Demokratycznie i indywidualnie
Kamil Bujny

O spektaklu „Halo kosmos!”, reż. Julia Szmyt, Teatr Animacji w Poznaniu, zaprezentowanym w ramach Festiwalu Konteksty – Zjawiska pisze Kamil Bujny.

Pamiętam, jak nie tak dawno, bo we wrześniu na Festiwalu małych Prapremier w Wałbrzychu, poczułem się jak dziecko, oglądając „Pod adresem marzeń” Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” z Kielc. Nie minęło wiele czasu, raptem kilka tygodni, i proszę – znowu mnie urobiono, znowu wysłano na wyprawę do przeszłości, pozwalając na chwilę popatrzeć na świat oczami dziecka. W jaki sposób? Zabierając na pokład kosmicznego statku – Jazgolotu, którym pozaziemskie przestrzenie przemierza Stworka – postać szukająca własnej planety, rodziny i tożsamości.

„Halo Kosmos!” w reżyserii Julii Szmyt to przedstawienie interesujące z wielu względów. Po pierwsze, spektakl opiera się niemal w całości na zmyśle słuchu – widz, zasiadając w fotelu, dostaje słuchawki oraz opaskę na oczy. To, co wyniesie z pokazu, zależy wyłącznie od jego wyobraźni – prowadzony opowiadaną mu historią i towarzyszącymi jej efektami dźwiękowymi odtwarza w głowie przedstawianą opowieść. Jak łatwo się domyślić, ilu uczestników prezentacji, tyle wizji i różnych realizacji. Po drugie, pozostając wyłącznie w sferze dźwięku, oglądający zostaje wystawiony niejako na próbę – nie wie, co się wokół niego dzieje, traci z pola widzenia miejsce, w którym się znajduje, a przy tym również poczucie kontroli i bezpieczeństwa; łatwo go zatem zaskoczyć, podejść, co też twórcy w niektórych momentach wykorzystują. Po trzecie, „Halo Kosmos!” zrealizowano z dużym rozmachem technologicznym – tworzone w czasie rzeczywistym słuchowisko (kwestie aktorskie nie są odtwarzane, nie zostały wcześniej obrobione, tylko są wypowiadane na bieżąco, w czasie pokazu) zostało bardzo dobrze i nowocześnie wyprodukowane.

W trakcie festiwalowej debaty poświęconej przyszłości scen lalkowych, padło pytanie o to, czy teatr może konkurować z innymi rozrywkami – kinem, serialami i grami komputerowi. Wprawdzie rozmówcy doszli do wniosku, w myśl którego jest to niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że teatr jest miejscem elitarnym, że wymaga nieco innych kompetencji kulturowych, jednak nie sposób nie zastanowić się nad tą kwestią bez uwzględnienia przedstawienia Szmyt. Wydaje się bowiem, że Teatrowi Animacji udało się przygotować taki spektakl, który mógłby zainteresować także tych widzów, którzy są całkowicie obojętni na produkcje sceniczne. To ciekawy, a przy tym nowy rodzaj kontaktu z odbiorcą, który opiera się na syntezie dwóch zjawisk: opowieści i technologii. W „Halo kosmos!” dochodzi do przewartościowania sposobów recepcji: rola wzroku zostaje umniejszona (jeżeli nie całkowicie zredukowana), widzowi zabrany zostaje obraz, a na pierwszy plan twórcy wysuwają zmysł słuchu. Jednak mówiąc o nowatorstwie przedstawienia i potencjalnej atrakcyjności dla „zewnętrznego” widza, mam na myśli nie tyle odwrócenie sposobów poznania, ile skuteczność i powodzenie tego pomysłu: o ile jestem w stanie wyobrazić sobie równie dobrze przygotowane słuchowisko odtwarzane w warunkach domowych lub kinowych, o tyle jestem niemal przekonany, że towarzyszące temu okoliczności nie pozwoliłyby na doświadczenie równie silnych przeżyć, co w teatrze. Dlaczego? Myślę, że wynika to ze świadomości miejsca: wchodząc na salę teatralną, widzimy aktorów; chwilę później dostajemy od nich opaski na oczy i słuchawki. Zdajemy sobie zatem sprawę z tego, że przebywają w tym samym pomieszczeniu, co my (a nie za ekranem lub w internetowej przestrzeni). Chwilę później, siedząc już z zasłoniętymi oczami i słuchając opowieści, w której dźwięk – za sprawą wykorzystania mikrofonu binauralnego – dochodzi do nas z różnych miejsc w przestrzeni (tak, jakby aktorzy stali obok nas, w łatwym do zidentyfikowania miejscu, jakby mówili nam do ucha), nie jesteśmy pewni, czy to, czego doświadczamy, wynika wyłącznie z efektów dźwiękowych, czy z fizycznej obecności postaci. Niejednokrotnie chce się wysunąć rękę, „zbadać” teren wokół siebie, sprawdzając, czy rzeczywiście obok nas ktoś stoi. Niezwykłe, prawda?

