Feeria animacji na falach imaginacji
Juliusz Tyszka, portal teatralny.pl

Portugalski poeta, pisarz, eseista Fernando Pessoa, owszem, wielkim człowiekiem pióra był i nikt mu tego nie odbierze. Nie da się zaprzeczyć, że to jeden z najwybitniejszych europejskich literatów dwudziestego wieku.

Czy jednak wszystkie z jego dwudziestu pięciu tysięcy pism są równie wartościowe? Czy taka płodność nie potrafi czasem złośliwie i znienacka przerodzić się w słowotok? Jako czytelnicy pism płodnych geniuszy natykaliśmy się już przecież nie raz na jakieś, za przeproszeniem, wypociny. Pessoa zarabiał na życie jako urzędnik portowy, odwalając swoje obowiązki przez dwa dni w tygodniu. A potem pisał, pisał, pisał… No i wyszło mu w końcu spod pióra tyle, że nie sposób tego ogarnąć. Z pewnością bywał wielki, ale czy zawsze?

Bardzo ciekawy jest w tym kontekście fakt, że portugalski geniusz podpisał tylko jedno ze swych dzieł własnym nazwiskiem, a wszystkie inne (czyli przygniatającą większość) opatrywał wymyślonymi przez siebie imionami i nazwiskami – raz całkiem fantastycznymi, a innym razem zupełnie pospolitymi. Czyżby przeczuwał, że nie wszystko, co wyszło spod jego pióra, jest tak świetne, jak by tego chciał? A może nawet po prostu to wiedział?

Z drugiej strony to uwolnienie się od własnej tożsamości mogło mu pomóc w częściowym (bo przecież nie całkowitym) pozbyciu się swych ograniczeń. Literaturoznawcy twierdzą na przykład, że gdy Pessoa wcielał się pisarsko w niejakiego Álvaro de Camposa, dawał upust emocjom tak gwałtownym, o jakie nikt by go nie podejrzewał. Jego wiersze stawały się wówczas „wybuchowe”, chaotyczne, będąc niejako emanacją jego stanu ducha w wersji nie do końca literacko obrobionej. Pessoa raz nawet sam osobiście wcielił się w postać de Camposa na spotkaniu autorskim, zachowując się ponoć agresywnie i opryskliwie, czyli zgodnie z nakreślonym przez siebie zarysem osobowości jednego ze swych licznych literackich wcieleń (nazywał je bardzo oryginalnie i trafnie „heteronimami”).

Wracając do kwestii płodności Pessoi, a także przechodząc do recenzencko-teatralnych obowiązków – nie chcę tu burzyć pomników, ale fragmenty marynistycznej poezji Álvaro de Camposa, które usłyszałem na scenie poznańskiego Teatru Animacji, nie spowodowały u mnie „wstrząsu estetycznego”. Wydały mi się, noszącą znamiona elegancji, a nawet wytworności, konfekcją literacką. W teatrze dramatycznym lub amatorskim końcowym rezultatem ich wyrecytowania byłby całkiem udatny, choć nudnawy efekt w postaci „nastrojowego wieczoru poetyckiego” – i tyle. No, ale (tu przejdźmy do meritum) podkreślić, a nawet wręcz od razu krzyczeć należy, iż owo wyrecytowanie miało miejsce w teatrze animacji, a scenicznymi wykonawcami byli aktorzy-lalkarze. Tacy to nawet ze zgrzebnego płaszcza potrafią uczynić jakąś żywą, wężowatą istotę, która wyrywa się z ludzkich ramion na wolność, a z nagich, odartych z kory gałęzi istne wcielenie poetyckich marzeń o wszechpięknie wszechświata. W akompaniamencie ich animatorskich działań w tym niezwykłym, poetyckim teatrze przedmiotu marynistyczne strofy Pessoi-de Camposa uzyskały „ponadkonfekcyjny”, wzniosły wymiar, wzywając nas, widzów, do odważnego zmierzenia się z bezkresem oceanów, a przede wszystkim do bezwarunkowego zanurzenia się w kusząco wzburzone fale własnej uwolnionej od stereotypów wyobraźni.

