"La La Lalki"
Tosi Mama i książki

Każde wyjście do teatru to dla Tosi duże przeżycie. Lubi oglądać spektakle dla dzieci, ja widzę, że sprawia jej to przyjemność i dlatego robię wszystko, żeby jej zainteresowanie teatrem rozwijać i podsycać, a z drugiej strony zależy mi również na tym, żeby jej do teatru nie zniechęcić.

Pomocą służy mi poznański Teatr Animacji, którego spektakle dają na szansę na przeżycie czegoś naprawdę wyjątkowego. Każda wizyta w jego gościnnych progach to nowa, zupełnie inna przygoda. Tym razem było tak samo, choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy spektakl La la laki to na pewno propozycja dla niej.

Najnowsza premiera Teatru Animacji nie jest bowiem tradycyjnie rozwijającą się opowieścią. Mamy tu raczej zbiór luźno połączonych piosenek, które łączy wspólny mianownik. Śpiewają je lalki, które są również bohaterami spektaklu. Nie zostały one jednak specjalnie na ten spektakl wykonane. Malina Prześluga (autorka tekstu) i Artur Romański (reżyser spektaklu) dali drugie życie lalkom, które od lat zalegają w teatralnych magazynach. Leżą tam pokryte kurzem i pajęczynami marząc o powrocie na scenę albo wspominając dobre czasy, kiedy były gwiazdami. Mnóstwo w nich żalu i goryczy. Jedne są smutne, inne bywają niegrzeczne, a nawet agresywne. Niektóre z nich przypominają, że bez lalkarza nie istnieją. Inne próbują lalkarzem dyrygować, grożą mu albo próbują go zmienić na (ich zdaniem) lepszego. Smutny to widok... Lalka to tylko lalka, zabawki kiedy się znudzą albo kiedy dzieci z nich wyrosną również trafiają do piwnicy. Teatralne lalki dostały jednak drugie życie i świetnie to wykorzystały. Oczywiście dzięki aktorom. Ci po raz kolejny udowodnili, jak fantastyczny jest zespół poznańskiego Teatru Animacji. Dobrze śpiewają, doskonale współgrają z obecnym na scenie zespołem muzycznym, świetnie się ruszają. Raz są lalkarzami dającymi życie lalkom, innym razem sami stają się lalkami, poruszając się w charakterystyczny dla nich sposób. Ożywiają pacynki, kukiełki i marionetki. Podbijają serca i wzbudzają zachwyt młodszych i starszych widzów. Spoglądałam kątem oka na Tosię, widziałam jak bardzo była przejęta, a jednocześnie zachwycona. Chciałaby, żeby teatr zawsze budził w niej takie emocje.

Czy La la lalki to spektakl dla wszystkich? Wydaje mi się, że nie, a już na pewno nie jest to przedstawienie dla dzieci młodszych, niż grupa docelowa (tę Teatr Animacji określił jako widzów w wieku 7+). Tosia siedmiu lat jeszcze nie skończyła, ale przedstawień widziała sporo, więc ona ideę La la Lalek zrozumiała. Słyszałam jednak za plecami głosy znudzonych, a nawet przestraszonych maluchów. Dlatego apeluję do rodziców, sprawdzajcie kategorię wiekową, kiedy wybieracie się z dzieckiem do teatru. Zabierając je na spektakle dla nich za trudne nie tylko marnujecie czas i pieniądze, ale przede wszystkim jesteście na najlepszej drodze do tego, żeby dziecko do chodzenia do teatru zniechęcić. A tego przecież nie chcecie!

 
Data publikacji:
18.06.2018

Źródło publikacji:
https://tosimama.blogspot.com/2018/06/la-la-lalki-teatr-animacji.html

Recenzowany spektakl:
LA LA LALKI

"La La Lalki"
Tosi Mama i książki

Każde wyjście do teatru to dla Tosi duże przeżycie. Lubi oglądać spektakle dla dzieci, ja widzę, że sprawia jej to przyjemność i dlatego robię wszystko, żeby jej zainteresowanie teatrem rozwijać i podsycać, a z drugiej strony zależy mi również na tym, żeby jej do teatru nie zniechęcić.

