lisowskiego, którzy ostatnio ochoczo ujawniają się w polskiej przestrzeni publicznej, nigdy nie byli w teatrze i tylko dlatego nie mają pojęcia, do czego ich hasła i przemarsze mogą prowadzić.

Jeśli wierzyć recenzjom (a dlaczego miałabym im nie wierzyć?), w podobną stronę co inscenizacja Lisowskiego poszedł Maciej Gierałtowski, reżyserujący Dziób w dziób w słupskiej Tęczy. Można więc powiedzieć, że w ten sposób ustaliła się dominująca interpretacja tekstu Prześlugi – mówi on o grupie rządzącej „na dzielni”, której pierwowzory można łatwo znaleźć w otaczającej nas rzeczywistości. Jaką drogę ma jednak przed sobą ten, kto chce wymknąć się owej – zdawałoby się – na dobre osadzonej w teatrze wymowie tekstu dramaturżki?

Po dramat Prześlugi (kolejny już) sięgnął jej rodzimy teatr, jednak inscenizacja, a przez to i wymowa przedstawienia bardzo odbiegają od niemal „społecznie zaangażowanych” wcześniejszych inscenizacji. Może sprawiła to mała, kameralna nieledwie scena Teatru Animacji, ale atmosfera tego przedstawienia nie ma w sobie nic z poczucia zagrożenia czy strachu, jaki może towarzyszyć spotkaniu z osiedlową bandą mocarną. Na scenie Animacji trudno przywołać przestrzenie i rozmiar wielkich blokowisk, dlatego też zamiast nich scenografia pokazuje nam dachy kamienic – może i zaniedbane i odrapane, ale jednak jakoś swojskie i przytulne. Kiedy akcja przenosi się do wnętrza, znajdujemy się jakby na babcinym strychu, gdzie jest i wygodny (co z tego, że trochę po gołębiemu upstrzony) fotel, i staroświecki sprzęt grający, i drewniane półokrągłe okno. To już nie przestrzeń homies-ziomali ale „homy” – domowa, miła, choć trochę niezwykła. Takiego miejsca nie mogą zaludniać wstrętne i groźne gołębie, toteż lalki w niczym nie przypominają szarych osiedlowych obsrańców (jak je się pieszczotliwie nazywa), a raczej barwne i miłe ptaki, które wyglądają, jakby sfrunęły do teatru prosto z planu zdjęciowego filmu Rio. Czy można uwierzyć, że ktoś, kto tak przytulankowato wygląda, może być częścią jakiejś bandy i na poważnie zrobić komukolwiek krzywdę? Czy w takich uroczych dzióbkach hasło „zawsze gołębie, tylko gołębie” nie brzmi rozczulająco i nie wywołuje uśmiechu, jakim dorośli zwykli obdarzać słodkiego brzdąca, który właśnie ze swoim plastikowym mieczykiem szykuje się na podbój świata? Klimatu zagrożenia nie budują także kostiumy lalkarzy, którzy w niczym nie przypominają jakiś blokersów czy innych narodo-kiboli. Ich dżinsy, czarne, luźne koszulki oraz czapki typu worek na kartofle upodobniają ich raczej do grunge’owych wielbicieli alternatywnego rocka, a ci jakoś nie budzą powszechnych obaw. Słowem: zamiast obrazu agresywnej, napastliwej bandy na scenie widzimy postacie barwnych i zabawnych ptaków oraz sympatycznych freaków.

Z jednej strony mamy więc w spektaklu tekst Prześlugi, świetnie i inteligentnie pokazujący i analizujący mechanizmy budowania zbiorowej histerii, które wyłączają krytyczne myślenie i prowadzą do nienawiści i agresji, lecz z drugiej strony inscenizacja owe treści dość skutecznie rozbraja. Co z tego, że słyszymy gołębie, które planują „gówienną” zemstę na kotce Dolores, choć nie mają (bo nie potrzebują) żadnych dowodów na to, iż to ona zabiła ich zaginionego przywódcę Janusza, wystarcza im aksjomat, że „koty są złe”, skoro ich przemiły wygląd nie pozwala traktować tych gróźb na poważnie. Dlatego też wszelkie (wielkie!) dylematy moralne, zadry psychiczne i walka z sobą samym stają się na scenie Animacji jakoś tak wygłaskane, uładzone i mniej groźnie. Zostają przeniesione z obszaru przypowieści o naszym „teraz” na teren bajki o śmiesznych zachowaniach zwierzątek. Oczywiście mam świadomość, iż dzięki temu spektakl nadaje się dla młodszych dzieci bardziej niż np. przedstawienie toruńskie. Na dodatek naprawdę bardzo dobrze się go ogląda, bo animacja lalek jest perfekcyjna, aktorzy – wtedy, kiedy pojawiają się w żywym planie – są cały czas w roli, teksty dobrze brzmią, ich dowcipność wybrzmiewa, ale nie pobudza do rechotu. Wszystkie elementy przedstawienia są spójne i konsekwentne. Sceny, w których kolorowe lalki, kiedy ptaki-lalki odfruwają, zastępują obrazy cieni gołębich sylwetek, są wizualnie bardzo ładne. Pewnie gdybym tak tych kilka lat temu nie zachwyciła się toruńskim przedstawieniem, to poznańskie spodobałoby mi się o wiele bardziej. A tak został jakiś smuteczek…