„Halo kosmos!” wydaje się w związku z tym przedstawieniem dążącym jednocześnie do całkowitej indywidualizacji i demokratyzacji przeżyć. Każdy widz, niezależnie od tego, gdzie siedzi, dostaje taką samą perspektywę i narzędzia poznawcze, a przy tym każdy z oglądających potraktowany jest z osobna – właśnie przez efekty dźwiękowe. Mając wrażenie bezpośredniej, niekiedy niemal fizycznej relacji z postaciami, nie można się od nich zdystansować, co sprawia, że uczestnictwo w zmysłowisku (tym mianem teatr określa recenzowaną prezentację) bardzo mocno angażuje: nie ma bowiem żadnych barier, czwartych ścian czy dystansu. Wszystko, co dzieje się w tym spektaklu, rozgrywa się blisko widza.




Data publikacji:
09.12.2019

Miejsce publikacji:
www.teatrdlawszystkich.eu

Recenzowany spektakl:
HALO KOSMOS!

Demokratycznie i indywidualnie
Kamil Bujny

O spektaklu „Halo kosmos!”, reż. Julia Szmyt, Teatr Animacji w Poznaniu, zaprezentowanym w ramach Festiwalu Konteksty – Zjawiska pisze Kamil Bujny.

Pamiętam, jak nie tak dawno, bo we wrześniu na Festiwalu małych Prapremier w Wałbrzychu, poczułem się jak dziecko, oglądając „Pod adresem marzeń” Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” z Kielc. Nie minęło wiele czasu, raptem kilka tygodni, i proszę – znowu mnie urobiono, znowu wysłano na wyprawę do przeszłości, pozwalając na chwilę popatrzeć na świat oczami dziecka. W jaki sposób? Zabierając na pokład kosmicznego statku – Jazgolotu, którym pozaziemskie przestrzenie przemierza Stworka – postać szukająca własnej planety, rodziny i tożsamości.

„Halo Kosmos!” w reżyserii Julii Szmyt to przedstawienie interesujące z wielu względów. Po pierwsze, spektakl opiera się niemal w całości na zmyśle słuchu – widz, zasiadając w fotelu, dostaje słuchawki oraz opaskę na oczy. To, co wyniesie z pokazu, zależy wyłącznie od jego wyobraźni – prowadzony opowiadaną mu historią i towarzyszącymi jej efektami dźwiękowymi odtwarza w głowie przedstawianą opowieść. Jak łatwo się domyślić, ilu uczestników prezentacji, tyle wizji i różnych realizacji. Po drugie, pozostając wyłącznie w sferze dźwięku, oglądający zostaje wystawiony niejako na próbę – nie wie, co się wokół niego dzieje, traci z pola widzenia miejsce, w którym się znajduje, a przy tym również poczucie kontroli i bezpieczeństwa; łatwo go zatem zaskoczyć, podejść, co też twórcy w niektórych momentach wykorzystują. Po trzecie, „Halo Kosmos!” zrealizowano z dużym rozmachem technologicznym – tworzone w czasie rzeczywistym słuchowisko (kwestie aktorskie nie są odtwarzane, nie zostały wcześniej obrobione, tylko są wypowiadane na bieżąco, w czasie pokazu) zostało bardzo dobrze i nowocześnie wyprodukowane.

