Evviva dell'arte!
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

W poświęconym komedii dell'arte odcinku serialu edukacyjnego pod tytułem Konwencje teatralne profesor Józef Kelera przywołuje najsłynniejsze dwudziestowieczne spektakle zainspirowane tą konwencją. Pokazuje także, jak ogromny wpływ miała komedia dell'arte na pantomimę, burleskę, klownadę i niemy film (w tle jego narracji leci jeden z gagów Chaplina). Jednak największe wrażenie robią tu popisy współczesnych włoskich mistrzów gatunku: rzucane ze sporej odległości talerze układane są sprawnie w rosnący lawinowo stos w rękach komedianta; szybki bieg wzdłuż kurtynki urozmaicany jest precyzyjnym łapaniem i odrzucaniem rozmaitych przedmiotów, między innymi wazonu z kwiatami; ubrany na biało zane miota się w pokaźnej skrzyni, zwisając na koniec bezładnie na jej krawędzi. Wszystko to wykonywane jest w odmierzonym co do ułamka sekundy rytmie, wzbudzając burzliwy aplauz widowni, który słyszymy poza kadrem.

Niestety, popisy włoskich mistrzów demonstrowane są co najwyżej w kilkunastosekundowych fragmencikach, nie możemy zatem w pełni delektować się ich aktorskim kunsztem. W związku z tym na zajęciach poświęconych komedii dell'arte pokazuję studentkom i studentom fragmenty warsztatu Daria Fo dla młodych włoskich aktorów. Ów godny spadkobierca starożytnych i nowożytnych komediantów demonstruje tradycyjne maski, mistrzowsko przystosowując do ich charakteru mimikę dolnej części twarzy oraz gesty całego ciała, nie przerywając przy tym swej narracji na temat tożsamości poszczególnych figur commédie italienne. Słynne lazzo pod tytułem Mucha w jego wykonaniu to cud aktorskiego kunsztu, przenoszący nas żywcem w epokę najsłynniejszych Arlekinów z przełomu XVI i XVII wieku.

A gdzież są polskie odpowiedzi na wciąż aktualne wyzwanie, jakie rzuca nam komedia dell'arte? Gdzież są sprawni sceniczni wykonawcy, nadludzko wrażliwi na impulsy z widowni, dysponujący pokaźnym arsenałem umiejętności – od akrobacji, poprzez śpiew, grę na instrumentach, szermierkę, po sprawną improwizację na zadany temat, która jest połączona z umiejętną parodią rozmaitych literackich konwencji? Niestety, takich już nie ma.

Nie wszystko jednak stracone – mogę oto wszem i wobec oznajmić, że w poznańskim Teatrze Animacji znalazłem w styczniu 2019 roku godną, rdzennie naszą, własną, polską odpowiedź na nieśmiertelne wyzwanie, jakie wciąż niestrudzenie i podstępnie rzuca współczesnemu teatrowi dawna włoska komedia. Do Grodu Przemysława zjechał bowiem „znany z nieokiełznanego poczucia humoru” (jak głosi program) reżyser Paweł Aigner, który swe nieokiełznanie ujawnia najwyraziściej w tym, że uwielbia nawet aż tak potężne wyzwania. Co więcej, ów przesiąknięty brawurą teatralny harcownik napotkał w Teatrze Animacji zespół podobnych sobie desperados i desperadas, którzy jak w dym rzucili się za nim w odmęty uśpionej, dawnej konwencji, nie bojąc się nic a nic upadku w teatralną przepaść banału, nudy, prostackiego wygłupu i grubego dowcipasa.

Wyrafinowana cienkość ostatecznego efektu ich współpracy wsparta była na dobrze skrojonym przez reżysera scenariuszu, który za podstawę miał klasyczną Miłość do trzech pomarańczy Carla Gozziego, pięknie spolszczoną dzięki translatorskiemu kunsztowi Joanny Walter, a także na: 1) metateatralnej, prostej, funkcjonalnej scenografii Pavla Hubički, 2) świetnie charakteryzujących poszczególne postaci kostiumach zaprojektowanych przez wielką mistrzynię, Zofię de Ines, 3) wyrazistej, niepopadającej w banał (o co byłoby tutaj nader łatwo) choreografii Karoliny Garbacik, 4) zmyślnie, wielostylowo skomponowanej muzyce Piotra Klimka, który rozszalał się na dobre, przeskakując od dominującego w tym spektaklu statecznego, świetnie „spastiszowanego” baroku do ostrego hip-hopu.

Naczelną dewizą włoskich komediantów było: sprawnie, mądrze i skutecznie bawić swą publiczność, która dobrze już znała zarys fabuły granych dla niej przedstawień. Dzięki temu można było zająć jej uwagę po prostu świetną, profesjonalnie przygotowaną rozrywką z elementami satyry, parodii, z aluzjami do lokalnych wydarzeń (wędrowni na ogół komedianci, zanim gdzieś zagrali, pilnie studiowali lokalne nowiny i plotki), a czasem nawet z mądrą refleksją na temat zawiłości, nieodgadnioności tudzież nieogarnialności ludzkiego losu.

Taką też rozrywkę znajdujemy na deskach poznańskiego Teatru Animacji. Króluje tu charakterystyczny dla komedii dell'arte „chwyt metateatralny” (po dziś dzień sprawiający, niestety, nieprzezwyciężalne trudności wielu polskim reżyserkom i reżyserom): nikt przed nami nie ukrywa, że jesteśmy oto w teatrze i że aktorzy oraz aktorki są na scenie po to, by nas mądrze bawić. W tym celu demonstrują nam różne „warstwy teatralności”, czyli poziomy umowy między sobą a nami, widzami – umowy o fikcję, artystyczność i przyjemność teatralnego obcowania z ich kunsztem. Ważne są tu również, choć nie najważniejsze, odgrywane ku naszej uciesze koleje losu bohaterów „satyryczno-magicznej baśni”, dziejącej się „w pewnym średniej wielkości królestwie, gdzieś w środkowej Europie” (to znowu cytat z programu przedstawienia).