Z innej znów strony rozumiem, że wszyscy mamy już prawo być zmęczeni tym, co za oknem, i teatr ma szansę dawać trochę oderwania i złudzenia, że to, czym się tak ekscytujemy, to w skali wszechświata tylko „fraszka, igraszka”. Kiedy zaczyna się spektakl w Teatrze Animacji, na scenie widać fragment czarnej ściany, na której kredą ktoś napisał hasło stanowiące credo gołębiej „bandy mocarnej”: „Kto nie skacze, ten nie gołąb”. Hasło zapożyczone z protestów przeciwko ACTA, sparafrazowane przez Prześlugę, obecnie używane jest podczas wieców opozycji, tu zostaje w pierwszej scenie zmienione. Tajemnicza ręka wymazała w nim co poniektóre litery i dlatego przez całe Dziób w dziób widzowie patrzą na taki napis: „Kto skacze, ten głąb”. Tym krótkim zabiegiem załatwia się całą skomplikowaną drogę, jaką mógłby przejść samodzielnie widz, gdyby dać mu za pomocą inscenizacji dojść do tego, że tak postępujące gołębie, które bezmyślnie potrzebują identyfikacji ze stadem, a umacnia je w tym niechęć do innych – kotki, wróbelka Przemka, to w gruncie rzeczy głąby. Właściwą miarę tragedii i konfliktów, pojednań i zjednoczeń daje natomiast finałowa scena. Kotki Dolores, która dotąd prezentowana była jako gigantyczna i dlatego oglądana jedynie we fragmentach postać budząca strach, szuka jej właścicielka. Chodzi i nawołuje, aż wreszcie wyciąga z jakiegoś zakamarka lalkę wielkości normalnego kota, którą wynosi ze sceny na rękach. Postrach dachów okazał się zwykłym domowym kiciusiem. Czego się tu bać? Pojawienie się właścicielki kota wprowadza jednak pewien dysonans we wcześniejszą narrację. Skoro kotka ma panią, to dlaczego tak długo, że aż straciła czucie, musiała ganiać z przywiązanym do ogona sznurkiem, skutkiem czego lekko się on odkształcił? I oto wyłania się nowy morał: dzieci, dbajcie o swoje zwierzęta, bo takie z nich słodziaki, a jak za długo są bez was, to im inne złe stworzenia mogą krzywdę zrobić. Choć tekst ten sam, to już spektakl o czymś całkiem innym.

Data publikacji:
18.05.2016

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/recenzje/tirli-tirli-tiu-tiu-tiu,1570.html

Recenzowany spektakl:
DZIÓB W DZIÓB

Tirli, tirli, tiu, tiu, tiu
Joanna Ostrowska, teatralny.pl

Kiedy niemal trzy lata temu pisałam recenzję z prapremierowej realizacji dramatu Maliny Prześlugi Dziób w dziób w Baju Pomorskim, zakończyłam ją tak: „Myślę, że jeśli nie chcemy za kilka lat mieszkać w kraju brunatnych koszul, trzeba już dzieciom pokazywać, do czego prowadzą agresywno-wykluczające postawy w życiu, a w tej kwestii wartość sztuki Prześlugi i spektaklu z Torunia jest nie do przecenienia”. Jak typowy wykształciuch, przeceniłam rolę teatru (czy szerzej – sztuki) w dziedzinie wpływania na ludzkie postawy.