W trakcie festiwalowej debaty poświęconej przyszłości scen lalkowych, padło pytanie o to, czy teatr może konkurować z innymi rozrywkami – kinem, serialami i grami komputerowi. Wprawdzie rozmówcy doszli do wniosku, w myśl którego jest to niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że teatr jest miejscem elitarnym, że wymaga nieco innych kompetencji kulturowych, jednak nie sposób nie zastanowić się nad tą kwestią bez uwzględnienia przedstawienia Szmyt. Wydaje się bowiem, że Teatrowi Animacji udało się przygotować taki spektakl, który mógłby zainteresować także tych widzów, którzy są całkowicie obojętni na produkcje sceniczne. To ciekawy, a przy tym nowy rodzaj kontaktu z odbiorcą, który opiera się na syntezie dwóch zjawisk: opowieści i technologii. W „Halo kosmos!” dochodzi do przewartościowania sposobów recepcji: rola wzroku zostaje umniejszona (jeżeli nie całkowicie zredukowana), widzowi zabrany zostaje obraz, a na pierwszy plan twórcy wysuwają zmysł słuchu. Jednak mówiąc o nowatorstwie przedstawienia i potencjalnej atrakcyjności dla „zewnętrznego” widza, mam na myśli nie tyle odwrócenie sposobów poznania, ile skuteczność i powodzenie tego pomysłu: o ile jestem w stanie wyobrazić sobie równie dobrze przygotowane słuchowisko odtwarzane w warunkach domowych lub kinowych, o tyle jestem niemal przekonany, że towarzyszące temu okoliczności nie pozwoliłyby na doświadczenie równie silnych przeżyć, co w teatrze. Dlaczego? Myślę, że wynika to ze świadomości miejsca: wchodząc na salę teatralną, widzimy aktorów; chwilę później dostajemy od nich opaski na oczy i słuchawki. Zdajemy sobie zatem sprawę z tego, że przebywają w tym samym pomieszczeniu, co my (a nie za ekranem lub w internetowej przestrzeni). Chwilę później, siedząc już z zasłoniętymi oczami i słuchając opowieści, w której dźwięk – za sprawą wykorzystania mikrofonu binauralnego – dochodzi do nas z różnych miejsc w przestrzeni (tak, jakby aktorzy stali obok nas, w łatwym do zidentyfikowania miejscu, jakby mówili nam do ucha), nie jesteśmy pewni, czy to, czego doświadczamy, wynika wyłącznie z efektów dźwiękowych, czy z fizycznej obecności postaci. Niejednokrotnie chce się wysunąć rękę, „zbadać” teren wokół siebie, sprawdzając, czy rzeczywiście obok nas ktoś stoi. Niezwykłe, prawda?

„Halo kosmos!” wydaje się w związku z tym przedstawieniem dążącym jednocześnie do całkowitej indywidualizacji i demokratyzacji przeżyć. Każdy widz, niezależnie od tego, gdzie siedzi, dostaje taką samą perspektywę i narzędzia poznawcze, a przy tym każdy z oglądających potraktowany jest z osobna – właśnie przez efekty dźwiękowe. Mając wrażenie bezpośredniej, niekiedy niemal fizycznej relacji z postaciami, nie można się od nich zdystansować, co sprawia, że uczestnictwo w zmysłowisku (tym mianem teatr określa recenzowaną prezentację) bardzo mocno angażuje: nie ma bowiem żadnych barier, czwartych ścian czy dystansu. Wszystko, co dzieje się w tym spektaklu, rozgrywa się blisko widza.