Od samego początku do samego końca wszystko tutaj ułożone jest tak, byśmy wiedzieli, że mamy do czynienia ze scenicznym wariactwem i żebyśmy się nie spodziewali jakiegoś realizmu (dużo później, bliżej końca, ten wątek zostanie podsumowany w taki sposób, że jedna z pań mówi: „Jestem aktorką, chcę wiedzieć, co robię”, na co partner brutalnie ją gasi: „Tak to w Teatrze Nowym”). Aluzji do poznańskich realiów teatralnych jest tu zresztą więcej: kpi się na przykład z pięciogodzinnych spektakli wagnerowskich u sąsiadów, w Teatrze Wielkim, obśmiewa się też obyczajowe zarzuty wobec dyrekcji Teatru Polskiego. Najśmieszniej wypada nieoczekiwana aluzja do… siebie samych: otóż niedługo po brawurowym odegraniu przez komedianta Truffaldina (Mateusz Barta) The Tragical History of Czerwony Kapturek (tak sobie umyśliłem tytuł tego występu) do akcji wkracza kilkoro aktorów, którzy animują kroczące sprawnie po podłodze lalki. Ich pojawienie się wywołuje panikę, zwieńczoną okrzykiem: „Konkurencja z lalek!”. Cóż, gdybym był aktorem dramatycznym, też bym się przestraszył aż tak sprawnej konkurencji, zarówno w trakcie grania Miłości do trzech pomarańczy, jak i po zakończeniu tego spektaklu, który zagrany jest niemal całkowicie w żywym planie przez lalkarki i lalkarzy.

Nawiązania do miejscowych nowin ograniczają się do wspomnianych aluzji dotyczących środowiska teatralnego Poznania, lecz komedianci z Teatru Animacji nie poprzestają tylko na komentarzach dotyczących kontekstu wybitnie lokalnego – „jadą ostro” po sprawach ogólnopolskich. Okazuje się, że w państwie rządzonym przez Króla Karo sądy można „wygasić”, a sędziów odwołać, jeśli taka jest królewska wola. Kwestia zawodowych kompetencji niektórych postaci też nie rysuje się różowo: oto Dottore (Krzysztof Dutkiewicz), dbający już od lat o zdrowie króla, zmuszony zostaje do przyznania się, że jest… owszem doktorem, ale prawa; natomiast konkurs na dyrektora teatru wygrywa niejaki Brighella, cham i prostak nieumiejący nawet czytać. W tradycji komedii dell'arte służący (zane) Brighella zawsze był „ponury, groźny, klocowaty” (cytat z podręcznika profesora Kelery) i taki właśnie jest w tej popisowej roli Artur Romański.

W Miłości do trzech pomarańczy zdecydowanie przeważa jednak żywioł bezinteresownej, nieobciążonej politycznie zabawy: pomalowany od stóp do głów na szaro, lecz z pewnością nie bezbarwny duch teatru Farfarello (Marcin Chomicki) od razu na samym początku przedstawienia bawi nas siekierą utkwioną w swych plecach (czyżby na widowni jego teatru zasiadł kiedyś jakiś nerwowy drwal?), zdesperowany Truffaldino usiłuje wymusić na księciu Tartaglii (Igor Fijałkowski) śmiech, po prostu go bijąc (czyni to, a jakże, „bardzo malowniczo i zamaszyście”), aktorzy i aktorki wzajemnie się pobudzają do intensywniejszych działań, konstatując „w lekkiej panice”, że tempo gry spada itp., itd. Zasypani tą „metateatralną lawiną pomysłów” skłonni jesteśmy przymknąć oko na wredne intrygi i knowania, w których prym wiodą pierwszy minister, Walet Karo (Marek A. Cyris), i jego podstępna, bezwzględna partnerka, księżniczka Klaryssa (Sylwia Koronczewska-Cyris), oboje nadzwyczaj wyraziści, świetnie zsynchronizowani przez choreografkę. Nie przeszkadzają nam też zanadto złe uroki ponurej wróżki Fatamorgany (Katarzyna Romańska), bo i tak wiemy, że obcujemy z baśnią, która musi się przecież dobrze skończyć.

A że przy okazji ujawniają się nam w Teatrze Animacji po raz któryś z rzędu sprawni sceniczni wykonawcy, autentycznie wrażliwi na impulsy z widowni, dysponujący pokaźnym arsenałem umiejętności? To już nas, widzów, czysty zysk.

Data publikacji:
08.02.2019

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Evviva dell'arte!
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

W poświęconym komedii dell'arte odcinku serialu edukacyjnego pod tytułem Konwencje teatralne profesor Józef Kelera przywołuje najsłynniejsze dwudziestowieczne spektakle zainspirowane tą konwencją. Pokazuje także, jak ogromny wpływ miała komedia dell'arte na pantomimę, burleskę, klownadę i niemy film (w tle jego narracji leci jeden z gagów Chaplina). Jednak największe wrażenie robią tu popisy współczesnych włoskich mistrzów gatunku: rzucane ze sporej odległości talerze układane są sprawnie w rosnący lawinowo stos w rękach komedianta; szybki bieg wzdłuż kurtynki urozmaicany jest precyzyjnym łapaniem i odrzucaniem rozmaitych przedmiotów, między innymi wazonu z kwiatami; ubrany na biało zane miota się w pokaźnej skrzyni, zwisając na koniec bezładnie na jej krawędzi. Wszystko to wykonywane jest w odmierzonym co do ułamka sekundy rytmie, wzbudzając burzliwy aplauz widowni, który słyszymy poza kadrem.

Niestety, popisy włoskich mistrzów demonstrowane są co najwyżej w kilkunastosekundowych fragmencikach, nie możemy zatem w pełni delektować się ich aktorskim kunsztem. W związku z tym na zajęciach poświęconych komedii dell'arte pokazuję studentkom i studentom fragmenty warsztatu Daria Fo dla młodych włoskich aktorów. Ów godny spadkobierca starożytnych i nowożytnych komediantów demonstruje tradycyjne maski, mistrzowsko przystosowując do ich charakteru mimikę dolnej części twarzy oraz gesty całego ciała, nie przerywając przy tym swej narracji na temat tożsamości poszczególnych figur commédie italienne. Słynne lazzo pod tytułem Mucha w jego wykonaniu to cud aktorskiego kunsztu, przenoszący nas żywcem w epokę najsłynniejszych Arlekinów z przełomu XVI i XVII wieku.