Spektakl w Baju Pomorskim był świetny, a i tak mamy to, co mamy. Pocieszam się myślą, że może młodzi ludzie, jakby żywcem wyjęci ze spektaklu Zbigniewa Lisowskiego, którzy ostatnio ochoczo ujawniają się w polskiej przestrzeni publicznej, nigdy nie byli w teatrze i tylko dlatego nie mają pojęcia, do czego ich hasła i przemarsze mogą prowadzić.

Jeśli wierzyć recenzjom (a dlaczego miałabym im nie wierzyć?), w podobną stronę co inscenizacja Lisowskiego poszedł Maciej Gierałtowski, reżyserujący Dziób w dziób w słupskiej Tęczy. Można więc powiedzieć, że w ten sposób ustaliła się dominująca interpretacja tekstu Prześlugi – mówi on o grupie rządzącej „na dzielni”, której pierwowzory można łatwo znaleźć w otaczającej nas rzeczywistości. Jaką drogę ma jednak przed sobą ten, kto chce wymknąć się owej – zdawałoby się – na dobre osadzonej w teatrze wymowie tekstu dramaturżki?

Po dramat Prześlugi (kolejny już) sięgnął jej rodzimy teatr, jednak inscenizacja, a przez to i wymowa przedstawienia bardzo odbiegają od niemal „społecznie zaangażowanych” wcześniejszych inscenizacji. Może sprawiła to mała, kameralna nieledwie scena Teatru Animacji, ale atmosfera tego przedstawienia nie ma w sobie nic z poczucia zagrożenia czy strachu, jaki może towarzyszyć spotkaniu z osiedlową bandą mocarną. Na scenie Animacji trudno przywołać przestrzenie i rozmiar wielkich blokowisk, dlatego też zamiast nich scenografia pokazuje nam dachy kamienic – może i zaniedbane i odrapane, ale jednak jakoś swojskie i przytulne. Kiedy akcja przenosi się do wnętrza, znajdujemy się jakby na babcinym strychu, gdzie jest i wygodny (co z tego, że trochę po gołębiemu upstrzony) fotel, i staroświecki sprzęt grający, i drewniane półokrągłe okno. To już nie przestrzeń homies-ziomali ale „homy” – domowa, miła, choć trochę niezwykła. Takiego miejsca nie mogą zaludniać wstrętne i groźne gołębie, toteż lalki w niczym nie przypominają szarych osiedlowych obsrańców (jak je się pieszczotliwie nazywa), a raczej barwne i miłe ptaki, które wyglądają, jakby sfrunęły do teatru prosto z planu zdjęciowego filmu Rio. Czy można uwierzyć, że ktoś, kto tak przytulankowato wygląda, może być częścią jakiejś bandy i na poważnie zrobić komukolwiek krzywdę? Czy w takich uroczych dzióbkach hasło „zawsze gołębie, tylko gołębie” nie brzmi rozczulająco i nie wywołuje uśmiechu, jakim dorośli zwykli obdarzać słodkiego brzdąca, który właśnie ze swoim plastikowym mieczykiem szykuje się na podbój świata? Klimatu zagrożenia nie budują także kostiumy lalkarzy, którzy w niczym nie przypominają jakiś blokersów czy innych narodo-kiboli. Ich dżinsy, czarne, luźne koszulki oraz czapki typu worek na kartofle upodobniają ich raczej do grunge’owych wielbicieli alternatywnego rocka, a ci jakoś nie budzą powszechnych obaw. Słowem: zamiast obrazu agresywnej, napastliwej bandy na scenie widzimy postacie barwnych i zabawnych ptaków oraz sympatycznych freaków.