Data publikacji:
09.12.2019

Miejsce publikacji:
www.teatrdlawszystkich.eu

Recenzowany spektakl:
HALO KOSMOS!

FESTIWAL KONTEKSTY. Jak brzmią nieznane planety?
Julia Niedziejko

 

Zapewne każdy z nas zastanawiał się kiedyś choć przez chwilę, jak to jest znaleźć się w kosmosie. Kiedy myślimy o międzyplanetarnych podróżach, zwykle zastanawia nas wygląd miejsc wcześniej nieodkrytych. Jak one brzmią? Jak je czuć? Może kosmos to coś więcej niż obrazy, a słuchając go, jesteśmy w stanie dowiedzieć się o nim więcej niż tylko wyglądając przez okienko rakiety? W dźwiękową podróż zapraszają twórcy przedstawienia Halo Kosmos!. Bazując na tekście autorstwa Maliny Prześlugi, reżyserka przedstawienia Julia Szmyt, zaprasza publiczność na wyprawę w kosmos, którego nie widać, ale za to dobrze słychać.

Zmysłowisko, bo w ten sposób nazywają spektakl jego twórcy, miało swoją prapremierę podczas tegorocznej edycji Festiwalu Konteksty. Spektakl odegrano aż trzykrotnie w ciągu jednego dnia, ponieważ liczba miejsc na widowni była ograniczona. Po wejściu do Sali Witrażowej Teatru Animacji każdy odbiorca został zaopatrzony w opaski na oczy oraz słuchawki - obowiązkowy ekwipunek na pokładzie Jazgolotu, który miał zabrać zebraną publiczność na wyprawę w nieznane. Dzięki tym rekwizytom osoby niewidzące i widzące znajdowały się w tym samym punkcie odniesienia. Z założenia bowiem Halo Kosmos! stworzony został z myślą o osobach nieoperujących zmysłem wzroku. Kiedy już wszyscy na sali stali się jednym wielkim uchem, publiczność usłyszała, że poszukiwany przez Jazgolot obiekt, został odnaleziony. Okazało się, że jest nim główna bohaterka przedstawienia - Stworka.

Postać ta nie wie kim jest i bardzo chce się tego dowiedzieć. Odpowiedzi na swoje pytanie poszukuje porównując się do innych. Sprawdza na przykład czy jest nogą słonia, ale nie znajduje w niej podobieństwa. Jak słyszymy, ma "uszy większe od..." , "nogi krótsze od..." i "usta szersze od...", przez co stworzenie w wyobraźni jej obrazu pozostawione zostaje widzom, czy też raczej - słuchaczom spektaklu. Z poszukiwania własnej tożsamości zostaje wyrwana przez Jazgolota, który wciąga ją na swój pokład. Okazuje się, że maszyna ma misję sprowadzenia bohaterki na jej rodzimą planetę. Niestety, międzygwiezdna mapa została uszkodzona, dlatego nie wiadomo jak dotrzeć do celu ani ile zajmie podróż. Rozpoczyna się podróż po nieznanych przestworzach, podczas której Stworka poznaje świat. Odwiedza tajemniczą oddychającą planetę albo ratuje z opresji istoty zbolałe od nadmiernej wilgoci. Odkrywając nieznane lądy Stworka dowiaduje się jak różnorodny jest wszechświat, a żyjące w nim stworzenia zupełnie odmienne podejście do życia.