Pomocą służy mi poznański Teatr Animacji, którego spektakle dają na szansę na przeżycie czegoś naprawdę wyjątkowego. Każda wizyta w jego gościnnych progach to nowa, zupełnie inna przygoda. Tym razem było tak samo, choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy spektakl La la laki to na pewno propozycja dla niej.

Najnowsza premiera Teatru Animacji nie jest bowiem tradycyjnie rozwijającą się opowieścią. Mamy tu raczej zbiór luźno połączonych piosenek, które łączy wspólny mianownik. Śpiewają je lalki, które są również bohaterami spektaklu. Nie zostały one jednak specjalnie na ten spektakl wykonane. Malina Prześluga (autorka tekstu) i Artur Romański (reżyser spektaklu) dali drugie życie lalkom, które od lat zalegają w teatralnych magazynach. Leżą tam pokryte kurzem i pajęczynami marząc o powrocie na scenę albo wspominając dobre czasy, kiedy były gwiazdami. Mnóstwo w nich żalu i goryczy. Jedne są smutne, inne bywają niegrzeczne, a nawet agresywne. Niektóre z nich przypominają, że bez lalkarza nie istnieją. Inne próbują lalkarzem dyrygować, grożą mu albo próbują go zmienić na (ich zdaniem) lepszego. Smutny to widok... Lalka to tylko lalka, zabawki kiedy się znudzą albo kiedy dzieci z nich wyrosną również trafiają do piwnicy. Teatralne lalki dostały jednak drugie życie i świetnie to wykorzystały. Oczywiście dzięki aktorom. Ci po raz kolejny udowodnili, jak fantastyczny jest zespół poznańskiego Teatru Animacji. Dobrze śpiewają, doskonale współgrają z obecnym na scenie zespołem muzycznym, świetnie się ruszają. Raz są lalkarzami dającymi życie lalkom, innym razem sami stają się lalkami, poruszając się w charakterystyczny dla nich sposób. Ożywiają pacynki, kukiełki i marionetki. Podbijają serca i wzbudzają zachwyt młodszych i starszych widzów. Spoglądałam kątem oka na Tosię, widziałam jak bardzo była przejęta, a jednocześnie zachwycona. Chciałaby, żeby teatr zawsze budził w niej takie emocje.

Czy La la lalki to spektakl dla wszystkich? Wydaje mi się, że nie, a już na pewno nie jest to przedstawienie dla dzieci młodszych, niż grupa docelowa (tę Teatr Animacji określił jako widzów w wieku 7+). Tosia siedmiu lat jeszcze nie skończyła, ale przedstawień widziała sporo, więc ona ideę La la Lalek zrozumiała. Słyszałam jednak za plecami głosy znudzonych, a nawet przestraszonych maluchów. Dlatego apeluję do rodziców, sprawdzajcie kategorię wiekową, kiedy wybieracie się z dzieckiem do teatru. Zabierając je na spektakle dla nich za trudne nie tylko marnujecie czas i pieniądze, ale przede wszystkim jesteście na najlepszej drodze do tego, żeby dziecko do chodzenia do teatru zniechęcić. A tego przecież nie chcecie!

 
Data publikacji:
18.06.2018

Źródło publikacji:
https://tosimama.blogspot.com/2018/06/la-la-lalki-teatr-animacji.html

Recenzowany spektakl:
LA LA LALKI

Teatralny second hand
Maria Mauczuga

 Teatralny second hand

W pogodne, czerwcowe dni trudno przyciągnąć widzów do teatru. Udaje się to, gdy na sali panuje gorętsza atmosfera niż na zewnątrz, jak podczas premiery "La la lalki" w Teatrze Animacji. Na scenie zgrana drużyna - lalki, aktorzy-animatorzy, muzycy przez cały spektakl koncertowo podgrzewali emocje.