Z jednej strony mamy więc w spektaklu tekst Prześlugi, świetnie i inteligentnie pokazujący i analizujący mechanizmy budowania zbiorowej histerii, które wyłączają krytyczne myślenie i prowadzą do nienawiści i agresji, lecz z drugiej strony inscenizacja owe treści dość skutecznie rozbraja. Co z tego, że słyszymy gołębie, które planują „gówienną” zemstę na kotce Dolores, choć nie mają (bo nie potrzebują) żadnych dowodów na to, iż to ona zabiła ich zaginionego przywódcę Janusza, wystarcza im aksjomat, że „koty są złe”, skoro ich przemiły wygląd nie pozwala traktować tych gróźb na poważnie. Dlatego też wszelkie (wielkie!) dylematy moralne, zadry psychiczne i walka z sobą samym stają się na scenie Animacji jakoś tak wygłaskane, uładzone i mniej groźnie. Zostają przeniesione z obszaru przypowieści o naszym „teraz” na teren bajki o śmiesznych zachowaniach zwierzątek. Oczywiście mam świadomość, iż dzięki temu spektakl nadaje się dla młodszych dzieci bardziej niż np. przedstawienie toruńskie. Na dodatek naprawdę bardzo dobrze się go ogląda, bo animacja lalek jest perfekcyjna, aktorzy – wtedy, kiedy pojawiają się w żywym planie – są cały czas w roli, teksty dobrze brzmią, ich dowcipność wybrzmiewa, ale nie pobudza do rechotu. Wszystkie elementy przedstawienia są spójne i konsekwentne. Sceny, w których kolorowe lalki, kiedy ptaki-lalki odfruwają, zastępują obrazy cieni gołębich sylwetek, są wizualnie bardzo ładne. Pewnie gdybym tak tych kilka lat temu nie zachwyciła się toruńskim przedstawieniem, to poznańskie spodobałoby mi się o wiele bardziej. A tak został jakiś smuteczek…

Z innej znów strony rozumiem, że wszyscy mamy już prawo być zmęczeni tym, co za oknem, i teatr ma szansę dawać trochę oderwania i złudzenia, że to, czym się tak ekscytujemy, to w skali wszechświata tylko „fraszka, igraszka”. Kiedy zaczyna się spektakl w Teatrze Animacji, na scenie widać fragment czarnej ściany, na której kredą ktoś napisał hasło stanowiące credo gołębiej „bandy mocarnej”: „Kto nie skacze, ten nie gołąb”. Hasło zapożyczone z protestów przeciwko ACTA, sparafrazowane przez Prześlugę, obecnie używane jest podczas wieców opozycji, tu zostaje w pierwszej scenie zmienione. Tajemnicza ręka wymazała w nim co poniektóre litery i dlatego przez całe Dziób w dziób widzowie patrzą na taki napis: „Kto skacze, ten głąb”. Tym krótkim zabiegiem załatwia się całą skomplikowaną drogę, jaką mógłby przejść samodzielnie widz, gdyby dać mu za pomocą inscenizacji dojść do tego, że tak postępujące gołębie, które bezmyślnie potrzebują identyfikacji ze stadem, a umacnia je w tym niechęć do innych – kotki, wróbelka Przemka, to w gruncie rzeczy głąby. Właściwą miarę tragedii i konfliktów, pojednań i zjednoczeń daje natomiast finałowa scena. Kotki Dolores, która dotąd prezentowana była jako gigantyczna i dlatego oglądana jedynie we fragmentach postać budząca strach, szuka jej właścicielka. Chodzi i nawołuje, aż wreszcie wyciąga z jakiegoś zakamarka lalkę wielkości normalnego kota, którą wynosi ze sceny na rękach. Postrach dachów okazał się zwykłym domowym kiciusiem. Czego się tu bać? Pojawienie się właścicielki kota wprowadza jednak pewien dysonans we wcześniejszą narrację. Skoro kotka ma panią, to dlaczego tak długo, że aż straciła czucie, musiała ganiać z przywiązanym do ogona sznurkiem, skutkiem czego lekko się on odkształcił? I oto wyłania się nowy morał: dzieci, dbajcie o swoje zwierzęta, bo takie z nich słodziaki, a jak za długo są bez was, to im inne złe stworzenia mogą krzywdę zrobić. Choć tekst ten sam, to już spektakl o czymś całkiem innym.

Data publikacji:
18.05.2016

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/recenzje/tirli-tirli-tiu-tiu-tiu,1570.html

Recenzowany spektakl:
DZIÓB W DZIÓB

Podwórkowe porachunki
Marta Wojciechowska, swiatkultury.pl
Co może się wydarzyć, kiedy schematyczne życie dumnej gołębiej Bandy zostanie niespodziewanie zakłócone? I co, jeśli „tym złym” nie okaże się odwieczny wróg – kot, a odrzucony przez własną Zgraję wróbelek przejawi pokłady honoru i męstwa, o których nie jeden gołąb mógł tylko śnić? Otóż, wydarzyć się tu może piękna historia o przyjaźni, przełamywaniu barier i odkrywaniu tego, co w życiu najważniejsze. 17 kwietnia w poznańskim Teatrze Animacji swoją premierę miała sztuka Dziób w dziób Maliny Prześlugi, w reżyserii Ireneusza Maciejewskiego.