Okazuje się, że podczas wyprawy na ojczystą planetę, Stworka nie jest sama na Jazgolocie. Na statku znajduje się podróżnik na gapę - Dżdż czyli dżdżownic, a więc chłopak-dżdżownica. Stworzonko znajduje się w maszynie przez pomyłkę, ponieważ uznał stopkę Stworki za samolot. Robaczek jest niewidomy, dlatego, jak przyznaje, podobne pomyłki zdarzają mu się często. Niewidomy Dżdż jest niezwykle wyrazistą i zabawną postacią. To hipochondryk, który przez całą podróż obawia się o swoją bliską śmierć głodową. Egocentryzm robaczka nie niweluje jednak jego empatii, dlatego podczas międzygwiezdnego lotu okazuje się doskonałym przyjacielem dla swojej towarzyszki podróży. Pociesza ją gdy jest smutna i nieustannie okazuje jej swoją bezgraniczną akceptację. Podczas gdy Stworka narzeka na bycie odmienną od wszystkich, Dżdż w komiczny sposób opowiada o problemach wynikających z bycia takim samym jak wszyscy. "Pochodzi ktoś do ciebie i pyta co u Ciebie słychać, a ty nie wiesz czy to twoja babcia, dziewczyna czy zupełnie obcy facet" - mówi. Wypowiedzi robaczka są najlepiej doszlifowane językowo - co rusz w jego słowach pojawiają się nawiązania do świata dorosłych, konteksty współczesności, a czasem też gry słowne.

Zespół aktorski Teatru Animacji (Julianna Dorosz, Aleksandra Leszczyńska, Danuta Rej, Krzysztof Dutkiewicz, Artur Romański) miał niełatwe zadanie zbudowania dramaturgii przedstawienia tylko za pomocą głosów oraz rekwizytów tworzących dźwięki. Wyszło mu to bardzo dobrze, a interpretacje aktorów były ciekawie rozbudowane. Śmiało mogę powiedzieć, że wzorowo utrzymywali napięcie każdej sceny i ani na chwilę do przedstawienia nie wkradła się nuda. Sądząc po reakcjach dzieci znajdujących się na krzesłach nieopodal mnie, miały podobne zdanie, bo z wesołością reagowały na komediowe wstawki.

Trudno nie wspomnieć o muzyce, która w przedstawieniu opartym na słuchaniu grała pierwsze skrzypce. Patryk Zakrocki świetnie wywiązał się z zadania stworzenia kompozycji, która stała się trzonem fabularnych wydarzeń. Elektroniczne dźwięki zmieniały się wraz z miejscem pobytu bohaterów oraz napięciem poszczególnych scen. Każda planeta brzmiała inaczej, właśnie przez pieczołowicie wyselekcjonowany zbiór dźwięków. Co jednak szczególnie istotne, muzyka nie przyćmiła historii spektaklu, lecz zgrabnie się w nią wplotła. Choć za kompozycje odpowiada Zakrocki, konieczne należy wspomnieć też Bartka Olszewskiego, który zadbał o realizację udźwiękowienia w spektaklu. Nie mam żadnych zarzutów co do technicznego wykonania. Dźwięk był przestrzenny - postaci czasem było słychać z oddali, to znów z bliska, jakby szeptały każdemu wprost do ucha. Poszczególne wypowiedzi bohaterów dochodziły z różnych stron sceny, przez co łatwiej o wrażenie uczestnictwa w toku wydarzeń.

Dźwięk nie był jedynym zmysłem pobudzanym podczas przedstawienia. Uczestnictwo w spektaklu przypominało trochę udział w pokazie seansu kina 5D, podczas którego widzowie doświadczają bodźców cielesnych. W Halo Kosmos! fotele drżały podczas startu pojazdu kosmicznego, krople wody rosiły twarze publiczności, a wiatr je wysuszał. W opisie spektaklu zanotowano, że przedstawienie dostosowane jest dla odbiorców niewidzących lub niedowidzących. Ci drudzy mieli szansę doświadczyć też chwilowych rozbłysków, które jednak nie były stosowane często, w trosce o komfort każdego uczestnika.