A gdzież są polskie odpowiedzi na wciąż aktualne wyzwanie, jakie rzuca nam komedia dell'arte? Gdzież są sprawni sceniczni wykonawcy, nadludzko wrażliwi na impulsy z widowni, dysponujący pokaźnym arsenałem umiejętności – od akrobacji, poprzez śpiew, grę na instrumentach, szermierkę, po sprawną improwizację na zadany temat, która jest połączona z umiejętną parodią rozmaitych literackich konwencji? Niestety, takich już nie ma.

Nie wszystko jednak stracone – mogę oto wszem i wobec oznajmić, że w poznańskim Teatrze Animacji znalazłem w styczniu 2019 roku godną, rdzennie naszą, własną, polską odpowiedź na nieśmiertelne wyzwanie, jakie wciąż niestrudzenie i podstępnie rzuca współczesnemu teatrowi dawna włoska komedia. Do Grodu Przemysława zjechał bowiem „znany z nieokiełznanego poczucia humoru” (jak głosi program) reżyser Paweł Aigner, który swe nieokiełznanie ujawnia najwyraziściej w tym, że uwielbia nawet aż tak potężne wyzwania. Co więcej, ów przesiąknięty brawurą teatralny harcownik napotkał w Teatrze Animacji zespół podobnych sobie desperados i desperadas, którzy jak w dym rzucili się za nim w odmęty uśpionej, dawnej konwencji, nie bojąc się nic a nic upadku w teatralną przepaść banału, nudy, prostackiego wygłupu i grubego dowcipasa.

Wyrafinowana cienkość ostatecznego efektu ich współpracy wsparta była na dobrze skrojonym przez reżysera scenariuszu, który za podstawę miał klasyczną Miłość do trzech pomarańczy Carla Gozziego, pięknie spolszczoną dzięki translatorskiemu kunsztowi Joanny Walter, a także na: 1) metateatralnej, prostej, funkcjonalnej scenografii Pavla Hubički, 2) świetnie charakteryzujących poszczególne postaci kostiumach zaprojektowanych przez wielką mistrzynię, Zofię de Ines, 3) wyrazistej, niepopadającej w banał (o co byłoby tutaj nader łatwo) choreografii Karoliny Garbacik, 4) zmyślnie, wielostylowo skomponowanej muzyce Piotra Klimka, który rozszalał się na dobre, przeskakując od dominującego w tym spektaklu statecznego, świetnie „spastiszowanego” baroku do ostrego hip-hopu.

Naczelną dewizą włoskich komediantów było: sprawnie, mądrze i skutecznie bawić swą publiczność, która dobrze już znała zarys fabuły granych dla niej przedstawień. Dzięki temu można było zająć jej uwagę po prostu świetną, profesjonalnie przygotowaną rozrywką z elementami satyry, parodii, z aluzjami do lokalnych wydarzeń (wędrowni na ogół komedianci, zanim gdzieś zagrali, pilnie studiowali lokalne nowiny i plotki), a czasem nawet z mądrą refleksją na temat zawiłości, nieodgadnioności tudzież nieogarnialności ludzkiego losu.

Taką też rozrywkę znajdujemy na deskach poznańskiego Teatru Animacji. Króluje tu charakterystyczny dla komedii dell'arte „chwyt metateatralny” (po dziś dzień sprawiający, niestety, nieprzezwyciężalne trudności wielu polskim reżyserkom i reżyserom): nikt przed nami nie ukrywa, że jesteśmy oto w teatrze i że aktorzy oraz aktorki są na scenie po to, by nas mądrze bawić. W tym celu demonstrują nam różne „warstwy teatralności”, czyli poziomy umowy między sobą a nami, widzami – umowy o fikcję, artystyczność i przyjemność teatralnego obcowania z ich kunsztem. Ważne są tu również, choć nie najważniejsze, odgrywane ku naszej uciesze koleje losu bohaterów „satyryczno-magicznej baśni”, dziejącej się „w pewnym średniej wielkości królestwie, gdzieś w środkowej Europie” (to znowu cytat z programu przedstawienia).

Od samego początku do samego końca wszystko tutaj ułożone jest tak, byśmy wiedzieli, że mamy do czynienia ze scenicznym wariactwem i żebyśmy się nie spodziewali jakiegoś realizmu (dużo później, bliżej końca, ten wątek zostanie podsumowany w taki sposób, że jedna z pań mówi: „Jestem aktorką, chcę wiedzieć, co robię”, na co partner brutalnie ją gasi: „Tak to w Teatrze Nowym”). Aluzji do poznańskich realiów teatralnych jest tu zresztą więcej: kpi się na przykład z pięciogodzinnych spektakli wagnerowskich u sąsiadów, w Teatrze Wielkim, obśmiewa się też obyczajowe zarzuty wobec dyrekcji Teatru Polskiego. Najśmieszniej wypada nieoczekiwana aluzja do… siebie samych: otóż niedługo po brawurowym odegraniu przez komedianta Truffaldina (Mateusz Barta) The Tragical History of Czerwony Kapturek (tak sobie umyśliłem tytuł tego występu) do akcji wkracza kilkoro aktorów, którzy animują kroczące sprawnie po podłodze lalki. Ich pojawienie się wywołuje panikę, zwieńczoną okrzykiem: „Konkurencja z lalek!”. Cóż, gdybym był aktorem dramatycznym, też bym się przestraszył aż tak sprawnej konkurencji, zarówno w trakcie grania Miłości do trzech pomarańczy, jak i po zakończeniu tego spektaklu, który zagrany jest niemal całkowicie w żywym planie przez lalkarki i lalkarzy.

Nawiązania do miejscowych nowin ograniczają się do wspomnianych aluzji dotyczących środowiska teatralnego Poznania, lecz komedianci z Teatru Animacji nie poprzestają tylko na komentarzach dotyczących kontekstu wybitnie lokalnego – „jadą ostro” po sprawach ogólnopolskich. Okazuje się, że w państwie rządzonym przez Króla Karo sądy można „wygasić”, a sędziów odwołać, jeśli taka jest królewska wola. Kwestia zawodowych kompetencji niektórych postaci też nie rysuje się różowo: oto Dottore (Krzysztof Dutkiewicz), dbający już od lat o zdrowie króla, zmuszony zostaje do przyznania się, że jest… owszem doktorem, ale prawa; natomiast konkurs na dyrektora teatru wygrywa niejaki Brighella, cham i prostak nieumiejący nawet czytać. W tradycji komedii dell'arte służący (zane) Brighella zawsze był „ponury, groźny, klocowaty” (cytat z podręcznika profesora Kelery) i taki właśnie jest w tej popisowej roli Artur Romański.

