Efektowne baloniarstwo
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl

Gdzie balony, tam i radosne dzieci. Czy zawsze? O tym przekonali się widzowie sobotniej premiery w Teatrze Animacji. Roześmiane małolaty wypełniły foyer ozdobione pękami białych balonów. Czerwony i okrągły bohater z dyndającym sznureczkiem niemal nie znikał ze sceny, ale na widowni nie było już tak wesoło. Ulf i Balon to lekki spektakl dla dzieci i rodziców bardziej ku przestrodze niż uciesze.

Ulf jest aroganckim kilkulatkiem, a jego rodzice chcą zapewnić mu to, czego sami nie otrzymali w dzieciństwie. Spełniają wszystkie jego zachcianki, także tą o posiadaniu Balonu. Chłopiec szybko porzuca zabawkę, kiedy dostaje coś nowego. W końcu traci kontakt z rzeczywistością i odlatuje. Towarzyszy mu Balon. Wiatr kieruje ich ku dziewczynce, która nie ma tak beztroskiego dzieciństwa, jak Ulf. Pola, ze względu na pobyt mamy w szpitalu, przejęła jej obowiązki. Zajmuje się sprzątaniem, gotowaniem, zakupami oraz opieką nad rodzeństwem. W tej opowieści postawa Balonu zaskakuje, więc rodzi się oczekiwanie, że stereotyp rozpieszczonego chłopczyka i grzecznej dziewczynki zostanie przełamany. Niestety tak się nie dzieje, lecz to niewielkie rozczarowanie wynagradza warstwa plastyczna historii.

W scenografii projektu Aleksandry Starzyńskiej i kostiumach Adama Królikowskiego dominuje minimalizm oraz konstruktywizm. Kontrast między światem Ulfa i Poli wyrażono odmiennymi kształtami i barwami. W domu chłopca przeważają białe, okrągłe elementy. Rodzice (aktorzy żywego planu) ubrani są w białe, pikowane kostiumy, mają pobielone twarze oraz jasne blond włosy o zaokrąglonym cięciu. Otoczenie dziewczynki przedstawiono za pomocą przedmiotów, a właściwie ich krawędzi z licznymi ostrymi kątami, liniami prostymi, bez wypełnienia. Przoduje fiolet - taki kolor mają włosy Poli. Bogactwo prostych form oczarowuje. Nowe pomysły pojawiają się niemal w każdej sekwencji. Często wywołują uśmiechy - inne u dzieci, inne u dorosłych. Radość wszystkich widzów wzbudza jednak fenomenalny szkielet odkurzacza. Bawi scena w sklepie, gdy Pola wkłada do wózka kontury produktów, które zabiera nie z półki, a z nicości, czyli niewidzialnych dłoni animatora. Wszystkie przedmioty w spektaklu zostają cudownie podkreślone animacją.

Przemysław Jaszczak w realizowanych przedstawieniach pozostaje wierny tintamareskom (technika, która łączy mimikę twarzy aktora z lalką przywiązaną do szyi artysty, podczas gdy reszta jego ciała ukrywa się pod czarną peleryną). Poli oraz Ulfowi twarzy i dłoni użyczają aktorzy, reszta ciała należy do lalek. Animatorzy dzięki fantastycznym formom mają okazję w pełni zaprezentować swoje zdolności. Grają tak przekonująco, że niektórzy z nich są nie do rozpoznania. Znakomity Igor Fijałkowski w większości scen sam animuje lalkę Ulfa. Doskonale panuje nad rękami i nogami chłopca. Demonstruje, jak wiele możliwości stwarza tintamareska. Entuzjastyczne reakcje publiczności towarzyszą scenie uchylania się przed rozbujaną huśtawką, odlatywania, bezwładnego wirowania w powietrzu. Mnóstwo wdzięku w animację Balonu wkłada również Marcin Chomicki. W czerwonym nakryciu głowy i czarnym kostiumie, ukrywając ręce za plecami, cały czas drga, balansuje. Głośny zachwyt widzów rozbrzmiewa w sekwencji, w której ptaki opowiadają o prezentach i gestykulują przy tym wymownie nogami (zwinne dłonie animatorów).