Przedstawienie, którego nie widać, okazało się bardzo interesującym zjawiskiem. Mogę tylko zakładać, że w głowach publiczności eksploracja kosmosu była niezwykle ekscytującym przeżyciem, właśnie przez nieograniczone możliwości wyobraźni. Połączenia tekstu i muzyki pomagały w tym bardzo dobrze, bo skutecznie pobudzały do snucia własnych interpretacji. Cieszy mnie, że twórcy zdecydowali się zaangażować w odbiór także ciała odbiorców, pobudzając je skromnymi środkamim choć po spektaklu pojawiła się we mnie myśl, że oddziaływanie na zmysły inne niż wzrok mogłoby zostać w spektaklu jeszcze lepiej wyeksponowane. Bardzo ciekawi mnie jak wyglądałaby w mojej głowie oddychająca planeta, gdybym mogła poczuć zapach jej oddechu. Albo może silniej czułabym głód Dżdży, jeśli w powietrzu czuć byłoby wilgotną glebę. Zakładam, że twórcy rozważali obecność zapachów w przedstawieniu, ale być może uznali je za zbyt mocno narzucające jakąś interpretację. Spektakl został przez nich nazwany "zmysłowiskiem", a nie "słuchowiskiem", dlatego moja  potrzeba zaangażowania w spektakl węchu, nie wydaje się być pozbawiona sensu. A może właśnie w tym rzecz, że kosmos jest bezwonny? Skoro nie można go zobaczyć, może też nie da się go wąchać? Kto wie, może publiczność dowie się tego podczas następnej podróży międzygwiezdnej.


Data publikacji:
30.11.2019

Źródło publikacji:
kultura.poznan.pl

Recenzowany spektakl:
HALO KOSMOS!

Dźwięczna podróż
Natasza Thiem
„HALO KOSMOS!" w reżyserii Julii Szmyt to opowieść o poszukiwaniu samego siebie, ale także o sile przyjaźni. Tekst Maliny Prześlugi przywołuje na myśl „Małego Księcia" Antoinego de Saint-Exupéry, który wciąż inspiruje i działa.

„HALO KOSMOS!" to zmysłowisko – „wydarzenie, które zamiast wzroku angażuje zmysły słuchu, dotyku i zapachu" czytamy na stronie Teatru Animacji. Widzowie wchodzą na salę i zajmują miejsca. Na scenie znajduje się tylko kilka mikrofonów, tuby i głowa. Z głośników słychać przywitanie na pokładzie Jazgolotu, chwilę później pojawia się troje aktorów, każdy ma opaskę na oczy oraz słuchawki bezprzewodowe. Rozdają je widzom i tłumaczą ich użycie. Pasażerowie proszeni są o założenie ekwipunku – rozpoczyna się podróż. Słychać głos – to główna bohaterka, Stworka. Zastanawia się nad tym czym, a raczej kim jest. Dochodzi do wniosku, że nie jest nogą słonia ani też niczym, do czego próbowała się porównać wcześniej. Wie, że ma większe uszy, usta i cała jest jakaś inna – nie wie, co przypomina, nie zna swej tożsamości. Na ciele czuć nagły powiew wiatru. Bohaterka zostaje wciągnięta na pokład superinteligentnego statku kosmicznego. Jazgolot mówi, że poszukiwania Stworki trwały latami, ale w końcu udało się ją znaleźć, a teraz należy wrócić na jej planetę rodzinną. Bohaterka cieszy się – ma szansę poznać swe korzenie, zobaczyć rodziców i dowiedzieć się kim jest. Może nie będzie już taka samotna? Chwilę po starcie statku Stworka odkrywa towarzysza podróży – dżdżownica Dżdżo, czyli męskiego przedstawiciela dżdżownic, który często podkreśla swą wyjątkowość. Niewidomy od urodzenia bohater narzeka na głód, nigdzie wokół nie ma ziemi, którą mógłby się posilić. Co więcej, w skutek zniszczenia map, Jazgolot nie wie, jak dotrzeć do planety macierzystej. W związku z zaistniałą sytuacją, bohaterowie zmuszeni są zatrzymywania się i pytania o drogę. Jest to podróż pełna przygód – w końcu każda planeta to nowe doświadczenie.