W Miłości do trzech pomarańczy zdecydowanie przeważa jednak żywioł bezinteresownej, nieobciążonej politycznie zabawy: pomalowany od stóp do głów na szaro, lecz z pewnością nie bezbarwny duch teatru Farfarello (Marcin Chomicki) od razu na samym początku przedstawienia bawi nas siekierą utkwioną w swych plecach (czyżby na widowni jego teatru zasiadł kiedyś jakiś nerwowy drwal?), zdesperowany Truffaldino usiłuje wymusić na księciu Tartaglii (Igor Fijałkowski) śmiech, po prostu go bijąc (czyni to, a jakże, „bardzo malowniczo i zamaszyście”), aktorzy i aktorki wzajemnie się pobudzają do intensywniejszych działań, konstatując „w lekkiej panice”, że tempo gry spada itp., itd. Zasypani tą „metateatralną lawiną pomysłów” skłonni jesteśmy przymknąć oko na wredne intrygi i knowania, w których prym wiodą pierwszy minister, Walet Karo (Marek A. Cyris), i jego podstępna, bezwzględna partnerka, księżniczka Klaryssa (Sylwia Koronczewska-Cyris), oboje nadzwyczaj wyraziści, świetnie zsynchronizowani przez choreografkę. Nie przeszkadzają nam też zanadto złe uroki ponurej wróżki Fatamorgany (Katarzyna Romańska), bo i tak wiemy, że obcujemy z baśnią, która musi się przecież dobrze skończyć.

A że przy okazji ujawniają się nam w Teatrze Animacji po raz któryś z rzędu sprawni sceniczni wykonawcy, autentycznie wrażliwi na impulsy z widowni, dysponujący pokaźnym arsenałem umiejętności? To już nas, widzów, czysty zysk.

Data publikacji:
08.02.2019

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Naturalna teatralność
Agata Wittchen-Barełkowska, kulturaupodstaw.pl

"Miłość do trzech pomarańczy” to teatr bez pretensji i zadęcia, który nikomu nie próbuje na siłę udowadniać swojej wielkości i wyższości. Teatr przyjemny, w którym chce się spędzać czas, pośmiać, ale też porozmyślać nad rzeczywistością.

Próba dla mediów – niedoceniane dziś przez wielu dziennikarzy przedpremierowe spotkanie w teatrze – jest momentem, który zdradza jeśli nie wszystko, to wiele o powstającej premierze. Dane mi było w życiu zorganizować kilkadziesiąt takich prób: każda z nich była dla mnie wydarzeniem i pozwoliły mi one przez lata obserwować prace różnych reżyserów.

Taka próba zawsze jest momentem, któremu towarzyszy specyficzne napięcie – tuż przed premierą, czasami w pełnej gotowości, lecz znacznie częściej w niegotowości, trzeba pokazać przybyłym dziennikarzom choćby jedną scenę, a najlepiej dwie. Trzeba odpowiedzieć na pytania: po co w ogóle powstaje ten spektakl, o czym jest, czego dotyczy i dla jakiego odbiorcy jest przeznaczony. Trzeba się trochę z przygotowywanego spektaklu wyspowiadać.

Widziałam wiele takich „spowiedzi” – zarówno tych, które wprawiały dziennikarzy w zachwyt, jak i takich, które pokazywały kompletną bezradność twórców. Spotkanie tego typu ma wielką moc – może uwieść media jeszcze przed premierą, może też obnażyć bezsilność reżysera wobec powstającego spektaklu i być zwiastunem powstającej właśnie teatralnej katastrofy.

Wychodząc z próby dla mediów spektaklu „Miłość do trzech pomarańczy”, pomyślałam, że mimo przedpremierowej gorączki i kostiumów wykańczanych na ostatnią chwilę jest dobrze – reżyser ewidentnie wie, co i po co robi, aktorzy się w tym odnajdują, a na dodatek dobrze to wszystko brzmi i wygląda.

Pomyślałam też, że po raz pierwszy od dawna śmiałam się na takiej próbie – zaskoczył mnie zarówno ten fakt, jak i towarzysząca mu refleksja, ponieważ zdałam sobie sprawę, jak rzadko jako teatralny widz mam okazję do śmiechu.

TEATR W TEATRZE

Przed premierą reżyser Paweł Aigner, komentując wybór tekstu, powiedział, że źle się odnajduje w literaturze współczesnej czy najnowszej i że najbardziej interesuje go to, co działo się w strukturach dramatycznych i w historii ekspresji aktorskiej między XVII a XIX wiekiem – w związku z tym szuka zawsze literatury, która może wydobyć z aktorów naturalną teatralność. Taką właśnie „naturalną teatralność” mają okazje zobaczyć widzowie wyreżyserowanego w Teatrze Animacji spektaklu.

Spektakl powstał na podstawie utworu weneckiego dramatopisarza Carla Gozziego i tłumaczenia autorstwa Joanny Walter, które opracowane zostały przez reżysera. Rezultatem tego jest, jak możemy przeczytać w programie, „satyryczno-magiczna baśń opierająca się na tradycji commedii dell’arte, uzupełniona o motywy na wskroś współczesne”.

Tych, których słowo „tradycja” trzyma z daleka od teatru, mogę uspokoić – adaptacja Pawła Aignera bierze z komedii dell’arte to, co najlepsze, jest jednocześnie nowoczesna, pełna nawiązań do polskiej rzeczywistości politycznej czy społecznej, zabawna i bezpretensjonalna.

Wartością spektaklu jest podjęcie gry z teatralnością: mamy tu teatr w teatrze, ale także przejście przez „czwartą ścianę”, rozważania na temat kompetencji dyrektorów teatru, wyborów repertuarowych i ich wpływu na publiczność.

Są też odniesienia do lokalnych realiów teatralnych, które bawią bywalców poznańskich scen. Można odnieść wrażenie, że twórcom nie brakuje dystansu do samych siebie i swojej profesji, że potrafią im się przyjrzeć z przymrużeniem oka, o co czasami w innych teatrach trudno.