Oszczędna, lecz bardzo sugestywna forma została zestawiona z nadmiarem słów. Komentujące postacie niekiedy kierują uwagę publiczności na szczegół. Tak dzieje się, gdy Pola rozwiesza bladoróżowe zarysy skarpetek i dzieli się zmartwieniem, że znowu zafarbowało jej się pranie. Jednak zbyt często wygłaszane kwestie powielają to, co jest czytelne w obrazach. Czar pryska, kiedy pojawieniu się dziewczynki w nakryciu głowy odwzorowującym krawędzie domu towarzyszy objaśnienie, iż "ma cały dom na głowie". W scenie finałowej również pada o jedno zdanie za dużo. Rytm spektaklu zaburzają długie dywagacje rodziców Ulfa na temat wychowania.

W repertuarze Teatru Animacji do tej pory brakowało spektaklu, który zawierałby przesłanie do dzieci i rodziców. Oglądając przedstawienie Ulf i Balon młodzi widzowie dowiadują się, że w relacjach rodzinnych i przyjacielskich równie istotne są przyjemności i obowiązki, dawanie oraz branie. Dorośli odbierają refleksję dotyczącą dziecięcych emocji i rozwoju. Szkoda natomiast, że twórcy za mocno weszli w przedstawianą historię i potraktowali publiczność tak, jak rodzice Ulfa - podarowali efektowny spektakl, ale zbędną narracją wyręczyli z trudu myślenia i interpretacji.


Data publikacji:
15.05.2018

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Recenzowany spektakl:
ULF I BALON

Efektowne baloniarstwo
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl

Gdzie balony, tam i radosne dzieci. Czy zawsze? O tym przekonali się widzowie sobotniej premiery w Teatrze Animacji. Roześmiane małolaty wypełniły foyer ozdobione pękami białych balonów. Czerwony i okrągły bohater z dyndającym sznureczkiem niemal nie znikał ze sceny, ale na widowni nie było już tak wesoło. Ulf i Balon to lekki spektakl dla dzieci i rodziców bardziej ku przestrodze niż uciesze.

Ulf jest aroganckim kilkulatkiem, a jego rodzice chcą zapewnić mu to, czego sami nie otrzymali w dzieciństwie. Spełniają wszystkie jego zachcianki, także tą o posiadaniu Balonu. Chłopiec szybko porzuca zabawkę, kiedy dostaje coś nowego. W końcu traci kontakt z rzeczywistością i odlatuje. Towarzyszy mu Balon. Wiatr kieruje ich ku dziewczynce, która nie ma tak beztroskiego dzieciństwa, jak Ulf. Pola, ze względu na pobyt mamy w szpitalu, przejęła jej obowiązki. Zajmuje się sprzątaniem, gotowaniem, zakupami oraz opieką nad rodzeństwem. W tej opowieści postawa Balonu zaskakuje, więc rodzi się oczekiwanie, że stereotyp rozpieszczonego chłopczyka i grzecznej dziewczynki zostanie przełamany. Niestety tak się nie dzieje, lecz to niewielkie rozczarowanie wynagradza warstwa plastyczna historii.

W scenografii projektu Aleksandry Starzyńskiej i kostiumach Adama Królikowskiego dominuje minimalizm oraz konstruktywizm. Kontrast między światem Ulfa i Poli wyrażono odmiennymi kształtami i barwami. W domu chłopca przeważają białe, okrągłe elementy. Rodzice (aktorzy żywego planu) ubrani są w białe, pikowane kostiumy, mają pobielone twarze oraz jasne blond włosy o zaokrąglonym cięciu. Otoczenie dziewczynki przedstawiono za pomocą przedmiotów, a właściwie ich krawędzi z licznymi ostrymi kątami, liniami prostymi, bez wypełnienia. Przoduje fiolet - taki kolor mają włosy Poli. Bogactwo prostych form oczarowuje. Nowe pomysły pojawiają się niemal w każdej sekwencji. Często wywołują uśmiechy - inne u dzieci, inne u dorosłych. Radość wszystkich widzów wzbudza jednak fenomenalny szkielet odkurzacza. Bawi scena w sklepie, gdy Pola wkłada do wózka kontury produktów, które zabiera nie z półki, a z nicości, czyli niewidzialnych dłoni animatora. Wszystkie przedmioty w spektaklu zostają cudownie podkreślone animacją.