Przedstawienie jest teatralnym second handem. Znajdują się w nim: starocie, nowości, koszmarki, perełki zaprojektowane przez znanych twórców, podróbki, unikaty, klasyki, buble. Zmieściło się tam dosłownie wszystko i bardzo dużo (m.in. maski, abstrakcje, pomruki, barwy, żarty, instrumenty). Nie każdy element zawsze pasuje. Prym wiodą lalki, ale sporo miejsca pozostaje na muzykę i aktorstwo.

Lalki od lat więzione w magazynie dostają jeszcze jedną, kto wie czy nie ostatnią, szansę, żeby pokazać się na scenie. Są trochę zgorzkniałe, ale po długim czasie spędzonym w kurzu i ciemności, mają do tego prawo. Mimo wszystko powodują entuzjastyczny błysk w oku starszych widzów, którzy spoglądając na Wiedźmę przypominają sobie "Noc wigilijną" w reżyserii Karela Brožka z 1979 roku czy młodszych kojarzących Gajowego z przedstawienia "Czerwony Kapturek" w reżyserii Janusza Ryl-Krystianowskiego z 2011 roku. Lalki pozbawiają scenę magicznych właściwości, kiedy demonstrują swoje wady. Kukła z cieniami zamiast oczu nie widzi. Niemowie bez ust udaje się jedynie wymruczeć song, mimo że animujący ją Marcel Górnicki robi, co może, a potrafi wiele. Ten duet wyszydzają trzy pyskówki, które sztuki uczyły się prawdopodobnie z "The Muppet Show". Lalki wspominają swoje wielkie role. Zdradzają rozczarowania, jak Sowa ("Kubuś Puchatek", reż. J. Ryl-Krystianowski, 2000 r.) nie potrafiąca wybaczyć scenografowi Mikołajowi Maleszy, że uniemożliwił jej latanie, ponieważ pozbawił skrzydeł i przykleił patyk do nóg. Jedna z bohaterek marzy, aby zostać bakterią  i pozarażać dzieci na widowni. Lalki opowiadają także o relacjach z animatorami, a te bywają trudne. Popis daje kukiełkowa gwiazda, która jest tak wymagająca, że pozostaje porzucona na scenie. Ten numer to prawdziwe cudeńko.

Bohaterowie historiami dzielą się poprzez piosenki. W utworze otwierającym zarzekają się, że muzyczne opowieści będą śmieszne. Z obietnicy nie do końca się wywiązują, bo częściej jest sentymentalnie niż wesoło. Rozbrzmiewa jazz, rock i pop. Wyciszająco działają liryczne ballady. Fragmenty przebojów (m.in. "Cudownych rodziców mam" Urszuli Sipińskiej, "Jak rzecz" Kasi Kowalskiej) wzbudzają żywe reakcje publiczności.

Śpiew nie wybrzmiałby, gdyby nie animatorzy. Nie tylko umożliwiają lalkom ruch, ale dają im też głos. Artyści ubrani są na galowo - w czarne garnitury i surduty, przecież koncert lalek jest wyjątkową okazją. Możliwość zagrania kilku pierwszoplanowych postaci w jednym spektaklu to również rzadkość. Zdarzają się omsknięcia, gdy śpiew przechodzi w krzyk i drażni. O niedociągnięciach pomaga szybko zapomnieć Julianna Dorosz. Zachwyca swoimi zdolnościami wokalnymi. Po wysłuchaniu piosenki o "główniaku", w której wspiera marionetkę sycylijską, żaden z widzów nie wierzy opinii rozkapryszonej lalki twierdzącej, że śpiewa jakby piłowała drewno.