Takie podejście i taka energia powodują, że widz oddaje się żywiołowi zabawy teatralnej, odpuszcza sobie powagę, śmiejąc się z najprostszych, choć, co warto podkreślić, świetnie wykonanych teatralnych działań. Pozwala sobie na beztroską eksplorację świata wykreowanego na scenie i swobodę odbioru. Dawno nie byłam na spektaklu, podczas którego siedząca obok mnie osoba komentowała zachowania bohaterów, dodając im animuszu – potrzebnego tym razem do pokonywania kolejnych trudności na drodze do zdobycia trzech pomarańczy.

W JEDNOŚCI SIŁA

Plany Pawła Aignera nie doczekałyby się realizacji, gdyby nie grono świetnych współpracowników. Scenografia, której twórcą jest Pavel Hubička, przenosi widzów w świat baśni i jednocześnie pozwala aktorom sprawnie realizować działania o dużej dynamice. Warto było czekać do ostatniej chwili na kostiumy Zofii de Ines, które wpisują się w scenografię i podkreślają charakter postaci. Ważną rolę w budowaniu atmosfery spektaklu i utrzymaniu jego rytmu odgrywa muzyka autorstwa Piotra Klimka, dyrektora Teatru Animacji. Szalone przygody bohaterów nie byłyby tak ciekawe, barwne i porywające, gdyby nie choreografia Karoliny Garbacik.

Warto podkreślić, że choć w przyjętej konwencji królują przerysowanie i przesada, wszystkie elementy spektaklu stanowią spójną, estetyczną całość, dopełniają się i uzupełniają. Świetnym zabiegiem jest również wprowadzenie w przestrzeń spektaklu działań zazwyczaj ukrytych przed oczami widzów, związanych z teatralną techniką.

W tak wykreowanym świecie aktorzy Teatru Animacji, wbrew żartobliwym aluzjom zawartym w tekście, stworzyli interesujące indywidualne role, jednocześnie bardzo dobrze prezentując się jako zespół – to chyba aktualnie spektakl z największą obsadą w repertuarze tego teatru.

Aktorzy fantastycznie radzą sobie z szybkim tempem spektaklu, dynamicznymi zmianami i wyzwaniami ruchowymi. W tym kontekście na uwagę zasługuje scena „teatru w teatrze”, oparta na teoretycznie najprostszych chwytach, brawurowo odegrana przez Mateusza Bartę. Moje serce skradła również postać o największych gabarytach – Olbrzymka, z gracją zagrana przez Artura Romańskiego.

ŚMIECH I REFLEKSJA

„Miłość do trzech pomarańczy” to teatr bez pretensji i zadęcia, który nikomu nie próbuje na siłę udowadniać swojej wielkości i wyższości. Teatr przyjemny, w którym chce się spędzać czas, pośmiać, ale też porozmyślać nad rzeczywistością.

Powracająca pieśń dotycząca zanudzonej i uśpionej publiczności, którą najłatwiej jest kierować, staje się pretekstem do refleksji na temat niepodległości – nie tej odmienianej przez wszystkie przypadki na stulecie, ale tej indywidualnej; niezależności w myśleniu, działaniu, związanej z przytomnością umysłu, uwagą skierowaną na to, co mówią nam inni, umiejętnością analitycznego myślenia i bycia krytycznym widzem.

Wychodząc z Teatru Animacji, podążając za aluzjami ukrytymi w spektaklu, pomyślałam, że nie trzeba robić „wielkiego” teatru, żeby skłonić widzów do myślenia. Można mieć do siebie dystans, można być dowcipnym, można dać publiczności rozrywkę i „naturalną teatralność”, a jednocześnie zrobić dobry spektakl. Dlatego moje teatralne życzenie na 2019 rok brzmi: chciałabym częściej śmiać się w teatrze.

Data publikacji:
18.01.2019

Źródło publikacji:
https://kulturaupodstaw.pl/

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Gdy wszystko nic warte, evviva dell'arte
Monika Nawrocka-Leśnik, kulturapoznan.pl

Kilka wieków temu komedianci dell'arte konkurowali z przedstawieniami dworskimi o bogatej inscenizacji i teatrem jarmarcznym. Ich dbałość o stronę muzyczną oraz idące za tym świetne wykony oper-baletów (choć to nie był ich stały repertuar) sprawiły jednak, że byli niedosiężni. Sukces włoskich aktorów powtarza właśnie zespół Teatru Animacji. Swoim nowym spektaklem - Miłość do trzech pomarańczy w reżyserii Pawła Aignera dowodzi, że nie ma w Poznaniu równych sobie.

Kilka wieków temu dwaj wielcy włoscy dramaturdzy - Carlo Gozzi i Carlo Goldoni powadzili artystyczny i ideowy spór. Gozzi swoją Miłością do trzech pomarańczy wziął w obronę commedię dell'arte, którą to Goldoni zreformował w duchu mieszczańskiego dydaktyzmu. I pokazał jej fantastyczno-romantyczne możliwości.

Miłość... cechuje pomysłowe rozwiniecie historii, w której centrum znajduje się książę Tartaglia (gra go Igor Fijałkowski z nieujarzmionym wciąż instynktem ekspresji). Syn Karo (w tej roli z kolei świetny Marcel Górnicki) ma objąć władzę w średniej wielkości królestwie, gdzieś w środkowej Europie, ale uniemożliwia mu to... melancholia. Tartaglia całymi dniami leży w łóżku, reżyserując swój własny pogrzeb. Poziom malkontenctwa księcia - dawno ponad stan ostrzegawczy, zmusza króla do ostateczności. Karo wyciąga z więzienia komedianta Truffaldino i otwiera teatr. Robi wszystko, by jego syn zaczął się śmiać. W tym czasie sam z kolei mierzy się z rzeszą niewiernych poddanych, bo ci, wykorzystując niedyspozycję księcia, chcą zasiąść na tronie. Wśród spiskowców są m.in. Klaryssa, siostrzenica króla (Sylwia Koronczewska-Cyris) oraz zła wróżka Fatamorgana, za sprawą której właśnie Tartaglia, zamiast wracać do formy, zakochuje się w trzech pomarańczach i chcąc je zdobyć, wyrusza ze swoim giermkiem w niebezpieczną podróż.