Widzowie obserwować mogą podwórko, przyjmując tym samym perspektywę osoby wyglądającej przez okno lub zaglądającej do codziennie mijanej bramy. Scenografia, za którą odpowiedzialny jest Robert Romanowicz, przedstawia obdrapane dziurawe mury, popisane przez zbuntowanych mieszkańców, chcących przelewaniem słów na ściany dookreślić swoją tożsamość. Podwórkowymi bohaterami jest Banda gołębi, znajdująca siłę w trzymaniu się razem, we wspólnocie, byciu dumnym z gatunkowej przynależności i okazywanego sobie nawzajem szacunku. Monotonię życia ptaków zakłócają jednak dwa fakty. Pierwszym z nich jest nagła śmierć ich kumpla Janusza, którego – jak uważają – zjadł kot. Nie ma dowodów, nie ma śladów, nie ma świadków, no ale któż inny mógł skrzywdzić gołębia, jeśli nie odwieczny wróg? Drugim elementem, który niespodziewanie wkrada się w poukładane życie Bandy jest Przemek – młodziutki wróbelek odrzucony przez swoją Zgraję. Ptaszek poszukuje towarzystwa, przyjaciół i poczucia, że gdzieś i do kogoś przynależy. Gołębie początkowo są wobec przybysza bardzo nieprzychylne. Sytuacja zaczyna się powoli zmieniać, kiedy wróbelek postanawia stanąć twarzą w twarz z kotem i wyjaśnić tajemniczą historię zaginięcia Janusza. Gołębie stopniowo zaczynają dostrzegać w Przemku wielki hart ducha, odwagę i oddanie wobec przyjaciół, jednak do przekonania o tym Zbigniewa, szefa Bandy, jeszcze bardzo daleka droga.

Dziób w dziób to bardzo uniwersalna i aktualna opowieść o sile przyjaźni, o tym, co można w jej imię zrobić oraz o tym, jak bardzo każdy z nas potrzebuje drugiego człowieka, poczucia przynależności i wspólnoty. To także historia o tkwiących w nas uprzedzeniach i o tym, jak bardzo przeszkadzają one dostrzec to, co najprostsze i zarazem najważniejsze. W ostatecznym rozrachunku to czyny ptasich bohaterów, a nie to kim są, decydują o ich wzajemnych relacjach i rewizji pierwotnego składu Bandy.

Nowy spektakl Teatru Animacji to doskonała propozycja zarówno dla najmłodszych widzów, którzy kolejne dialogi gołębi nagradzają salwami śmiechu, jak i dla dorosłych, gotowych odnaleźć w wypowiedziach bohaterów dodatkowe znaczenia. Na duże brawa zasługuje gra aktorska, scenografia (w tym przepiękna czarna kotka Dolores, będąca kwintesencją kociego wdzięku) oraz dopełniająca całości muzyka autorstwa Łukasza Pospieszalskiego, podkreślająca podwórkowe nastroje gołębi oraz liryczne, nostalgiczne rozmyślania Przemka.

Warto zajrzeć do Teatru Animacji i posłuchać, jakie opowieści skrywają mijane przez nas codziennie miejskie dachy, trzepaki i parapety.

Data publikacji:
18.04.2016

Źródło publikacji:
http://www.swiatkultury.com.pl/?p=14097

Recenzowany spektakl:
DZIÓB W DZIÓB

Dziobem w mur
Monika Nawrocka-Leśnik, kultura.poznan.pl

Mur świadczył kiedyś o potędze miasta i odgrywał wielkie znaczenie w czasie bitew, był barierą trudną do sforsowania. Od zawsze też był symbolem podziałów i waśni. Mur budują ludzie, którzy uzurpują sobie prawo do jedynych właściwych racji, nie zgadzają się ze światopoglądem innych i wyznawaną przez nich religią. Ale często też człowiek sam otacza się murem, bo czuje się wyobcowany. I odseparowanie od reszty daje mu poczucie bezpieczeństwa.