Przemysław Jaszczak w realizowanych przedstawieniach pozostaje wierny tintamareskom (technika, która łączy mimikę twarzy aktora z lalką przywiązaną do szyi artysty, podczas gdy reszta jego ciała ukrywa się pod czarną peleryną). Poli oraz Ulfowi twarzy i dłoni użyczają aktorzy, reszta ciała należy do lalek. Animatorzy dzięki fantastycznym formom mają okazję w pełni zaprezentować swoje zdolności. Grają tak przekonująco, że niektórzy z nich są nie do rozpoznania. Znakomity Igor Fijałkowski w większości scen sam animuje lalkę Ulfa. Doskonale panuje nad rękami i nogami chłopca. Demonstruje, jak wiele możliwości stwarza tintamareska. Entuzjastyczne reakcje publiczności towarzyszą scenie uchylania się przed rozbujaną huśtawką, odlatywania, bezwładnego wirowania w powietrzu. Mnóstwo wdzięku w animację Balonu wkłada również Marcin Chomicki. W czerwonym nakryciu głowy i czarnym kostiumie, ukrywając ręce za plecami, cały czas drga, balansuje. Głośny zachwyt widzów rozbrzmiewa w sekwencji, w której ptaki opowiadają o prezentach i gestykulują przy tym wymownie nogami (zwinne dłonie animatorów).

Oszczędna, lecz bardzo sugestywna forma została zestawiona z nadmiarem słów. Komentujące postacie niekiedy kierują uwagę publiczności na szczegół. Tak dzieje się, gdy Pola rozwiesza bladoróżowe zarysy skarpetek i dzieli się zmartwieniem, że znowu zafarbowało jej się pranie. Jednak zbyt często wygłaszane kwestie powielają to, co jest czytelne w obrazach. Czar pryska, kiedy pojawieniu się dziewczynki w nakryciu głowy odwzorowującym krawędzie domu towarzyszy objaśnienie, iż "ma cały dom na głowie". W scenie finałowej również pada o jedno zdanie za dużo. Rytm spektaklu zaburzają długie dywagacje rodziców Ulfa na temat wychowania.

W repertuarze Teatru Animacji do tej pory brakowało spektaklu, który zawierałby przesłanie do dzieci i rodziców. Oglądając przedstawienie Ulf i Balon młodzi widzowie dowiadują się, że w relacjach rodzinnych i przyjacielskich równie istotne są przyjemności i obowiązki, dawanie oraz branie. Dorośli odbierają refleksję dotyczącą dziecięcych emocji i rozwoju. Szkoda natomiast, że twórcy za mocno weszli w przedstawianą historię i potraktowali publiczność tak, jak rodzice Ulfa - podarowali efektowny spektakl, ale zbędną narracją wyręczyli z trudu myślenia i interpretacji.


Data publikacji:
15.05.2018

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Recenzowany spektakl:
ULF I BALON

Potęga animacji w służbie edukacji
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

O, jakże nieodmiennie, stale, nieprzerwanie, od dziecka podziwiam artystów teatru lalek, animacji, przedmiotu, formy! Potrafią wyczarować coś z niczego, wykreować jak dzieci w swych zabawach cały wszechświat najzupełniej realny, a zarazem fikcyjny i metaforyczny, którego oryginalność stokrotnie przebija naszą skromną, jak to mówią filozofowie, „rzeczywistość potocznego doświadczenia”. A cała ta przemyślna konstrukcja wsparta jest na przyjacielskiej umowie z widzem, którego wystarczy umiejętnie, stopniowo wprowadzić w proste reguły budowy owego wszechświata.

Historia, którą opowiadają ci wspaniali ludzie sztuki, może mieć nawet niewybaczalne na innym polu znamiona hiperbanalności, a i tak podziwiać będziemy ich zmyślne wymieszanie banału z oryginalną formą, którego to procesu owocem jest niekłamana, kunsztmistrzowska, arcydzielna jakość.

Takie oto myśli z górnolotnych, arystoteliczno-eterycznych sfer naszły mnie, gdym obserwował spektakl Ulf i balon autorstwa Magdy Żarneckiej i Przemysława Jaszczaka w reżyserii tego ostatniego, wystawiony na deskach poznańskiego Teatru Animacji. Przedmiotem mojej adoracji były najpierw bardzo charakterystyczne lalki o ciekawej budowie – potem dopiero dowiedziałem się, że noszą one egzotycznie brzmiącą nazwę: tintamareski. Animowane są one przez dwie osoby: pierwsza daje lalce swoją twarz (oczywiście w stu procentach ludzką) i animuje jej przywiązany do swej szyi tułów oraz górne kończyny, druga porusza nogami lalki. Animacja tintamareski wymaga nie tylko świetnego zgrania dwóch osób, lecz także ich dużej sprawności oraz świetnej kondycji fizycznej, ponieważ aktorzy muszą dostosować pozycję całego ciała do położenia tułowia, rąk i nóg lalki. A nie jest to na ogół zbyt wygodne. Animatorzy są ubrani w czarne kombinezony, choć akurat ten rodzaj animacji nie jest tożsamy z „czarnym teatrem”.