Dziś rozdział do tej historii dopisuje Paweł Aigner - reżyser współpracował z najważniejszymi scenami lalkowymi w Polsce, zakotwiczając Miłość... we współczesnym świecie. W spektaklu nie brakuje aluzji do polskiej sceny politycznej - mowa m.in. o koloryzowaniu przeszłości, reformie wymiaru sprawiedliwości czy odstrzale dzików, oraz poznańskiej sceny teatralnej. Ponadto reżyser zdejmuje z twarzy aktorów charakterystyczne dla tego rodzaju komedii maski a Zofia de Ines ubiera postaci w nowe, wyłącznie swobodnie nawiązujące do dell'artowskiej tradycji, kostiumy. I nie prawi bezwstydnie morałów, choć oczywiście w Miłości do trzech pomarańczy mowa o dobru i złu (a nawet ich porozumieniu). Reżyser zaprasza publiczność na alegoryczny bal osobowości o wielkiej wartości estetycznej i olbrzymim potencjale komizmu.

Wszystkie chwyty dozwolone

Miejsca akcji nie ustępują w Miłości... zabawne i wartkie dialogi. Twórcy czerpali z wersji Joanny Walter, która przedstawiła historię tę jedenastozgłoskowym wierszem, a w kupletach zachowała manierę sprzed kilku epok. Efektownie (także na poziomie scenografii) wypadł zabieg "teatru w teatrze". W przypadku dzieła Pawła Aignera mamy jednak do czynienia z czymś więcej niż podwojenie rzeczywistości scenicznej, w ramach której pojawia się pewnego rodzaju odwzorowanie relacji scena - widownia. Aktorzy burzą czwartą ścianę i mówią wprost do widza. Postaci zaczynają walczyć nie tyle o tron, co dyrektorski stołek, często nie umiejąc czytać i pisać.

Brzmi poważnie... Ale wcale tak nie jest. Stoją za tym atrybuty komedii dell'arte, z których Aigner nie zrezygnował, jak np. rubaszny język czy sprośne gesty, które dają widzom wyobrażenie wspomnianego stylu. Na liście bufonerii, które doprowadzały publiczność do śmiechu były także akrobacje czy gagi sytuacyjne, takie jak chociażby dokonywanie czynności dostojnych zamiast pospolitych. Przykładem może być służka, która udawała przyszłą żonę księcia, po tym jak wróżka zamieniła ukochaną Tartaglia w gołębia. Dozwolone były wszelkiego rodzaju zagrania i gierki. Salwy śmiechu wywołały również sceny pościgu, kiedy to komediant gonił wokół łóżka księcia, który za nic w świecie nie chciał pójść do teatru - a straszony był nawet wizytą z operze (!) oraz pokaz Czerwonego Kapturka, który niestety nie rozbawił samego Tartaglia. Baśń braci Grimm - poprzez plejadę genialnych w swej prostocie gestów i póz, odegrał Mateusz Barta, najmłodszy stażem aktor Teatru Animacji.

Cały zespół koncertowo poradził sobie nie tylko w konwencji dell'arte wg Aignera, ale również w przestrzeni muzycznej zaprojektowanej przez Piotra Klimka. Arie i ballady wykonywane przez aktorów brzmiały równie dobrze w towarzystwie klawikordu jak i w hip-hopowym rytmie. Solo i w chórze.

Data publikacji:
13.01.2019

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Teatr w ruinie? Ależ przeciwnie. I dlatego tak bardzo się go boją rządzący
Marta Kaźmierska, poznan.wyborcza.pl

- Sędziów można odwołać, a sądy wygasić - mówi jeden z bohaterów spektaklu "Miłość do trzech pomarańczy". Kto po najnowszej premierze Teatru Animacji spodziewał się wesołej bajeczki o szalonym królewiczu i jego despotycznym tacie, może się zdziwić.

Król Karo jest u kresu wytrzymałości: młody książę Tartaglia cierpi na melancholię. Widzom pokazuje się w pasiastej piżamie, a na stoliku tuż obok jego łóżka piętrzy się stos leków. Beznadziejny stan księcia ma przerwać interwencja aktora komedianta, który zostaje wypuszczony z więzienia, pod warunkiem że rozśmieszy następcę tronu (motywację ma więc sporą). Na drodze do wykonania planu stanie mu magia: zła czarownica. Przez nią wyleczony ze smutku Tartaglia zapadnie na nową „chorobę” i wyruszy w niebezpieczną podróż tropem pomarańczy, w których się zakochał.

Scena również dla dorosłych

Na sobotnią premierę do Teatru Animacji szłam w lekkim strachu, bo z niespełna dziesięcioletnim synem. A spektakl przeznaczony jest dla widzów od dwunastu lat.

I faktycznie, pewne wątki musieliśmy sobie po wyjściu z przedstawienia wytłumaczyć. Przesłanie wielu innych syn załapał jednak bezbłędnie i wspomina do dziś.

Poznańska „Miłość do trzech pomarańczy” w reżyserii Pawła Aignera może równie dobrze stanowić wyzwanie dla przeciętnego szóstoklasisty. Bo aktorzy zwracają się tu momentami bardziej do dorosłych niż do dzieci.

Gdy z góry spadają cegły-rekwizyty, kwituje się to stwierdzeniem „Zamek w ruinie...”. Mowa o sądach, które można w każdej chwili wygasić, wysyłając sędziów, gdzie pieprz rośnie. Wygłodniały aktor wędrujący przez świat wyznaje nagle, że jest z Wrocławia. A w roli dyrektora teatru (bo rzecz dzieje się czasem w teatrze, a czasem w pewnym państwie „gdzieś w środkowej Europie”) zostaje obsadzony bohater, który otwarcie przyznaje się do tego, że jest niekompetentny i nie umie nawet czytać.

– Im bardziej znudzona, a nawet przysypiająca publiczność, tym łatwiej nią sterować – przypominają twórcy. Nie boją się też nawiązać do rzekomych skandali obyczajowych, których prowokowanie w ostatnim czasie zarzucano dyrektorom Teatru Polskiego w Poznaniu.

W teatrze można powiedzieć więcej

Po co takie rzeczy w teatrze dla dzieci? Wzięły się z obawy, by tata i mama nie czuli się tu wyłącznie jak obstawa? Pewnie też.

Ale nie tylko. Teatr Animacji kierowany już drugi sezon przez Piotra Klimka (do „Miłości...” napisał muzykę) nie po raz pierwszy próbuje tworzyć preteksty do wielopokoleniowej rozmowy. Śledzi, czym żyje widz dziecięcy, ale też ten już prawie dorosły. Do takiego widza skierowana była wrześniowa premiera – „Za-Polska”.

