Bliscy, też pluszowi
Monika Nawrocka-Leśnik
Pociesza, wspiera i pozwala na odnalezienie się w nowej sytuacji. Ale też uczy empatii, rozwija wyobraźnię i daje poczucie bezpieczeństwa. Przytulanka. Nie główna, ale jak ważna postać w życiu (każdego) Wesołego Ryjka. Za nami kolejna premiera w Teatrze Animacji, tym razem na podstawie kultowych książek Wojciecha Widłaka.

Książki Wojciecha Widłaka - czy to z serii o Panu Kuleczce czy o Wesołym Ryjku, znajdują się chyba w każdej biblioteczce przedszkolaka. W związku z tym dzieci wraz z pojawieniem się na scenie Teatru Animacji małego, różowego prosiaczka, nie musiały o nic pytać. I w ciszy - a to w grupie tak małych szkrabów nie zdarza się często, wyruszyły ze znanym sobie bohaterem, jego mamą, tatą i Żółwiem przytulanką (w tej roli świetna Mariola Ryl-Krystianowska) w niemalże godzinną podróż w (nie)znane.

Anna Rozmianiec, reżyserka spektaklu, wybrała kilka opowiadań, wyjęła z serii interesujące ją wątki. Dorośli twórcy nie zapomnieli, że kiedyś też byli dziećmi. Każdy dzieciakowy problem potraktowany został poważnie. Widzowie towarzyszyli bohaterowi w podróży samochodem, który wystarczyło umyć, żeby przestał być szary; czekali wraz z nim na pierogi z jagodami - ku zdziwieniu Ryjka w lesie można znaleźć tylko ich farsz; próbowali zbudować robota, który miał wyręczać jego mamę w obowiązkach domowych. Zastanawiali się też dlaczego liście zmieniają kolor, a np. prosiaczki wciąż są różowe, dlaczego urodziny są tylko raz w roku i skąd wieje wiatr. Odganiali nocne strachy.

W spektaklu zastosowano swoisty odpowiednik wizji teatru w teatrze (w tym przypadku książki w książce). To niezwykle ciekawy zabieg kompozycyjny, którego celem jest podwojenie rzeczywistości scenicznej. Dorosły widz wie, że narzuca on dystans, ma świadomość nieostrej granicy pomiędzy życiem a sztuką. Czy jednak dzieci dostrzegły te zależności? Mam wątpliwości.

Rozmianiec do historii znanych z książek Widłaka wprowadziła dwie postaci z realnego, tj. ludzkiego świata. Na scenie pojawiły się dziewczynka i jej mama. Główny bohater spektaklu stał się dla kilkulatki kimś równie ważnym, jak Żółw przytulanka dla Wesołego Ryjka. Mama czytała dziewczynce książki Widłaka, a ona powierzała pluszowemu Ryjkowi swoje sekrety (tymi podzieliły się z twórcami dzieciaki z Gminnego Przedszkola Bajkowe Ludki w Koziegłowach). Życiowe rozterki dwójki nieletnich bohaterów spektaklu spięły te dwie rzeczywistości, oba światy się zazębiły. Osią jednej i drugiej opowieści stały się relacje pomiędzy dzieckiem i jego bliskimi, również tymi pluszowymi.

Wesoły Ryjek jest szlachetny plastycznie, kolor współgra ze światłem. Obok żywego planu, pojawiają się również animanty, kolorowe portrety prosiaczka, płaskie figury. Wykorzystano wizerunek Wesołego Ryjka stworzony przez Agnieszkę Żelewską, ilustratorkę książek Wojciecha Widłaka. Pozostała część scenografii powstawała z kolei na oczach widzów. Aktorzy na szklanych, prostokątnych ekranach tworzyli nowo poznawany przez dzieci i bohaterów świat. Kolorowymi flamastrami kreślili chmury, w których kształcie każdy ma prawo dostrzec coś innego i robota, który nie wiadomo dlaczego nie działa. Zestawiono też ze sobą wszystkie składniki na pierogi: mąkę, grzyby, kapustę, cebulkę, a nawet sól i pieprz. Ich obrazki przypominały te rysowane przez dzieci.