Starannie przygotowane widowisko uzupełnia choreografia. Cały zespół doskonale współpracuje. Magdalena Dehr daje cudowny pokaz tańca z lalką. Ładny wizualnie efekt przynosi formowanie żywych parawanów z obróconych tyłem do publiczności aktorów. Nie brakuje świetnego aktorstwa. Marcin Chomicki we wstępie utworu prezentowanego przez Konia ("Tygrys Pietrek", reż. J. Ryl - Krystianowski, 1996 r.) wykorzystuje talent komiczny. Dopełnieniem całości jest piękna scenografia Marty Madej. Szybko przyćmiewa niefortunne wprowadzenie projekcji, która nie dość, że wykracza poza ramy ekranu, to brakuje jej spójności stylistycznej z pozostałą częścią spektaklu. Szkoda jedynie, że papierowe parawany w kształcie wachlarza, harmonijki, serpentyny zostają intersująco ograne kolorowym światłem dopiero w ostatnich scenach.

Warto rozważyć czy nie poświęcić dla tego przedstawienia  kilku chwil spędzonych w słońcu. W "La la lalkach" każdy znajdzie coś dla siebie i wyjdzie zadowolony, wzbogacony o doświadczenie muzycznego teatru opartego na historycznych lalkach.

 
Data publikacji: 10.06.2018

Źródło publikacji:
http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news/relacje-recenzje-opinie,c,9/teatralny-second-hand,119580.html

 

Recenzowany spektakl:
LA LA LALKI

Re-animacja, czyli „każda potwora ma swojego aktora”
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Lalki, tworzące w teatrach formy wraz ze swoimi animatorami pełne życia sceniczne postaci, odchodzą w zapomnienie, gdy teatr przestaje grać spektakle, w których występują.

Znajdują swe miejsce „wiecznego spoczynku” w zagraconych magazynach. Ocala się je przed śmietnikiem czy utylizacją, bo przecież same w sobie są odrębnymi, często nader oryginalnymi, niepowtarzalnymi dziełami sztuki. Ale są już niepotrzebne, spełniły swoje zadanie, już nie wzruszają, nie śmieszą, nie wkurzają, nie straszą – bez kontaktu z animatorami i widzami wiodą swój pół żywot, pół niebyt naznaczony biernością i niemocą.

W poznańskim Teatrze Animacji postanowiono radykalnie odmienić ten stan rzeczy: wyciągnięto z magazynu kilkadziesiąt lalek i zamieniono ich „wieczny spoczynek” na ponowną aktywność sceniczną, często wręcz frenetyczną, w wymyślonym specjalnie na tę okazję spektaklu La la lalki. Zamiast śmietnika lub utylizacji mamy tu zatem re-animację, dodajmy od razu – nader udaną. Oprócz aktorek i aktorów wielką przysługę oddała ponownie ożywionym lalkom dramaturżka, Malina Prześluga, która przyjrzawszy się im dokładnie, napisała dla kilkunastu spośród nich świetne teksty piosenek. Teksty owe nie zawsze prezentują lalki w dziecinno-pozytywnym kontekście. Spektakl przeznaczony jest dla widzów, którzy ukończyli siedem lat, w związku z czym na przykład ubrana w biały elegancki strój Księżniczka może sobie pozwolić na szczere wyznanie: ma dosyć scenicznego, ugrzecznionego „księżniczkowania”, chce (cytuję) „żyć na krawędzi”, najchętniej w formie bakterii, która by zarażała dzieci na widowni; chce, żeby dzieci się od niej infekowały i smarkały! Próżne marzenia – jest „tylko” i „na wieki” Księżniczką, a lalek uosabiających bakterie nie znajdziemy nigdzie na całym świecie… W tle wygibów mało sympatycznej księżniczki obserwujemy uskuteczniany przez kilka innych lalek „balet policyjny”, upewniający nas, że potencjalna terrorystka biologiczna jest skrupulatnie kontrolowana w swych poczynaniach. I rzeczywiście: na końcu swego dynamicznego wokalnego występu zostaje podciągnięta do góry na lince, co dość wyraźnie można skojarzyć z wykonaniem kary śmierci przez powieszenie.