Zaczęło się to wszystko od krótkiej informacji o tym, kim był Pessoa (wyprzedzając nieco wypadki dodajmy, że nieco później aktorzy i aktorki, wcielający się w znudzonych urzędników lizbońskiego portu, skrupulatnie wymienili kilkadziesiąt „heteronimów”, jakimi podpisywał on płody swej literackiej inwencji). Ten narratorski wstęp został po prostu wypowiedziany z frontu sceny bez żadnych animacyjnych akompaniamentów. Był niestety konieczny, by widzowie po prostu ciut precyzyjniej pojęli, o co tu zaraz będzie chodziło, gdy ich wyobraźnia zostanie bezpardonowo zaatakowana poezją oraz feerią zadziwiających pomysłów rodem z dorosło-dziecięcych zabaw eksplorujących granice ludzkiej fantazji.

Potem na scenę został wciągnięty długi wózek wyładowany starannie ułożonym stosem książek. Za tym „murem”, barykadą, a może po prostu za jakimś dziwnym, wymyślnym biurkiem usiadło sześcioro ludzi odzianych w coś jakby więzienne, znoszone płaszcze i czapki, oddając się wytężonej, śmiertelnie nudnej pracy portowych biuralistów. Ich monotonne wyliczanie, co gdzie jest ładowane i jaki jest port przeznaczenia danego ładunku, z pewnością wiernie oddawało cotygodniową, dwudniową biurokratyczną rutynę, jakiej podlegał w swym codziennym życiu Pessoa. Tyle że tutaj wzmianki o dalekich trasach frachtowców pobudziły szóstkę śmiertelnie znudzonych urzędniczek i urzędników do gwałtownego, kilkudziesięciominutowego wybuchu animacyjnej kreatywności. Zgrzebne płaszcze zostały zrzucone na podłogę i okazało się, że pod nimi aktorzy i aktorki mieli… nie! – nie były to wcale jakieś kolorowe, feeryczno-poetyczne ciuszki, tylko granatowe robocze kombinezony. W ten sposób stali się oni dla nas „robotnikami wyobraźni”, a ich neutralny strój nie przeszkadzał nam w kontemplowaniu przedziwnych, niecodziennych, pełnych plastycznej urody wydarzeń, jakie za ich sprawą rozgrywały się na scenie.

Książka, kilkanaście długopisów i kawałek plasteliny pozwoliły, na przykład, jednemu z nich (Markowi Cyrisowi) na zbudowanie całkiem udatnego modelu statku, który za sprawą kolejnych animatorek i animatorów przepłynął wkrótce cały „bezmiar” długiego „blatu biurka”, czyli wierzchu stosu książek. A potem rozpętało się „animacyjne rozpasanie”, z nagimi gałęziami, połaciami płóciennych „żagli” zamalowywanych nurzanymi w farbach dłońmi w różne „piękniste” wzorki i odpowiednio podświetlanych, no i ze wspomnianym tu już „tańczącym płaszczem”, z którym ruszał raźno w tan Marcin Ryl-Krystianowski, walcząc z jego pędem ku dzikiej swobodzie. Piętrzące się, wszechpanujące na scenie książki można było dość łatwo skojarzyć z oceanicznym żywiołem, o którym cały czas poetycko napomykali aktorzy, a zadumane, nostalgiczne wokalizy Julianny Dorosz – ze śpiewem syren zaludniających morską toń i wabiących nieostrożnych wilków morskich ku przepastnej głębinie.

Głównym sprawcą tej animacyjnej uczty jest sprowadzona do Poznania za sprawą nieocenionych wysiłków menedżersko-dyplomatycznych dyrektora Marka Waszkiela kolejna artystyczna znakomitość – kataloński malarz i wszechstronny twórca teatralny Joan Baixas. W latach 1967-1988 prowadził w swej rodzinnej Barcelonie autorski Teatre de la Claca, a przedtem, potem i w międzyczasie współpracował z tyloma znakomitymi artystami w tylu renomowanych miejscach (głównie galeriach sztuki współczesnej), że samo pomyślenie o nich paraliżuje i onieśmiela. W codziennej pracy okazał się, jak wyznali w rozmowie z Wielkopolską Telewizją Kablową aktorzy Marta Berthold i Marcin Ryl-Krystianowski, człowiekiem „cudownie szalonym”, emanującym dobrocią i zaskakującym swych współpracowników spolegliwością, zachętami do współtworzenia oraz różnymi stymulującymi ich wyobraźnię sympatycznymi niespodziankami. Taki ktoś z pewnością mógł sprostać postawionemu sobie karkołomnemu zadaniu, by – jak sam się wyraził w wywiadzie dla WTK – „pokazać poezję”. I dalibóg – pokazał!