Wesoły Ryjek osadzony został również mocno w dźwięku. Na uwagę zasługuje z pewnością  wykorzystane w spektaklu instrumentarium, m.in. akordeon i ukulele, ale też klucze warsztatowe. I tak jak muzyka jest wielowymiarowa i różnorodna, tak niestety zaproponowane piosenki już nie. Zabrakło w nich chwytliwości. Nie były to linie melodyczne ani zabawy słowne, które dziecko zapamięta mimochodem.

Spektakl w reżyserii Rozmianiec jednocześnie śmieszy i wzrusza. Uczy uważnego patrzenia na drobiazgi, i czerpania radości nawet z najprostszych rzeczy, takich jak słońce, omlet i gorące kakao. Ale Wesoły Ryjek to nie tylko podróż przez dzieciństwo pełne wyzwań i zagadek, próby definicji siebie i świata. To także obraz rodzicielstwa, które bywa tak samo piękne, co trudne. Miłości i przyjaźni, której musi towarzyszyć mądrość i cierpliwość, bo nawet (jeśli nie przede wszystkim) małe świnki miewają swoje humory.

Data publikacji:
26 lutego 2020

Źródło publikacji:
kultura.poznan.pl

Recenzowany spektakl:
WESOŁY RYJEK

Bliscy, też pluszowi
Monika Nawrocka-Leśnik
Pociesza, wspiera i pozwala na odnalezienie się w nowej sytuacji. Ale też uczy empatii, rozwija wyobraźnię i daje poczucie bezpieczeństwa. Przytulanka. Nie główna, ale jak ważna postać w życiu (każdego) Wesołego Ryjka. Za nami kolejna premiera w Teatrze Animacji, tym razem na podstawie kultowych książek Wojciecha Widłaka.

Książki Wojciecha Widłaka - czy to z serii o Panu Kuleczce czy o Wesołym Ryjku, znajdują się chyba w każdej biblioteczce przedszkolaka. W związku z tym dzieci wraz z pojawieniem się na scenie Teatru Animacji małego, różowego prosiaczka, nie musiały o nic pytać. I w ciszy - a to w grupie tak małych szkrabów nie zdarza się często, wyruszyły ze znanym sobie bohaterem, jego mamą, tatą i Żółwiem przytulanką (w tej roli świetna Mariola Ryl-Krystianowska) w niemalże godzinną podróż w (nie)znane.

Anna Rozmianiec, reżyserka spektaklu, wybrała kilka opowiadań, wyjęła z serii interesujące ją wątki. Dorośli twórcy nie zapomnieli, że kiedyś też byli dziećmi. Każdy dzieciakowy problem potraktowany został poważnie. Widzowie towarzyszyli bohaterowi w podróży samochodem, który wystarczyło umyć, żeby przestał być szary; czekali wraz z nim na pierogi z jagodami - ku zdziwieniu Ryjka w lesie można znaleźć tylko ich farsz; próbowali zbudować robota, który miał wyręczać jego mamę w obowiązkach domowych. Zastanawiali się też dlaczego liście zmieniają kolor, a np. prosiaczki wciąż są różowe, dlaczego urodziny są tylko raz w roku i skąd wieje wiatr. Odganiali nocne strachy.

W spektaklu zastosowano swoisty odpowiednik wizji teatru w teatrze (w tym przypadku książki w książce). To niezwykle ciekawy zabieg kompozycyjny, którego celem jest podwojenie rzeczywistości scenicznej. Dorosły widz wie, że narzuca on dystans, ma świadomość nieostrej granicy pomiędzy życiem a sztuką. Czy jednak dzieci dostrzegły te zależności? Mam wątpliwości.

Rozmianiec do historii znanych z książek Widłaka wprowadziła dwie postaci z realnego, tj. ludzkiego świata. Na scenie pojawiły się dziewczynka i jej mama. Główny bohater spektaklu stał się dla kilkulatki kimś równie ważnym, jak Żółw przytulanka dla Wesołego Ryjka. Mama czytała dziewczynce książki Widłaka, a ona powierzała pluszowemu Ryjkowi swoje sekrety (tymi podzieliły się z twórcami dzieciaki z Gminnego Przedszkola Bajkowe Ludki w Koziegłowach). Życiowe rozterki dwójki nieletnich bohaterów spektaklu spięły te dwie rzeczywistości, oba światy się zazębiły. Osią jednej i drugiej opowieści stały się relacje pomiędzy dzieckiem i jego bliskimi, również tymi pluszowymi.