O tym jak wyglądają poszczególne planety oraz bohaterowie decyduje wyobraźnia widza, a raczej pasażera lotu. Forma, w której zrealizowano spektakl jest nietypowa. Zmysłowisko korzysta przede wszystkim ze zmysłu słuchu, ale również i czucia, dotyku – wiatr, woda, wstrząsy fotela. Brakuje tu wykorzystania węchu, o którym mowa w opisie. Najważniejszy jest brak zmysłu wzroku, bo to na tym bazuje całość. I chociaż czasem pojawia się światło, które widać nawet przez opaskę, to trwa to zaledwie chwilę. Prócz tej chwili blasku, widz nie widzi nic, wytęża za to słuch i w swojej głowie tworzy obrazy. Jest to spektakl, który nie odbiera niczego, a daje nowe doświadczenia. Na stronie Teatru możemy przeczytać, że jest to realizacja przeznaczona dla dzieci, ale dorośli bawili się równie dobrze, a może i lepiej – przypomnieli sobie o niezmierzonych pokładach wyobraźni i pozwolili sobie, choć na chwilę, uciec od rzeczywistości. Każdy bohater jest inny, ma swój charakter, a ich spotkania prowadzą do wielu zabawnych sytuacji. Humor jest dla wszystkich – część żartów przeznaczona jest dla młodszej części publiczności, ale i kilka dowcipów zdaje się być wprowadzona dla starszej widowni.

Kreacje bohaterów w spektaklu tworzą: Julianna Dorosz, Aleksandra Leszczyńska, Danuta Rej, Krzysztof Dutkiewicz, Artur Romański. Gdy aktorzy odbierali słuchawki, to kilku młodszych widzów próbowało rozpoznać wśród nich Dżdżo, Stworkę i innych bohaterów.

O muzykę, która wprowadzała nastrój iście kosmicznej podróży dba Patryk Zakrocki, zaś za realizację udźwiękowienia odpowiada Bartek Olszewski. To właśnie dźwięk jest najważniejszy w tym spektaklu – zarówno głosy aktorów jak i realizacja dźwięku oraz muzyka wpływają na odbiór zmysłowiska. Różne dźwięki faktycznie tworzą kosmiczny klimat, ale rozbudzają również ciekawość – jak oni to zrobili? Pozwolono sobie nawet na zabawę przestrzenią – dźwięk słychać jakby z różnej odległości, z dwóch stron a czasem z jednej, z większym i mniejszym natężeniem... Po ściągnięciu opasek i słuchawek aż trudno było uwierzyć, że to tylko pomieszczenie z widownią i kilkoma aktorami oraz ich rekwizytami.

„HALO KOSMOS!" w reżyserii Julii Szmyt miał swoją premierę w trakcie Festiwalu Konteksty – Zjawiska i cieszy się ogromną popularnością, na którą w pełni zasługuje. Wydawać mogłoby się, że to prosta historia o podróży Stworki w kosmos napisana zręcznym piórem Maliny Prześlugi, ale to tylko rama, której obraz musi stworzyć pasażer lotu. Widz tworzy ten spektakl, wyciąga z niego własne doświadczenie, pobudza do działania wyobraźnię. Halo kosmos pozwala dorosłemu znów poczuć się dzieckiem. Na kanwie opowieści o poszukiwaniu samego siebie, swoich korzeni, ale i przyjaciela, powstaje kosmiczny seans indywidualnych interpretacji i kreatywności odbiorcy.

Jazgolot z miłą chęcią weźmie na pokład kolejnych pasażerów!

Data publikacji:
24 lutego 2020

Źródło publikacji:
Dziennik Teatralny

Recenzowany spektakl:
HALO KOSMOS!