Inna z kolei lalka bezwstydnie narzeka na… pierdzenie dzieci z widowni – to mało przyzwoite słowo pada ze sceny kilkakrotnie, wywołując najpierw pełną niedowierzania, potem coraz żywszą reakcję.

Tak, tak, drodzy rodzice – tu nie ma żartów! Jeśli przyprowadzicie na spektakl jakiegoś malucha sytuującego się wiekowo poniżej zaznaczonej przez teatr granicy, może on doznać szoku już w czasie drugiej sceny La la lalek, gdy w ponurym półmroku przeciągany jest po podłodze jakiś osobnik straszący dość przeraźliwą, smutno-melancholijną fizjonomią. Potem nastrój „grozzy i zmorry” narasta, gdy zza kulis wyskakują na różnych wysokościach kolejne lalkowe zjawy.

Natomiast w poprzedzającej ten horror pierwszej scenie spektaklu wspomagana przez trzech muzyków siódemka aktorek-animatorek i aktorów-animatorów prezentuje się na scenie w mocno mechaniczny sposób, jakby chcąc zatrzeć granicę między ruchowymi właściwościami materii ożywionej i nieożywionej. Ta „auto-animacja” uświadamia nam, widzom, że granica między ludzkim i nie-ludzkim jest w teatrze formy względna, na przykład dlatego, że charakter lalki mocno ogranicza i ukierunkowuje zakres ruchów animatora i jeśli ktoś chciałby precyzyjnie określić, kto tu kogo animuje, miałby z tym duży kłopot.

W ślad za takim właśnie pojmowaniem relacji człowiek-lalka idą teksty Prześlugi, dające lalkom często nie tylko ponowne życie, ale też i pełną autonomię, a z całą pewnością czyniące je podmiotami scenicznej narracji. Od jednej z nich dowiadujemy się, że lalkarz tylko „odwala brudną robotę”, podczas gdy animowana przezeń lalka naprawdę żyje. Ten „pęd ku życiu”, ku jego pełni przezwycięża nawet tak poważne ograniczenia, jak brak ust u niepozornego szmacianego osobnika. Najpierw jego solowy piosenkarski występ pozbawiony jest słów – jego animator (Marcel Górnicki) wykonuje cały utwór w formie murmuranda, zabawiając nas przy tym gagiem w postaci gładzenia na przemian swojej łysej głowy i takoż łysej głowy „bezustego”. W tle mamy znowu lalkowy chórek wyśpiewujący złośliwie: „On nie ma ust, on nie ma ust!”. Ale jesteśmy w teatrze, prawda? Tutaj cuda mogą się zdarzać znacznie częściej niż poza sceną. I na koniec dokonuje się taki sceniczny cud: bezusty zaczyna gadać!

Rozmaite ułomności poszczególnych lalek są tematem pierwszego songu wykonywanego kolejno przez wszystkie animatorki i wszystkich animatorów podczas kończącej wprowadzenie do spektaklu trzeciej sceny: groza sceny drugiej, naznaczona wyskakiwaniem zza kulis rozmaitych lalkowych „maszkar”, ustępuje radosnemu nastrojowi. Rozlega się skoczna melodia, która jest jednak muzyczną ilustracją dla smutnawych konstatacji oraz narzekań: ten nie ma oczu, ten ust, a sowa nie ma nawet skrzydeł i jest w dodatku na stałe przyklejona do gałązki za pomocą superglue, o którym to fakcie skrupulatnie nas informuje. Jak się okazuje później, podczas solowych wokalnych występów animatorów i lalek te bardzo poważne defekty i mankamenty mogą prowokować jakieś dziwne, wstydliwe, niewyraźne sytuacje, na przykład pozbawiony oczu mężczyzna, coś jakby zakonnik, stwierdza z przerażeniem: „Ktoś mi gmera pod sukienką!”. Oczywiście, my wiemy, że to jego animator (Piotr Grabowski), ale on – pozbawiony wzroku – ma pełne prawo być poważnie zaniepokojony.