Wesoły Ryjek jest szlachetny plastycznie, kolor współgra ze światłem. Obok żywego planu, pojawiają się również animanty, kolorowe portrety prosiaczka, płaskie figury. Wykorzystano wizerunek Wesołego Ryjka stworzony przez Agnieszkę Żelewską, ilustratorkę książek Wojciecha Widłaka. Pozostała część scenografii powstawała z kolei na oczach widzów. Aktorzy na szklanych, prostokątnych ekranach tworzyli nowo poznawany przez dzieci i bohaterów świat. Kolorowymi flamastrami kreślili chmury, w których kształcie każdy ma prawo dostrzec coś innego i robota, który nie wiadomo dlaczego nie działa. Zestawiono też ze sobą wszystkie składniki na pierogi: mąkę, grzyby, kapustę, cebulkę, a nawet sól i pieprz. Ich obrazki przypominały te rysowane przez dzieci.

Wesoły Ryjek osadzony został również mocno w dźwięku. Na uwagę zasługuje z pewnością  wykorzystane w spektaklu instrumentarium, m.in. akordeon i ukulele, ale też klucze warsztatowe. I tak jak muzyka jest wielowymiarowa i różnorodna, tak niestety zaproponowane piosenki już nie. Zabrakło w nich chwytliwości. Nie były to linie melodyczne ani zabawy słowne, które dziecko zapamięta mimochodem.

Spektakl w reżyserii Rozmianiec jednocześnie śmieszy i wzrusza. Uczy uważnego patrzenia na drobiazgi, i czerpania radości nawet z najprostszych rzeczy, takich jak słońce, omlet i gorące kakao. Ale Wesoły Ryjek to nie tylko podróż przez dzieciństwo pełne wyzwań i zagadek, próby definicji siebie i świata. To także obraz rodzicielstwa, które bywa tak samo piękne, co trudne. Miłości i przyjaźni, której musi towarzyszyć mądrość i cierpliwość, bo nawet (jeśli nie przede wszystkim) małe świnki miewają swoje humory.

Data publikacji:
26 lutego 2020

Źródło publikacji:
kultura.poznan.pl

Recenzowany spektakl:
WESOŁY RYJEK

Oto dlaczego uwielbiam teatr lalek:
Juliusz Tyszka
Bo jego artyści potrafią opowiedzieć najbanalniejsze historie w sposób atrakcyjny, piękny formalnie i chwytający za serce. Bo wielość i rozmaitość form, jakimi sprawnie operują, zatyka czasem dech w piersiach. Bo wielowarstwowa narracja, jaką oferują swym widzom, nader oczywista w ich świecie, jest niemożliwa do opanowania chyba w żadnej innej formie widowiska.

Piszę tę apologię nie w związku z obejrzeniem jakiegoś lalkarskiego arcydzieła, lecz ot, normalnej, codziennej produkcji kierowanej do najmłodszych widzów. Takie spektakle ogląda się na co dzień w bardzo wielu teatrach lalek w Polsce i na świecie bez nadmiernych zachwytów, bez większych emocji. Są jakiś czas grane, a potem przemijają i odchodzą w niebyt, uczestnicząc z większym lub mniejszym sukcesem w dziele wychowania estetycznego kolejnych pokoleń dzieci i młodzieży. 

Tyle że ta „lalkarska normalka” zazwyczaj skrzy się inwencją i wyszukaniem formalnym, których my, dorośli, jesteśmy skłonni nie dostrzegać, bo to przecież „dla dzieci”. Nie dostrzegają jej także dzieci, bo po pierwsze owo wyszukanie jest dla nich oczywistością, którą przerabiają na co dzień w swej wyobraźni oraz (może jeszcze czasem?) w swych grach i zabawach. A po drugie, bo nie znają jeszcze na ogół innych odmian widowisk „na żywo”.