Na tej najnowszej Jan, który przestał być Jasiem, też nie będzie się nudzić. Może przyjść z młodszym bratem, może też z tatą. Bo i kostiumy są tu warte zobaczenia (przygotowała je Zofia de Ines). I aktorzy grają świetnie (opowiedziana kilkoma gestami jednego aktora bajka o Czerwonym Kapturku – majstersztyk). I o umowności sztuki można się nieco dowiedzieć.

Przede wszystkim jednak widać jak na dłoni, że w teatrze można powiedzieć więcej. Że to, na co przy seansie wieczornych wiadomości reagujemy już machnięciem ręki, tu jakoś bardziej boli. Ma boleć. I boją się tego prawdziwi rządzący, czasem tak bardzo podobni do baśniowego Króla Karo, który jako argumentu w rozmowie najchętniej używałby siekiery.

Data publikacji:
15.01.2019

Źródło publikacji:
http://poznan.wyborcza.pl/

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Kaczka w pomarańczach, czyli parę słów o wydarzeniu teatralnym w Poznaniu
Zbyszek Dramat

"Miłość do trzech pomarańczy" wg Joanny Walter i Carla Gozziego w reż. Pawła Aignera w Teatrze Animacji w Poznaniu. Pisze Zbyszek Dramat.

WSTĘP

 

1. "Miłość do trzech pomarańczy" to baśń XVIII-wiecznego weneckiego dramaturga, Carla Gozziego. Jego tekst nie miał jednak charakteru sztuki teatralnej. Autor zostawił nam próbę opisu tego, co działo się na scenie w formule improwizacji.

 

2. "Miłość do trzech pomarańczy" to także opera w czterech aktach z prologiem skomponowana przez Siergieja Prokofiewa, do której libretto napisał sam kompozytor, na podstawie baśni Carlo Gozziego.

 

3. Zadanie teatralne dla wszystkich. Proszę na afiszu spektaklu znaleźć trzy pomarańcze i/lub miłość do nich.

 

ROZWINIĘCIE

 

1. Na temat tego spektaklu napisano już wspaniałe recenzje. Wśród ich autorów znaleźli się uznani krytycy/recenzenci tacy jak Juliusz Tyszka (teatralny.pl), Agata Wittchen-Barełkowska (kulturaupodstaw.pl), Monika Nawrocka-Leśnik (kulturapoznan.pl) i Marta Kaźmierska (poznan.wyborcza.pl). W tej sytuacji pisanie kolejnej, która odnosiłaby się wprost do treści spektaklu mija się z celem. Wszystkie te recenzje przeczytać można na stronie internetowej teatru. Zachęcam. Wyjątkowo ciekawa lektura.

 

2. Tytuł spektaklu celowo napisany został przeze mnie dużymi literami. Dlaczego? Dlatego, że widowisko to nazwać można wydarzeniem teatralnym sezonu 2018/2019 i to nie tylko w Poznaniu. Potwierdzają to przychodzący tłumnie na spektakl widzowie jak i dosłownie wszyscy znawcy teatru.

 

3. Wydarzenie teatralne pod tytułem MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY zagwarantowało mi wszystko to, czego w swym idealizmie od teatru oczekuję. Nazywam go wydarzeniem, gdyż zawiera w sobie takie elementy jak: dziwowisko sytuacyjne, niespodzianki teatralne, sploty okoliczności scenicznych, postępki ludzkiej natury świetnie odtworzone przez aktorki i aktorów, samą i całą prawdę o teatrze (w Poznaniu też), majstersztyk aktywności aktorskiej (także wokalnej), inność - nowość w podejściu do reżyserii teatralnej, rzadki dowcip kontekstowy i sytuacyjny (opierający na tradycji commedii dell'arte) oraz zamknięty (całościowy) efekt sceniczny.

4. Z tej racji, iż we wszystkich swych analizach niezwykle istotne są dla mnie nie tylko postaci, ale ludzie je współtworzący i grający, postaram się teraz ich przedstawić. O reżyserze Pawle Aignerze można pisać już dysertacje naukowe. To postać wielce zasłużona w polskim teatrze, a szczególnie w teatrze lalki, maski, aktora i przedmiotu (w tym poszukiwań nowych form teatralnych). Na uznanie zasługuje też asystentka reżysera Laura Słabińska. Interesującą scenografię przygotował Pavel Hubička - szczególnie te wielkie oczy podglądające ich - aktorów/nas - widzów poprzez wizjery ("judasze"), umieszczone w tylnej ścianie sceny. Piękne kostiumy przygotowała (zaprojektowała) Zofia de Ines. Oprawę muzyczną zapewnił Piotr Klimek. Wyjątkową częścią widowiska są teksty zaśpiewane przez zespół aktorski, a wymyślone przez Joannę Walter. To dowód, że nie tylko w Teatrze Nowym mamy świetnych aktorskich śpiewaków. Wywołujące na widowni duże wrażenie układy choreograficzne zaproponowała nam Karolina Garbacik. I wreszcie nadszedł czas, aby przedstawić zespół aktorski, który wcielił się w postaci i treść sztuki w sposób brawurowy, przebojowy, eksplozywny i pięknie szalony. Na uznanie zasługują wszyscy, naprawdę wszyscy. Są wśród nich Julianna Dorosz, Sylwia Koronczewska-Cyris (Klaryssssssa), Aleksandra Leszczyńska, Katarzyna Romańska ("wruszka" trochę straszna, a trochę zabawna), Mateusz Barta (epizod z czerwonym kapturkiem i wilkiem przechodzi do historii teatru), Marcin Chomicki (duch teatru doskonały), Marek A. Cyris (Minister, Walet Karo, kandydat do każdego możliwego rządu), Krzysztof Dutkiewicz, Igor Fijałkowski (smutny książę - człowiek z gumy), Marcel Górnicki (król teatru), Piotr Grabowski (skąd ten aktor czerpie taką energię?) oraz Artur Romański (dyrektor teatru wyśmienity). Każda i każdy z nich miał w spektaklu swoje "5 minut". Bravo, bravo, bravo, bravissimo. Owacja na stojąco.