Sceniczne wyczyny aktorek i aktorów ożywiających na scenie poznańskiego teatru kilka tintamaresek były same w sobie na tyle ciekawe, że zepchnęły na drugi plan problematykę spektaklu. A ta była z początku dość banalna, dopiero potem, w miarę rozwoju akcji, zaczęła nabierać oryginalnych cech. No, ale w programie napisane było bardzo wyraźnie, że preferowany wiek odbiorcy to 6+, więc nie mam tu prawa wybrzydzać.

Skrótowo rzecz ujmując, w Ulfie i balonie chodzi o problem rodzicielskiej nadopiekuńczości, która wyzwala w dziecku arogancję i zdolność do nieliczenia się z nikim i z niczym. W oczach młodego narcyza cały świat wydaje się być gotowy, by spełniać jego wszelkie zachcianki, a kto się z tym nie zgadza (na przykład koledzy na podwórku), ten skazany jest na nieistnienie w hermetycznie zamkniętym na zewnętrzną negację miniświatku małego sobka. Ulf (Igor Fijałkowski) jest właśnie takim „produktem” troskliwych starań obojga rodziców, wskutek czego w pewnym momencie… unosi się w górę i odlatuje! I dopiero w przestworzach oraz w kilku miejscach, gdzie udaje mu się wylądować, przeżywa właściwą, prawdziwie ludzką inicjację w życie.

Jego przeciwieństwem jest przywalona domowymi obowiązkami ośmioletnia Pola (Sylwia Koronczewska-Cyris), która zastępuje ojcu i rodzeństwu chorą mamę, już od dłuższego czasu leżącą w szpitalu. Spotkanie Ulfa z Polą ma dla obydwojga wielką wartość – uczą się nawzajem od siebie tego, czego każdemu z nich brakuje: Ulf – odpowiedzialności za innych, empatii, spolegliwości, wyrozumiałości, Pola – wysokiej samooceny, poczucia wolności i beztroskiego, dziecinnego luzu – po prostu „przypomnienia sobie o (samej) sobie”.

Owa banalna w mojej dorosłej ocenie historyjka o „podróży inicjacyjnej” Ulfa jest jednakowoż tak pięknie przyozdobiona formalnymi efektami, że – jako się rzekło – zyskuje nowy, oryginalny, odkrywczy wymiar. Śmiejemy się i klaszczemy na przykład wtedy, gdy Ulf usiłuje wspiąć się na huśtawkę przy pomocy swych dwojga animatorów i gdy jego nogi „nie nadążają” za rękami oraz tułowiem. Nasz niekłamany aplauz wzbudzają także: druciany kadłub i rura odkurzacza oraz druciane nakrycie głowy Poli w kształcie domu, dobitnie nam uświadamiające, że dziewczynka rzeczywiście „ma dom na głowie”; czerwony Balon-rezoner-przewodnik w inicjacyjnym locie Ulfa (powłoka balonu rozciągnięta wokół twarzy aktora, Marcina Chomickiego); oryginalne kostiumy i takaż animacja postaci dwojga ptaków (maski-głowy, dzioby animowane ręką, długie cienkie nogi z ludzkimi dłońmi pełniącymi role ptasich stóp); rzucane znienacka zza kulis poduszki wspomagające wysiłki rodziców, by dociążyć Ulfa i uniemożliwić mu odlot, a także „produkty spożywcze” podsuwane Poli z boku czyjąś usłużną ręką w scenie zakupów; gumowe zarysy skarpetek oraz innych części garderoby wieszane przez Polę na sznurku, by się „ususzyły po praniu”; wspaniale animowana wierzba (ręce kilkorga aktorów poruszające „gałęziami” drzewa, które zwijają się, gdy wierzba się smuci, a radośnie i szeroko się rozpościerają, gdy się cieszy). Lekko się wzruszamy, gdy wierzba w odruchu wdzięczności i radości rozpościera szeroko swe gałęzie, a także wtedy, gdy dwoje długonogich ptaków czule łączy swe ręce-stopy, zaznaczając w ten sposób ważność budowy wspólnego gniazda.