Na koniec pozwolę sobie na krótkie podsumowanie: oto jak z bicza trzasł przeminęły trzy sezony dyrektorowania Marka Waszkiela w poznańskim Teatrze Animacji. Dowiodły one ponad wszelką miarę, że słuszną intuicję miał z górą trzy lata temu ówczesny wiceprezydent Poznania Dariusz Jaworski, uruchamiając wielką moc perswazji, by skłonić Waszkiela do objęcia schedy po odchodzącym na emeryturę, znakomitym, wielce zasłużonym Januszu Ryl-Krystianowskim. Nowy dyrektor „ruszył z posad bryłę” poznańskiego teatru (i tak już nieźle rozpędzoną przez poprzednika), nadając jej działaniom nowy, nieznany dotąd wymiar, podobnie jak uczynił kilka lat wcześniej w Białymstoku. Sam będąc nie reżyserem, lecz teatrologiem, historykiem lalkarstwa, a zarazem niezwykle aktywnym działaczem Międzynarodowej Unii Teatru Lalek, uruchomił swoje międzynarodowe kontakty, umożliwiając swemu zespołowi pracę z największymi znakomitościami światowego teatru animacji. Repertuar, jaki ten zespół zdołał wypracować w czasie trzech lat frenetycznej, szalonej wręcz momentami aktywności, można teraz eksploatować przez wiele sezonów, wykorzystując ten bezcenny, podarowany Poznaniowi przez Waszkiela kapitał.

Chciałoby się w ślad za Jackiem Lechem zaśpiewać odchodzącemu dyrektorowi „Nie mówię żegnaj, lecz do widzenia, możesz jak dawniej przychodzić tu”, lecz nie jest to typ poezji, jakim chciałoby się uraczyć Marka Waszkiela – intelektualistę, aktywistę i znakomitego menedżera. Wystarczą zatem proste, żołnierskie „dzięki” i „do zobaczenia”.

Data publikacji:
7.06.2017

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
DIABLO!

Feeria animacji na falach imaginacji
Juliusz Tyszka, portal teatralny.pl

Portugalski poeta, pisarz, eseista Fernando Pessoa, owszem, wielkim człowiekiem pióra był i nikt mu tego nie odbierze. Nie da się zaprzeczyć, że to jeden z najwybitniejszych europejskich literatów dwudziestego wieku.

Czy jednak wszystkie z jego dwudziestu pięciu tysięcy pism są równie wartościowe? Czy taka płodność nie potrafi czasem złośliwie i znienacka przerodzić się w słowotok? Jako czytelnicy pism płodnych geniuszy natykaliśmy się już przecież nie raz na jakieś, za przeproszeniem, wypociny. Pessoa zarabiał na życie jako urzędnik portowy, odwalając swoje obowiązki przez dwa dni w tygodniu. A potem pisał, pisał, pisał… No i wyszło mu w końcu spod pióra tyle, że nie sposób tego ogarnąć. Z pewnością bywał wielki, ale czy zawsze?

Bardzo ciekawy jest w tym kontekście fakt, że portugalski geniusz podpisał tylko jedno ze swych dzieł własnym nazwiskiem, a wszystkie inne (czyli przygniatającą większość) opatrywał wymyślonymi przez siebie imionami i nazwiskami – raz całkiem fantastycznymi, a innym razem zupełnie pospolitymi. Czyżby przeczuwał, że nie wszystko, co wyszło spod jego pióra, jest tak świetne, jak by tego chciał? A może nawet po prostu to wiedział?