W miarę rozwoju akcji płaska scena zostaje urozmaicona trzema małymi składanymi parawanami, które animatorzy ustawiają z tyłu po lewej i po prawej stronie – ten ostatni nieco bliżej proscenium. To na górnej krawędzi tego ostatniego spoczywa na koniec swego występu zakochana świnka, wzbudzająca u dzieci na widowni moc miłych uczuć. A przed nią rozczula widzów smutny pan, wyznając, że (w domyśle: podczas wielu lat spędzonych w magazynie) „sparciał z miłości”.

Animatorka (Julianna Dorosz) animuje lalkę, a lalka animuje animatorkę, gdy tańczą stylowe tango, którego tekst aktorka wyśpiewuje z przedwojennym, ciut wschodnio-śpiewnym akcentem; straszny typ – ten sam, którego przeciągano na początku po podłodze, śpiewa rzewnie, że skoro żyje, to przecież musi mieć jakichś rodziców, rozbawiając nas z nagła, z zaskoczenia odśpiewaniem refrenu niewątpliwie niezapomnianej piosenki Urszuli Sipińskiej Cudownych rodziców mam.

Lalki znają swą wartość, lecz bez aktorów są li tylko zwierzo- lub człekopodobnymi (albo do niczego niepodobnymi) „rzeźbo-przedmiotami”. Marzą o powrocie lalkarek i lalkarzy, którzy przywróciliby je z magazynowego półniebytu do scenicznego życia, bo (tu znów cytat) „każda potwora ma swojego aktora”. Lecz gdy taka okazja zostaje im stworzona, z nagła bezczelnieją, odzyskując nie tylko sceniczną tożsamość, ale i niespodziewany wigor – dokładnie tak, jak im nakazują teksty piosenek Maliny Prześlugi. Ta ich nadekspresyjna żywotność jest całkowicie zrozumiała – są znowu na scenie! Zaś bezczelne żądania i wręcz groźby kierowane do animatorek i animatorów, na przykład groźba „nieodczepienia się” i towarzyszenia animatorowi nie tylko na scenie, ale i wszędzie, także w codziennym życiu, biorą się z desperacji i ze strachu, że przyjdzie im znowu leżeć w magazynowym „miejscu (wiecznego?) spoczynku” bez szans na ponowne zaistnienie. To właśnie owa sceniczna euforia i paniczna obawa powodują małym kurczaczkiem, który w jakimś dawnym spektaklu grał gdzieś na drugim planie, a teraz nagle dorwał się do scenicznej „solówki” i śmiga po scenie w obłędnym „raz dokoła” ku wyraźnej uciesze – nie tylko swojej, lecz także animującej go aktorki (Julianna Dorosz).

Inna lalka bezczelnie stwierdza: „Ja potrafię grać, aktorzy tylko chcą”, spoglądając z obawą na aktora Marcina Chomickiego, potrząsającego workiem, w którym lalka za chwilę zostanie przeniesiona do magazynu. Z kolei marionetka dzieli się z nami swą obawą przed tym, że ją znowu na całe długie lata powieszą na haku…

Pomysł na ponowne ożywienie starych lalek rewelacyjnie się sprawdził, a to dzięki znakomitym, jak zwykle zadziwiającym inwencją tekstom Maliny Prześlugi, świetnej oprawie muzycznej, no i bardzo twórczej współpracy aktorek i aktorów z reżyserem, a na co dzień kolegą ze sceny – Arturem Romańskim. To drugi, po pamiętnym scenicznym hicie Miłość nie boli, kolano boli, spektakl będący autonomiczną kreacją dramaturżki, kompozytora i sprawnego, zgranego zespołu, którego pracą kieruje Romański. Aż strach pomyśleć, na co ci lalkarze mogą jeszcze wpaść w ramach jakiejś kolejnej erupcji natchnienia…