Cieszy też muzyczne, wielogatunkowe bogactwo spektaklu – od rapu (wyzwiska rzucane przez Ulfa w stronę uciekających od niego jak najdalej kolegów z podwórka), poprzez elektroniczny rock, po uspokajający chillout, gdy Ulf na koniec (oczywiście) powraca do domu.

Wiele tekstów jest w tym spektaklu wypowiadanych „na stronie” – głównie przez zdesperowaną z powodu swych wychowawczych błędów rodzicielską parę (Katarzyna Romańska, Marek A. Cyris) i przez Balona-rezonera-spolegliwego wychowawcę. Jest to chwyt ciut przyciężkawy, lecz spełniający chyba w miarę skutecznie swą edukacyjną funkcję. Warto też wspomnieć o kurtynce, która zasłania tylną część sceny, gdy trzeba szybko tam właśnie coś zmienić w dekoracjach, a której częste dość „zatrudnianie” doskonale się mieści w proponowanej widzom od samego początku zabawie formą.

Dzieci na widowni ożywiały się najszczególniej w kilku dramatycznych bądź radosnych fragmentach spektaklu związanych z lataniem – gdy wznoszącemu się wysoko nad ziemią Ulfowi zagroziła gwałtowna burza, gdy Ulf i Pola zdecydowali się na wspólny radosny lot będący pierwszym od dłuższego czasu rozstaniem się dziewczynki z ojcem, rodzeństwem i obowiązkami, no i wtedy, gdy nadęty pychą Ulf po raz pierwszy niespodziewanie wzlatywał w górę, bombardowany na próżno poduszkami, ścigany rozpaczliwymi okrzykami rodziców. Zdziwiło mnie trochę, że ten dramatyczny przecież moment oderwania dziecka od matki, ojca i rodzinnego gniazda wzbudzał żywy śmiech i aplauz dzieci na widowni. Pocieszam się domniemaniem, że być może dzieci wcale nie współczuły egoiście Ulfowi, tylko po prostu cieszyły się z niespodziewanej kary, jaka go spotkała. Choć z drugiej strony te bezradne napowietrzne podrygi Ulfa-tintamareski były po prostu śmieszne, a nie pełne grozy. Czy o to chodziło realizatorom spektaklu? Wot recienzientskaja zagwozdka.

Sceną bardzo zmyślnie oddzieloną od całości spektaklu, choć pod względem formalnym świetnie w nim umocowaną, była scena snu Poli, w który dziewczynka pogrąża się podczas pisania listu do mamy: oto wyśniona mama (Danuta Rej) śpiewa miłą, spokojną piosneczkę, przybrana w liliową suknię (lila to kolor Poli oraz jej otoczenia, a na przykład kolory Ulfa i jego rodziny to żółty i biały). Trzyma przy tym koniec liny, na której tańczy jej córka, co rusz się chwiejąc i z trudem utrzymując równowagę. Tymczasem piosenka śpiewana przez mamę wyraźnie kontrastuje z rozpaczliwymi wysiłkami córki – jest sielska, terapeutycznie uspokajająca, kołysankowata. Żeby było jeszcze bardziej terapeutycznie, bardziej sielsko i kiczowato, z góry pada błyszczący, liliowy deszcz confetti. Efekt właśnie tak skomponowanego kontrastu jest dość brutalny, czyli taki jak trzeba: okrucieństwo losu ośmioletniej Poli nie mogło chyba być precyzyjniej i dosadniej pokazane w ramach przyjętej w tym spektaklu konwencji porozumienia z widzem.

O, błogosławiona animacjo, która potrafisz z przyciężkawej dydaktyki zrobić atrakcyjne, porywające swą formą widowisko, chwała Ci! (Na szczęście, co już dyskretnie zaznaczyłem, dydaktyczny smrodek został tu dość wydatnie zneutralizowany nie tylko zmyślnymi zagrywkami z teatralną formą, ale też narastającą atrakcyjnością przygód Ulfa w czasie jego inicjacyjnej podróży.)

Zatem: sześcio-i-więcej-latki, przybywajcie do Teatru Animacji na niezbyt dolegliwą naukę i świetną zabawę, jaką zapewnić Wam mogą tylko wspaniali Artyści Formy!



Data publikacji:
28.05.2018

Źródło publikacji:
teatralny.pl

Recenzowany spektakl:
ULF I BALON