Z drugiej strony to uwolnienie się od własnej tożsamości mogło mu pomóc w częściowym (bo przecież nie całkowitym) pozbyciu się swych ograniczeń. Literaturoznawcy twierdzą na przykład, że gdy Pessoa wcielał się pisarsko w niejakiego Álvaro de Camposa, dawał upust emocjom tak gwałtownym, o jakie nikt by go nie podejrzewał. Jego wiersze stawały się wówczas „wybuchowe”, chaotyczne, będąc niejako emanacją jego stanu ducha w wersji nie do końca literacko obrobionej. Pessoa raz nawet sam osobiście wcielił się w postać de Camposa na spotkaniu autorskim, zachowując się ponoć agresywnie i opryskliwie, czyli zgodnie z nakreślonym przez siebie zarysem osobowości jednego ze swych licznych literackich wcieleń (nazywał je bardzo oryginalnie i trafnie „heteronimami”).

Wracając do kwestii płodności Pessoi, a także przechodząc do recenzencko-teatralnych obowiązków – nie chcę tu burzyć pomników, ale fragmenty marynistycznej poezji Álvaro de Camposa, które usłyszałem na scenie poznańskiego Teatru Animacji, nie spowodowały u mnie „wstrząsu estetycznego”. Wydały mi się, noszącą znamiona elegancji, a nawet wytworności, konfekcją literacką. W teatrze dramatycznym lub amatorskim końcowym rezultatem ich wyrecytowania byłby całkiem udatny, choć nudnawy efekt w postaci „nastrojowego wieczoru poetyckiego” – i tyle. No, ale (tu przejdźmy do meritum) podkreślić, a nawet wręcz od razu krzyczeć należy, iż owo wyrecytowanie miało miejsce w teatrze animacji, a scenicznymi wykonawcami byli aktorzy-lalkarze. Tacy to nawet ze zgrzebnego płaszcza potrafią uczynić jakąś żywą, wężowatą istotę, która wyrywa się z ludzkich ramion na wolność, a z nagich, odartych z kory gałęzi istne wcielenie poetyckich marzeń o wszechpięknie wszechświata. W akompaniamencie ich animatorskich działań w tym niezwykłym, poetyckim teatrze przedmiotu marynistyczne strofy Pessoi-de Camposa uzyskały „ponadkonfekcyjny”, wzniosły wymiar, wzywając nas, widzów, do odważnego zmierzenia się z bezkresem oceanów, a przede wszystkim do bezwarunkowego zanurzenia się w kusząco wzburzone fale własnej uwolnionej od stereotypów wyobraźni.

Zaczęło się to wszystko od krótkiej informacji o tym, kim był Pessoa (wyprzedzając nieco wypadki dodajmy, że nieco później aktorzy i aktorki, wcielający się w znudzonych urzędników lizbońskiego portu, skrupulatnie wymienili kilkadziesiąt „heteronimów”, jakimi podpisywał on płody swej literackiej inwencji). Ten narratorski wstęp został po prostu wypowiedziany z frontu sceny bez żadnych animacyjnych akompaniamentów. Był niestety konieczny, by widzowie po prostu ciut precyzyjniej pojęli, o co tu zaraz będzie chodziło, gdy ich wyobraźnia zostanie bezpardonowo zaatakowana poezją oraz feerią zadziwiających pomysłów rodem z dorosło-dziecięcych zabaw eksplorujących granice ludzkiej fantazji.

Potem na scenę został wciągnięty długi wózek wyładowany starannie ułożonym stosem książek. Za tym „murem”, barykadą, a może po prostu za jakimś dziwnym, wymyślnym biurkiem usiadło sześcioro ludzi odzianych w coś jakby więzienne, znoszone płaszcze i czapki, oddając się wytężonej, śmiertelnie nudnej pracy portowych biuralistów. Ich monotonne wyliczanie, co gdzie jest ładowane i jaki jest port przeznaczenia danego ładunku, z pewnością wiernie oddawało cotygodniową, dwudniową biurokratyczną rutynę, jakiej podlegał w swym codziennym życiu Pessoa. Tyle że tutaj wzmianki o dalekich trasach frachtowców pobudziły szóstkę śmiertelnie znudzonych urzędniczek i urzędników do gwałtownego, kilkudziesięciominutowego wybuchu animacyjnej kreatywności. Zgrzebne płaszcze zostały zrzucone na podłogę i okazało się, że pod nimi aktorzy i aktorki mieli… nie! – nie były to wcale jakieś kolorowe, feeryczno-poetyczne ciuszki, tylko granatowe robocze kombinezony. W ten sposób stali się oni dla nas „robotnikami wyobraźni”, a ich neutralny strój nie przeszkadzał nam w kontemplowaniu przedziwnych, niecodziennych, pełnych plastycznej urody wydarzeń, jakie za ich sprawą rozgrywały się na scenie.