Data publikacji:
18.07.2018

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
LA LA LALKI

Sekretne życie lalek
Sandra Szwarc, e-teatr.pl

"La la lalki" Maliny Prześlugi w reż. Artura Romańskiego w Teatrze Animacji w Poznaniu. Pisze Sandra Szwarc, członkini Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

"La la lalki" poznańskiego Teatru Animacji, to seans niemalże spirytystyczny - dusze lalek przywołane po latach obnażają swoje "życie po życiu".

Koncepcja jest prosta - oto stare lalki, dawne gwiazdy sceny, schowane w magazynach poznańskiego teatru, ponownie pojawiają się w świetle reflektorów. Lalka to specyficzny byt - stworzona w konkretnym celu, zgodnie z precyzyjną koncepcją artystyczną, ma wyznaczoną datę przydatności: moment zdjęcia spektaklu z afisza wyznacza jej śmierć. Smutne to troszeczkę, bo uzależnienie od aktorów-animatorów staje się przekleństwem lalek, które - często pozostając dziełami sztuki samymi w sobie - skazane są na zapomnienie, na zaleganie w teatralnych rupieciarniach. Tekst Maliny Prześlugi eksploruje losy lalek w ich "życiu po życiu", dokonując przy tym obserwacji niebanalnej - to, co widzimy, nie zawsze jest prawdą. Bo właściwie - co widzimy, kiedy patrzymy na lalkę? Pewną metaforę, albo koncepcję spełniającą określoną rolę w wykreowanym świecie spektaklu. Zgadzamy się na jej mankamenty, może nawet braki, tak samo jak do pewnego stopnia zgadzamy się na iluzję teatru. Tymczasem w "La la lalkach" w reżyserii Artura Romańskiego dane jest nam doświadczyć transformacji lalki "symbolicznej" w lalkę "oczywistą".

Postaci przewrotnie traktują swoją własną formę - świadome swojej fizyczności, upośledzeń, braków i niedorzeczności anatomicznych dokonują deziluzyjnej autoprezentacji. "Ja nie mam nogi! Ja nie mam nosa! Ja nie mam oczu!" wyśpiewują podczas sceny otwierającej spektakl. I byłoby to może nawet makabryczne, gdyby nie radosne tony bohaterów - ironicznie komentujące to, co przecież zawsze było w zasięgu naszego wzroku. "Witamy w naszym cudownym świecie, tu trosk i smutków nie znajdziecie. Spytacie - dlaczegóż, spytacie - jak to tak? Nie wiemy - bo mózgu też nam w sumie brak!". Lalki występując tym razem jako one same (bo oderwane od dawnego kontekstu), stają się widoczne w sposób indywidualny. I tak na przykład pozbawiona ust lalka w stylu basic (stworzona z pozbawionej charakteru juty), śpiewa piosenkę mormorando, bo przecież inaczej śpiewać nie może; w końcu przemawia własnym, bo związanym z jej kształtem głosem. Z kolei Leśniczy uświadamia sobie, że nie ma nóg "i jakoś żyje", by po chwili stwierdzić "a nie, przepraszam - nie żyję!". Pewien dysonans poznawczy prezentuje nam postać Księżniczki, której skrytym marzeniem jest zostanie bakterią - nie tego spodziewalibyśmy się po niej na pierwszy rzut oka Refleksja lalek co do własnych bytów zahacza także o trudne relacje z aktorami, którzy je animują oraz konstruktorami, którzy je tworzą. Z jednej strony chciałyby bowiem poznać "mamę" i "tatę", jak zapewne myślą o swoich twórcach; z drugiej odczuwają niepokój związany z czyjąś obecnością (której dodatkowo nie potrafią do końca zrozumieć).