O tym, że każdy mur można jednak "przebić głową", przekonali się widzowie spektaklu Ireneusza Maciejewskiego pt. "Dziób w dziób". W jego przedstawieniu, na podstawie sztuki Maliny Prześlugi, marzenie ściętej głowy - pojednanie odwiecznych wrogów - spełnia się. Banda gołębi przyjmuje do swojej wspólnoty "drepczącego" wróbelka Przemka. Oczywiście nie od razu. Najpierw znika szef gołębi Janusz. Podejrzenie o "naruszenie nietykalności cielesnej" pada na odwiecznego nieprzyjaciela ptaków - kota. Gołębie już szykują się do zemsty, ale na podwórko wkracza wróbelek Przemek. Dzięki jego dobremu sercu i wierze w ptaki Banda poznaje prawdziwy powód zaginięcia Janusza.

Debiutujący w roli scenografa Robert Romanowicz wybudował na scenie symboliczną ścianę. Mur z napisem: "Kto (nie) skacze, ten (nie) g (o)łąb" pełnił w spektaklu nie tylko funkcję parawanu, za którym chowali się aktorzy animujący lalki, ale też stanowił granicę pomiędzy sceną a widownią. Krajobraz za murem zmieniał się wraz z miejscem, w którym toczyła się akcja. Byliśmy więc i na poddaszach, gdzie przesiadują gołębie, i na śmietniku - w królestwie kotki Dolores.

Postaci spektaklu - niezwykle rozgadane (jak to w sztukach Maliny Prześlugi) - mówiły językiem znanym wszystkim "ziomalom", którzy wolny czas spędzają u siebie "na dzielni". Z racji tego, że postaci mówiły dużo, Maciejewski zdecydował, by do spektaklu wprowadzić muppety, w tym przypadku lalki poruszające przede wszystkim dziobem. Łukasz Pospieszalski, autor muzyki, przeplótł subtelne dźwięki fortepianu hip-hopowym bitem. Gołębie (Heniek, Stefan, Zbigniew i Mariola) rapowały, a odtrącany przez nie początkowo Przemek śpiewał w swojej "deszczowej piosence" o żywocie wróblim. Zestawienie muzycznych stylów przekładało się również na charakter postaci. Pewne siebie, śpiewające często wspólnie gołębie zostały zestawione z samotnym, odrzuconym przez swój gatunek wróblem (Przemek, kiedy był mały, wypchnął z gniazda swojego brata. Został za to wyrzucony ze swojej zgrai).

"Dziób w dziób" to ważny głos w rozmowie na temat przynależności do grupy, odrzucenia i zbyt szybkiej identyfikacji ze "słusznymi poglądami". Sztuka ta uczy, czym jest prawda, honor i przyjaźń. To także ciekawa lekcja na temat poczucia winy, bo "każdy wierci się podczas wykluwania", ale też tolerancji, bo skrzydła, bez względu na to, jakiego są koloru i wielkości, służą przecież do latania.

Data publikacji:
18.04.2016

Źródło publikacji:
http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news/relacje-recenzje-opinie,c,9/dziobem-w-mur,93293.html

Recenzowany spektakl:
DZIÓB W DZIÓB

Dziób w dziób
tosimama.blogspot.pl
Byliśmy w teatrze. Było wspaniale. Dziecko oznajmiło, że teatr jest lepszy od kina, bo w teatrze codziennie grają coś innego. Siedziała w fotelu z otwartą buzią albo z malującym się na tej buzi uśmiechem. Co ją tak zachwyciło? Pięć gołębi, jeden wróbel i jeden kot, czyli bohaterowie spektaklu Dziób w dziób z poznańskiego Teatru Animacji.
 
Staram się wybierać dla Tosi spektakle oryginalne, które jej nie znudzą, w których dużo będzie się działo, które nie zrażą jej do teatru, które ją zachwycą. Tak trafiłam na zapowiedź przedstawienia Dziób w dziób. Współczesna sztuka, młodej dramatopisarki Maliny Prześlugi, którą tak zapowiadał na swojej stronie Teatr Animacji:
"Od zawsze każdym miejskim podwórkiem rządzi jakaś Banda gołębi. Waleczne, odważne, honorowe, co chwila wznoszą dumne okrzyki: "Rządzą gołębie, zawsze gołębie, tylko gołębie!" Przerywają tylko wtedy, gdy ktoś sypnie bułką... Albo gdy na rewir wkroczy ich odwieczny wróg - kot. I właśnie kot rozbił Bandę Zbigniewa: Pożarł gołębia Janusza. Nikt tego nie widział. Nie zostały ślady. Dowodów brak. Ale gołębie nie potrzebują dowodów, by się zemścić. Na szczęście w odpowiednim (a może najmniej odpowiednim?) momencie na podwórko wkracza Przemek, samotny, młody wróbel. Przemek jest dobroduszny i niewinny. Słabeusz bez własnej Zgrai. Nigdzie nie pasuje i nie ma prawa głosu, bo przecież nie jest gołębiem! A jednak jego dobre serce i wiara w ptaki pozwalają mu uchronić Bandę przed katastrofą i dociec prawdy. Przemek raz na zawsze zmieni zasady i udowodni, że warto iść przez życie razem, dziób w dziób. Bo przecież ptak to ptak, a każdy problem da się rozwiązać pokojowo... albo odkryć, że tak naprawdę problemu nie ma!"
 