Książka, kilkanaście długopisów i kawałek plasteliny pozwoliły, na przykład, jednemu z nich (Markowi Cyrisowi) na zbudowanie całkiem udatnego modelu statku, który za sprawą kolejnych animatorek i animatorów przepłynął wkrótce cały „bezmiar” długiego „blatu biurka”, czyli wierzchu stosu książek. A potem rozpętało się „animacyjne rozpasanie”, z nagimi gałęziami, połaciami płóciennych „żagli” zamalowywanych nurzanymi w farbach dłońmi w różne „piękniste” wzorki i odpowiednio podświetlanych, no i ze wspomnianym tu już „tańczącym płaszczem”, z którym ruszał raźno w tan Marcin Ryl-Krystianowski, walcząc z jego pędem ku dzikiej swobodzie. Piętrzące się, wszechpanujące na scenie książki można było dość łatwo skojarzyć z oceanicznym żywiołem, o którym cały czas poetycko napomykali aktorzy, a zadumane, nostalgiczne wokalizy Julianny Dorosz – ze śpiewem syren zaludniających morską toń i wabiących nieostrożnych wilków morskich ku przepastnej głębinie.

Głównym sprawcą tej animacyjnej uczty jest sprowadzona do Poznania za sprawą nieocenionych wysiłków menedżersko-dyplomatycznych dyrektora Marka Waszkiela kolejna artystyczna znakomitość – kataloński malarz i wszechstronny twórca teatralny Joan Baixas. W latach 1967-1988 prowadził w swej rodzinnej Barcelonie autorski Teatre de la Claca, a przedtem, potem i w międzyczasie współpracował z tyloma znakomitymi artystami w tylu renomowanych miejscach (głównie galeriach sztuki współczesnej), że samo pomyślenie o nich paraliżuje i onieśmiela. W codziennej pracy okazał się, jak wyznali w rozmowie z Wielkopolską Telewizją Kablową aktorzy Marta Berthold i Marcin Ryl-Krystianowski, człowiekiem „cudownie szalonym”, emanującym dobrocią i zaskakującym swych współpracowników spolegliwością, zachętami do współtworzenia oraz różnymi stymulującymi ich wyobraźnię sympatycznymi niespodziankami. Taki ktoś z pewnością mógł sprostać postawionemu sobie karkołomnemu zadaniu, by – jak sam się wyraził w wywiadzie dla WTK – „pokazać poezję”. I dalibóg – pokazał!

Na koniec pozwolę sobie na krótkie podsumowanie: oto jak z bicza trzasł przeminęły trzy sezony dyrektorowania Marka Waszkiela w poznańskim Teatrze Animacji. Dowiodły one ponad wszelką miarę, że słuszną intuicję miał z górą trzy lata temu ówczesny wiceprezydent Poznania Dariusz Jaworski, uruchamiając wielką moc perswazji, by skłonić Waszkiela do objęcia schedy po odchodzącym na emeryturę, znakomitym, wielce zasłużonym Januszu Ryl-Krystianowskim. Nowy dyrektor „ruszył z posad bryłę” poznańskiego teatru (i tak już nieźle rozpędzoną przez poprzednika), nadając jej działaniom nowy, nieznany dotąd wymiar, podobnie jak uczynił kilka lat wcześniej w Białymstoku. Sam będąc nie reżyserem, lecz teatrologiem, historykiem lalkarstwa, a zarazem niezwykle aktywnym działaczem Międzynarodowej Unii Teatru Lalek, uruchomił swoje międzynarodowe kontakty, umożliwiając swemu zespołowi pracę z największymi znakomitościami światowego teatru animacji. Repertuar, jaki ten zespół zdołał wypracować w czasie trzech lat frenetycznej, szalonej wręcz momentami aktywności, można teraz eksploatować przez wiele sezonów, wykorzystując ten bezcenny, podarowany Poznaniowi przez Waszkiela kapitał.