Największą siłą tej sztuki jest niebanalne poczucie humoru autorki. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio tak bardzo uśmiałam się w teatrze. Bo w końcu w ilu spektaklach można usłyszeć lalkę utyskującą na dzieci, które puszczają bąki na widowni? Albo zaniepokojoną tym, że ktoś jej gmera pod sukienką? I gdzie jeszcze można zobaczyć miniaturowego kurczaczka na kółkach, który zalicza życiówkę jeżdżąc po ścianach i sufitach? Mimo, że brak tutaj typowej fabuły (przez moment rozważałam ten brak w kategoriach mankamentu, ale mi przeszło), a konstrukcja tekstu opiera się na następujących po sobie songach, akcja między jedną opowieścią a drugą toczy się wartko.

Talent dramatopisarski Prześlugi nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na wysoką jakość tego spektaklu. Zespół aktorski Teatru Animacji stworzył bowiem imponujące kreacje - aktorzy grają po prostu koncertowo. Znakomicie współpracują z przeróżnymi formami lalkowymi od jawajek zaczynając, na marionetkach kończąc, do tego są świetnymi wokalistami! Szczególnie pod względem wokalnym zapadły mi w pamięć dwie aktorki - Katarzyna Romańska, wyśpiewująca z humorem i grozą piosenkę Księżniczki-bakterii, oraz Julianna Dorosz wcielająca się w rolę Starej Matrony, bawiąc się przy tym stylistyką operetkową i wyciągając zaskakująco wysokie nuty. Aleksandra Leszczyńska jako przykurzona diva Renata zachwyca wokalem użytym ze swadą. Warto też wspomnieć o Marcinie Chomickim, który porywa widownię w komicznej piosence o koniu (który nie może ci pomóc), by później zachwycić melancholijną nutą w "Smutnej piosence o ojcu i matce". Ach, i Marcel Górnicki, który w Potworze przechodzi płynnie między przejmującymi tonami dramatycznymi do pastiszowego tańca; nie można też zapomnieć o Magdzie Dehr, która w charyzmatycznym stylu tańczy wraz ze swoją lalką tango "Zdradziłeś mnie lalkarzu". W najpoważniejszej scenie spektaklu świetnie odnajduje się Piotr Grabowski - interpretując w przejmujący sposób piosenkę Nie wychodźcie stąd, chyba nikogo nie pozostawia obojętnym. Wymieniłam wszystkich? I słusznie, bo nikogo nie można tu pominąć.

Całość okrasza muzyka Tomasza Lewandowskiego, który występując na żywo wraz z Pawłem Grzesiukiem i Kubą Fiszerem tworzy fantastyczną masę dźwiękową; na aranżacje łatwo wpadających w ucho kawałków składają się różnorodne stylistyki muzyczne o potencjale murowanych hitów.

Sekretne nie-życie lalek teatralnych, jak można byłoby alternatywnie zatytułować poznańskie przedstawienie, to frapująca, zabawna i świetnie zrealizowana opowieść o świecie, który na co dzień pozostaje dla widzów (zarówno dużych jak i małych) ukryty w niedostępnych zakamarkach teatralnych piwnic i magazynów. Jest to świat pełen barwnych osobowości, poważnych problemów, nieszczęść, radości i smutków. I choć humor i dowcip wiodą prym we wszystkich sferach widowiska, autorom udało się przemycić pewną ważną prawdę - lalka teatralna to byt obdarzony własną duszą, niezależną od odgrywanej przez nią postaci, tworzącego ją konstruktora, czy animującego aktora. Obserwacja ta oprócz pozytywnie rozumianej demaskacji zdaje się nieść także istotną wartość edukacyjną. Zaproszenie młodego widza teatralnego za kulisy, niewątpliwie rozbudza ciekawość i chęć dalszego eksplorowania różnorodnego świata teatru.

Data publikacji:
27.11.2018

Źródło publikacji:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
LA LA LALKI