Wesoły Ryjek Wojciecha Widłaka w poznańskim Teatrze Animacji to spektakl opowiadający o codziennym życiu dwóch rodzin. Najpierw zapoznajemy się z rodziną małego wieprzka, czyli właśnie Wesołego Ryjka, składającą się z dziecka (Mateusz Barta), dwojga rodziców (Katarzyna Romańska i Marcin Ryl-Krystianowski) oraz żółwia-przytulanki (Mariola Ryl-Krystianowska), a potem… Do tego jeszcze dojdziemy. 

Opowiadana tu historia jest na pierwszy rzut oka do bólu banalna, jej przesłanie – do bólu optymistyczno-pozytywne (żeby młodzi widzowie się, broń Boże, nie zniechęcili do ciągu dalszego swych żyć), nastrój – pogodny i wesoły. Czyli wszystko jest jak trzeba w stereotypowo pojmowanym teatrze dla dzieci. Tyle że, po pierwsze, szybko się okazuje, iż owa powszednia codzienność (lub, jak kto woli, codzienna powszedniość) kryje w sobie wiele zawikłanych filozoficznych i psychologicznych problemów – od pytania „dlaczego nie wiem?”, po obłaskawianie i łagodzenie kompleksu Edypa.

Po drugie (i teatralnie ważniejsze), każda z wymienionych tu postaci zaprezentowana jest nam w trojakim wcieleniu – aktorki bądź aktora, płaskiej tekturowej postaci świnki (w przypadku żółwia mamy autentyczną pluszową przytulankę) oraz szkicowego malunku na rozłożonych tu i ówdzie na scenie oprawionych w ramy szybach. Ponadto dane jest nam całe mnóstwo innych teatralnych motywów do zauważenia, zachwycenia się i (jak ktoś chce) przemyślenia ich miejsca w kompozycji spektaklu.

Oto cała, na pozór hiperbanalna historia o: dziecięcych marzeniach kulinarnych i porannej pobudce zorganizowanej rodzicom przez żądnego turystycznych wypraw synka; o spacyfikowaniu młodego kandydata na turystę i ponownym zaśnięciu całej rodziny; o myciu samochodu, wyprawie w nieznane, marzeniach o lataniu; o dziwnych, zdawałoby się naiwnych, lecz jakoś bardzo trudnych do ogarnięcia pytaniach, jakie nam zadają dzieci; o dziecięcych wieczornych lękach związanych z ciemnością i działaniem rozbudzonej wyobraźni; o dorosłych marzeniach, by wsiąść do machiny czasu i przenieść się w przeszłość, a najlepiej w przyszłość; o codziennych zajęciach mamy, bo to przecież oczywiste, że mama gotuje, pierze, sprząta i w ogóle zajmuje się domem, a tata i Ryjek ewentualnie mogą jej pomóc, jak sobie o tym przypomną (autor Pana Kuleczki zaprezentował w swym tekście wybitnie męski punkt widzenia, zaś reżyserka poznańskiego spektaklu puściła bieg akcji zgodnie z tekstem, bez ujęcia tego fragmentu w jakiś ironiczny nawias, no i mamy niepotrzebny zgrzyt); o tym, że synek nie może być mężem mamy; o kolorach liści, o powstawaniu skomplikowanej kompozycji kulinarnej zwanej pierogiem, w której to kompozycji najważniejsze jest… czekanie. A na sam koniec wyrażone jest w formie śpiewanej i wypląsanej rodzicielskie przeświadczenie, że „świat jest magiczny, na pewno cię porwie” (zaniepokojonym opiekunom spieszę wyjaśnić, że nie chodzi tu o kidnaping, lecz o porwanie w sensie duchowym).

Teraz najważniejsze: potrójne istnienie wszystkich czterech osób z rodziny Wesołego Ryjka jest oczywiście w bardzo subtelny sposób wielokrotnie ograne, dając dzieciom, dorosłym i mnie – recenzentowi uwielbiającemu teatr lalek, asumpt do kolejnych zadziwień i zachwytów. A potem, gdy już się przyzwyczaimy do owych metamorfoz, następuje przewrotna wolta: okazuje się, że obecne od czasu do czasu na scenie Dziewczynka (Julianna Dorosz) i jej Mama (Danuta Rej) to postaci z opowiadanej nam meta-historii. Wesoły Ryjek jest bowiem… przytulanką Dziewczynki. W jej rodzinie nie ma taty, jest tylko ona, jej mama i pluszowy prosiaczek. Czyżby więc pogodna, banalna historia o „codzienności pełnej ciepła i miłości” była emanacją wyobrażeń Dziewczynki o pełnej, szczęśliwej rodzinie? Tyle że (od razu spieszę donieść) między Dziewczynką i jej Mamą panuje pełna miłości harmonia, więc może tata nie jest tu jakoś bardzo niezbędny? 