Chciałoby się w ślad za Jackiem Lechem zaśpiewać odchodzącemu dyrektorowi „Nie mówię żegnaj, lecz do widzenia, możesz jak dawniej przychodzić tu”, lecz nie jest to typ poezji, jakim chciałoby się uraczyć Marka Waszkiela – intelektualistę, aktywistę i znakomitego menedżera. Wystarczą zatem proste, żołnierskie „dzięki” i „do zobaczenia”.

Data publikacji:
7.06.2017

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
DIABLO!

Na fali
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl

Portugalczyk napisał ponad 25 tysięcy tekstów i wymyślił kilkadziesiąt heteronimów (autorów, których nazwiskami podpisywał utwory). Hiszpan realizuje spektakle na pograniczu performansu i teatru plastycznego, posługując się wypracowaną przez lata metodą twórczą. Zespół Teatru Animacji chwycił reżyserski, scenograficzny, muzyczny zamysł Baixasa, niczym wiatr w żagle, i popłynął na fali poezji Pessoi. Perfekcyjne i zdumiewające formą dzieło stanowi hołd złożony poecie oraz obraz wdzięczności okazanej reżyserowi za poprowadzenie grupy.

Syreny wabią marynarzy

W rytm litanii układającej się z heteronimów na scenie powstaje mur z książek, oddzielający widzów od animatorów. Zza barykady publiczność spogląda na tłumacza (granego jednocześnie przez sześciu aktorów), bo taką pracę Pessoa wykonywał dwa razy w tygodniu. Znudzony poeta zdejmuje urzędniczy prochowiec, odsłania roboczy kombinezon i rozdziela się na wymyślonych przez siebie literatów. Każdy z nich odrębną osobowość komunikuje przekazując te same treści podobnymi, ale jednak różniącymi się gestami. W ten sposób widzowie wprowadzeni zostają w świat Alvaro de Compas i jego eposu "Oda maritima".

Sterty książek zaczynają pełnić rolę falochronu, stwarzającego publiczności komfort spokojnego obserwowania chwilami mrocznej opowieści. Syreny wabią marynarzy. Wybitnie zdolna Julianna Dorosz tak skutecznie uwodzi głosem widzów, że nie sposób uciec myślami ze scenicznego świata. Statki kołyszą się na wzburzonym morzu. Piraci, wesoło podśpiewując, opróżniają zapasy rumu. Zrelaksowani turyści tańczą na pokładach w świetle zachodzącego słońca. Śruby napędowe statków obracają się monotonnie. Od rana w portach praca wre przy załadunku towarów na nowoczesne frachtowce. Przemyka samotny, smutny, zlękniony człowiek.

Tęsknota za bryzą

Kalejdoskop poetyckich zdarzeń artyści układają z: kartek papieru, stronnic książek, które na oczach widzów przekształcają w efemeryczne postaci i formy, z gestów, czasem wzbogacanych o grę korzeniami, dźwięków tworzonych aparatem głosowym na żywo, momentami bardziej znaczących niż słowa. Doskonale zgrany zespół animatorów, oświetleniowców, akustyków i plastyków zastępuje aktorów wcielających się w konkretne postaci. Harmonia żywiołów na scenie jest odzwierciedleniem ich harmonijnej współpracy. Dzięki nim trudno oderwać wzrok od skrzącej się we wszystkich odcieniach błękitu w blasku słońca morskiej toni, mimo że na scenie fizycznie nie pojawia się ani jedna kropla wody. Za ich sprawą zaskakują nagle wznoszące się żagle, na których artyści na żywo tworzą malarskie obrazy wspaniale komponujące się z pokrywającą je w kolejnej sekwencji projekcją. Oni są winni zmianie postrzegania zwykłego prochowca i doszukiwania się w nim oznak życia.

Termin premiery też ma niebagatelny wpływ na odbiór sztuki. Sezon teatralny powoli dobiega końca, ustępuje miejsca letnim eskapadom. Tęsknota za morską bryzą sięga zenitu, więc jeszcze wzmaga intensywność odczuwania scenicznych wrażeń. Kończąc spektakl artyści sygnalizują metaforę życia, pozostawiają myśl, która będzie powracała podczas spojrzeń na fale uderzające o brzeg.

Data publikacji:
28.05.2017

Źródło publikacji:
http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news/relacje-recenzje-opinie,c,9/na-fali,106296.html

Recenzowany spektakl:
DIABLO!