Premiera odbyła się 17 kwietnia 2016 r., a bilety zamawiałam na tydzień przed nią, nie wiedziałam, więc czy to przedstawienie spodoba się Tosi i, czy na pewno będzie odpowiednie dla dziecka w jej wieku. Zaryzykowałam i dobrze zrobiłam. Tosia może i nie wyłapywała wszystkich żartów, ale niczego się nie przestraszyła, wiele zrozumiała, teraz chętnie opowiada o tym, co widziała i, co najważniejsze ani razu (w czasie przedstawienia) nie usłyszałam, że się nudzi i chce wyjść. Nie dziwię jej się, bo spektakl był piękny, ciekawy i zabawny.

Wchodząc na widownię widzimy fragmenty scenografii, rozpięty sznur z praniem, pranie oczywiście ubrudzone ptasimi odchodami, czarny mur nieco popisany kredą i stare radio (które niezwykle zachwyciło Tosię). Z tego wynika, że może być mrocznie, czarno, szaro i buro. Nic podobnego, wszystko zmienia się chwili, w której na scenę wkraczają główni bohaterowie!
Gołębie nie wyglądały jak te szare, nieco brudne ptaszyska, które każdego dnia kilka razy stają na mojej drodze (a których panicznie się boję). Były kolorowe, zabawne i wyjątkowo przyjazne (choć charakterne). Do tej zgranej bandy, dołączyć chciał przesympatyczny wróbel Przemek. Samotnik, odrzucony przez swoich, z kompleksami i wyrzutami sumienia (bo wykluwając się z jajka, wypchnął z gniazda swojego brata, tak przynajmniej opowiedziała mu mama). I właśnie ten samotny, ale rezolutny i niezwykle odważny wróbel zapragnął przyłączyć się do gołębiej bandy, która tkwiła właśnie w fazie kryzysu, a jednocześnie gotowała się do walki. Skąd ten kryzys? Ano stąd, że zniknął gołąb Janusz! Ale on nie zniknął tak po prostu, gołębia Janusza pożarł kot! Pożarł tak, że nawet kosteczki nie zostawił, nawet piórka nie wypluł. Nie ma śladów, ale jest zbrodnia. Gołębie nawet nie myślą o tym, żeby przeprowadzić jakiekolwiek śledztwo, Janusza zeżarł kot i koniec. Kot jest winny, na kocie trzeba się zemścić. Emocji i zaskakujących zwrotów akcji nie zabraknie.

Przedstawienie bawi i uczy. Bawią okrzyki wznoszone przez gołębie ("Kto nie skacze, ten nie gołąb" i "Rządzą gołębie, zawsze gołębie, tylko gołębie"), podejrzewam, że dzisiaj zna je już połowa przedszkola, bo Tosia wykrzykuje je często i chętnie, bawią piosenki rapowane przez skrzydlatych bohaterów, bawi ich wygląd. Zachwyca animowanie pacynek, zachwyca wielki czarny kot z pomarańczowymi oczami (jest naprawdę wieli, ale tylko, kiedy występuje razem z ptakami, bo w momencie spotkania ze swoją właścicielką jest malutką kicią). Doceniam również przesłanie spektaklu, podkreślanie wagi przyjaźni, działania zespołowego i unikania wyciągania pochopnych wniosków. Jeśli dodać do tego piękną scenografią, wspaniałych aktorów, cudowne lalki, otrzymujemy spektakl, który każdy powinien zobaczyć. Zobaczyć po to, żeby trochę się pośmiać, trochę się zastanowić, trochę posmucić!
Krótko mówiąc! Polecamy!

Data publikacji:
25.04.2016

Źródło publikacji:
http://tosimama.blogspot.com/

Recenzowany spektakl:
DZIÓB W DZIÓB