Dziewczynka i Ryjek-aktor w jednej z piękniejszych scen tego spektaklu wymieniają się między sobą marzeniami i lękami. Ich teatralny status jest w tym momencie równorzędny, nawet jeśli (jak już mam to wszystko „do bólu” analizować) Ryjek jest li tylko projekcją „dusznych rozterek” i tęsknot Dziewczynki. To, co tu jest najważniejsze, jest ocalone: dziecięce lęki, niepewność oczekiwania na dorosłość, pragnienie bezwarunkowej miłości i akceptacji… Czysto teoretyczny problem, z jakiego poziomu te marzenia, tęsknoty i lęki są artykułowane, schodzi na drugi plan. Chociaż niewątpliwie dodaje atrakcyjności całej scenie i całemu spektaklowi.

Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z subtelną grą w wielopiętrową teatralną narrację, która daje niekłamaną satysfakcję – nie tylko mnie jako zagorzałemu miłośnikowi teatru lalek, lecz także dzieciom oraz ich dorosłym opiekun(k)om.

Dodajmy do tego jeszcze: postać Akordeonisty, który najpierw anonsuje opowieść o rodzinie Ryjka, a potem koordynuje dźwiękową warstwę spektaklu zza stojącego pod sceną po prawej stronie keyboardu; piosenkę rodziców skierowaną w swym przesłaniu do Ryjka – „Najważniejszy dar to ty!”; znaczącą, subtelną grę w rysowanie na szybach i rozmazywanie wodą wizerunków poszczególnych postaci; pięknie zakomponowaną kakofonię dźwięków podczas jazdy samochodem w nieznane; obecny cały czas na proscenium szklany kub z czerwonym wizerunkiem serduszka; ożywienie ruchowe Żółwia, który – gdy wszyscy skaczą – też nagle, „wbrew naturze” zaczyna podskakiwać (gaśnie dopiero, gdy ktoś zwraca mu uwagę, że „żółwie nie skaczą”); wyznanie Żółwia, że chociaż jest tylko pluszową przytulanką, to też ma uczucia, a czasem to nawet krzyczy, tylko ani Ryjek, ani jego rodzice tego nie słyszą – a szkoda…; zmyślną rytmiczną grę Taty na… kluczach-narzędziach ślusarskich; i wiele innych teatralnych smaczków.

Obejrzałem poranno-południową prezentację Wesołego Ryjka parę dni po premierze, kiedy to na widowni zasiadły zorganizowane grupy dzieci w wieku około pięciu, sześciu lat. Panie opiekunki były na ogół spolegliwe, tylko jedna z nich wykazywała pedagogiczną nadgorliwość, zakazując dzieciom między innymi oglądania się za siebie (bo skręcą sobie kark?).

Dzieci z kolei (a przynajmniej ich grupa siedząca z tyłu, blisko mnie) były „bardzo mocno skłonne” rytmicznie klaskać i tupać, gdy wykonywana była jakaś piosenka. Natomiast gdy na scenie panował nastrój wyciszenia i zadumy, nie zawsze potrafiły utrzymać koncentrację. Z kolei piosenka finałowa wyzwoliła w nich z początku dziką energię, lecz gdy już trwała dłuższą chwilę, ich zapał dość nagle się wystudził. Może nie ma potrzeby aż tak mocno utrwalać w nich przeświadczenia, że magiczny świat na pewno je porwie?

Taka była ta normalna, codzienna produkcja teatru lalek, skierowana do najmłodszych widzów, nazwana dość infantylnie, z pewnością odstręczająca już samym tytułem grono poważnych krytyków. A tak subtelna, tak wielowarstwowa, tak głęboka… 

I jak tu się nie zachwycać?

Źródło publikacji:
Teatralny.pl

Data publikacji:
02.03.2020


Recenzowany spektakl:
WESOŁY RYJEK