5. Na koniec napiszę tak. Moim zdaniem spektakl ten powinien ruszyć w trasę festiwalową. Jest najlepszym poznańskim kandydatem do pokazania go w trakcie Warszawskich Spotkań Teatralnych i Boskiej Komedii. Ci, którzy chcą go zobaczyć już teraz, zapraszam do Poznania. Pospieszcie się, bo bilety na ten spektakl rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY

Kupcie bułkę aktorowi z Wrocławia
Kamil Bujny

„Miłość do trzech pomarańczy” Teatru Animacji w Poznaniu, reż.Paweł Aigner, zaprezentowana w ramach festiwalu Konteksty – Zjawiska w Poznaniu – pisze Kamil Bujny.

W „Miłości do trzech pomarańczy” jest bardzo dużo dystansu i ironii. Co ważne, ironii wymierzonej nie tylko w samych twórców, w ich środowisko oraz miejsce, w którym żyją, lecz także w publiczność – w tym wypadku w dużej mierze festiwalową. Oglądający, zaśmiewając się w głos z wygłaszanych na scenie kąśliwych uwag wobec teatru instytucjonalnego, jego dyrekcji, polityki oraz porządku społecznego, wyśmiewa w gruncie rzeczy – świadomie lub nie – samego siebie. Bo jeżeli rzecz dzieje się „gdzieś w środkowej Europie”, gdzie polityczna opozycja nie ma prawa głosu, sądy można wygasić, sędziów – jeżeli rządzącym nie odpowiadają – można powymieniać, to nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest się u siebie.

Aigner sięgnął po charakterystyczną dla komedii dell’arte konwencję teatru w teatrze, co z jednej strony pozwala ciekawie ograć przedstawianą rzeczywistość (niby z dużym dystansem, swobodnie, a przy tym z wyraźną, poważną autorefleksją), a z drugiej – zabrać głos w dyskusji o kondycji, roli i znaczeniu teatru w dzisiejszym świecie. Widać przy tym, że aktorzy dobrze odnajdują się w tworzonej przez siebie sytuacji, bo nadrzędnym wrażeniem, które towarzyszy oglądaniu, jest poczucie spontaniczności i swobody – tak, jakby wszystko było całkowicie naturalne, jednorazowe, nie grane, tylko wymyślane, właśnie improwizowane. To przekonanie o niewymuszonym charakterze pokazu oraz o tym, że „Miłość do trzech pomarańczy” tworzy się na oczach widza, wpisuje się w inną intuicję dotyczącą recenzowanej prezentacji – wrażenie całkowitego braku nadęcia. Aktorzy, niejako kompromitując się na scenie (tzn. negując własne  znaczenie, dystansując się od ról i podkreślając sztuczność kreowanej rzeczywistości), stają się błaznami – dają znać widzowi, w których momentach można ich wyśmiać („Kupcie bułkę aktorowi z Wrocławia!”), co w ich pracy dalekie jest od wyobrażonego, być może nawet nierealnego etosu (artysty, twórcy,dyrektora…), co w teatrze – jako w instytucji i społeczności – szwankuje i pozostaje powierzchowne. Dzięki takiemu podejściu oraz za sprawą eksponowania umowności w relacjach między poszczególnymi płaszczyznami spektaklu widz przez cały czas jest błyskotliwie zabawiany – może wygodnie rozsiąść się w fotelu, rozpiąć w koszuli dwa górne guziki i oddać się rozrywkowemu oglądaniu. Bez żadnych pretensji, zobowiązań, niezależnie od wieku.

„Miłość do trzech pomarańczy” zachwyca przede wszystkim pracą zespołową i utrzymaniem stałego, szybkiego tempa: na scenie bardzo wiele się dzieje, aktorzy pozostają ciągle w ruchu, wchodzą w rozmaite relacje i zależności, a mimo to nie widać w ich grze żadnego spadku energii czy po prostu zmęczenia. Choć przedstawienie trwa niemal dwie godziny, przez cały ten czas operuje przesadą, groteską i przejaskrawieniem, to nie można powiedzieć, że spektakl w pewnym momencie okazuje się za „ciężki”, za bardzo męczący. Nie, nie. Widz skupia się na aktorach (zarówno na zespole, jak i na poszczególnych osobach) – to oni przykuwają jego uwagę, potrafiąc wysunąć się na pierwszy plan, co – trzeba podkreślić – wydaje się w tym wypadku nie lada wyczynem. Gdy wszystko na scenie okazuje się osobliwe, niezwykłe i ukazane z naddatkiem, trudno na dłużej przebić się do świadomości oglądającego. A w przedstawieniu Teatru Animacji udaje się to bez problemu. Co więcej, nie jednej postaci czy dwóm postaciom, tylko całemu zespołowi – każda z kreacji wydaje się odrębna, osobna, możliwa do zapamiętania.

Nie byłoby takiego efektu, gdyby nie bardzo dobre tłumaczenie dzieła Carla Gozziego autorstwa Joanny Walter. W „Miłości do trzech pomarańczy” pojawia się mnogość odniesień, odsyłaczy i kontekstów (jakby w myśl tego, co poststrukturaliści – na czele z Rolandem Barthes’em – sądzili o tekście: jako o poziomo zorientowanej, ciągłej, nieskończonej sieci zależności). Język tego spektaklu zasysa inne języki i dyskursy: polityki, ulicy, środowiska teatralnego, popkultury, mediów czy poezji. Quasi-diva, jedna z bohaterek, zaczyna w pewnym momencie w sposób egzaltowany recytować „Kamień”, wiersz Wisławy Szymborskiej. Wypowiada zaledwie dwa lub trzy wersy, a my, widzowie, wiemy już o niej wszystko – nie tylko za sprawą sposobu mówienia, ale także doboru repertuaru do oratorskich popisów. Twórcy dowartościowują bowiem w omawianym pokazie tekst, słowo mówione, wychodząc z założenia, że postaci funkcjonują w języku – to między innymi on umożliwia autokreację (przywołując na przykład wszystkie sytuacje i skojarzenia, jakie stoją za danym cytatem czy dyskursem w danej społeczności), choć trzyma przy tym postaci na uwięzi wywołanych wyobrażeń i oczekiwań. Ale nie bez powodu – oglądając spektakl Aignera, nie sposób uciec od refleksji nad różnymi łatkami, stereotypami i utartymi przekonaniami.


Data publikacji:
06.12.2019

Źródło publikacji:
www.teatrdlawszystkich.eu

Recenzowany spektakl:
MIŁOŚĆ DO TRZECH POMARAŃCZY