Izabela Szymańska
Conchita sprzed dwustu lat
Zmarła w 1860 roku, pochowana dopiero w 2013. Kobieta – dziwo, kobieta – małpa, atrakcja pokazów i wystaw osobliwości. Dlaczego tak długo zwlekano z pogrzebem Julii Pastrany? Pewnie z tego samego powodu, z jakiego tak chętnie przyglądano się jej za życia.
    Tuż po urodzeniu okazało się, że całe ciało Julii pokryte jest włosami, jak u zwierzęcia. Matka ją porzuciła, znalezione dziecko oddano do sierocińca w Culiacan. Była atrakcją domu meksykańskiego gubernatora, po kilku latach przyciągała widzów w Stanach Zjednoczonych, aż w końcu trafiła, a właściwie została zakupiona do trupy Theodore’a Lenta.
    Na scenie poznańskiego Teatru Animacji Pastrana (Julianna Dorosz) w pierwszych scenach stoi nieruchomo, jak wypchana kukła, jak figurka na pozytywce. Dopiero po chwili ożywa: wykonuje kilka kanciastych ruchów, śpiewa o sobie pieśń. W spektaklu, który Maria Żynel wyreżyserowała na podstawie sztuki Maliny Prześlugi, bohaterkę obejrzymy w kilku planach. Będą sceny z jej biografii, przygotowania do pogrzebu w naszych czasach a także komentarz pozaczasowy: dialogi Pastrany i postaci nazwanej Pudlem (Marcel Górnicki) niejako z zaświatów.
    Dziewiętnastowieczna Pastrana śpiewa. Kontrast między jej zwierzęcym wyglądem i anielskim głosem robi może największe wrażenie w cyrkowym widowisku dziwadeł, w którym występuje. Jej główną konkurentką w zespole freak show jest kobieta z trzema piersiami, Rosa Trzy Cycki (Sylwia Koronczewska-Cyris). Zgorzkniała czeka na księcia, który ją wyrwie z cyrku, marzy o ucieczce do ludzi. Z Julią rywalizuje przede wszystkim o serce Theodore’a (Artur Romański), szefa trupy, który nie tylko zarabia na osobliwościach, ale też się w nich i z nimi kocha. Julia w jasnej sukience, w gorsecie, z kolczykami, kobiecą, drobną figurą, stara się być przykładną, troskliwą żoną. Bezgranicznie naiwna uznaje swoją sytuację za raj. Świata zewnętrznego się boi. I nie rozumie Rosy, gdy ta na pytanie, czemu prowokuje ludzi, odpowiada: „żeby im nie było za wygodnie”.
    Równocześnie patrzymy na Julię Pastranę oczami ludzi z 2013 roku przygotowujący ją do pochówku. Jest badanie zwłok (konieczne: przez lata zastanawiano się, czy na pewno była człowiekiem), jest pośmiertny makijaż. Kobieta wzbudza politowanie, wszyscy robią sobie z nią selfie. Czy wzbudziłaby także nienawiść? W XIX wieku występowała, czy może lepszym określeniem byłoby: była pokazywana w Warszawie. Gdy wspomnieć niedawne reakcje na występ Conchity Wurst w konkursie Eurowizji, można przypuszczać, że dziś przed jej namiotem stanąłby kibolski protest i krucjata z egzorcystą.
    Ale teatr nie stawia problemu na ostrzu noża, choćby tak, jak w serialu „Carnivale”, toczącym się na dzikiej prowincji, gdzie ludzkie dziwadła budziły strach, niepokój. W ich niezrozumiałych figurach widziano magię, siły nieczyste. W poznańskiej „Pastranie” owszem mówi się, że Julia została poczęta z niedźwiedziem bądź szatanem. Ale nie budzi to agresji. Zaczepne teksty kierowane wprost do publiczności przez krążącego wśród widzów Theodore’a z wypchaną twarzą Julii nie robią wrażenia, a prowokująca swą cielesnością Rosa budzi konsternację tylko nastolatków. Możliwą współczesną ostrość niweluje też plastyczna strona spektaklu. Zgaszone barwy, typ lalek, rekwizytów, doklejanych bród sprawia wrażenie, jakby wszystko zostało wyciągnięte z zakurzonych magazynów.
    Jednak przy całym braku wyrazistości poznańska „Pastrana” to warta obejrzenia propozycja. Przy dzisiejszych rozszalałych podziałach społecznych, problemie z akceptacją inności, agresji wobec osób o jedynie ciemniejszym kolorze skóry, niezwykle ważny jest przekaz, że inność jest stałą cechą świata, czymś co było i będzie zawsze. I nie ona, tylko sposób reakcji na nią jest testem człowieczeństwa.

Autorka jest członkiem Komisji Artystycznej 22. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuk Współczesnej

Źródło publikacji:
http://www.sztukawspolczesna.org/

Recenzowany spektakl:
PASTRANA

Izabela Szymańska
Conchita sprzed dwustu lat
Zmarła w 1860 roku, pochowana dopiero w 2013. Kobieta – dziwo, kobieta – małpa, atrakcja pokazów i wystaw osobliwości. Dlaczego tak długo zwlekano z pogrzebem Julii Pastrany? Pewnie z tego samego powodu, z jakiego tak chętnie przyglądano się jej za życia.
    Tuż po urodzeniu okazało się, że całe ciało Julii pokryte jest włosami, jak u zwierzęcia. Matka ją porzuciła, znalezione dziecko oddano do sierocińca w Culiacan. Była atrakcją domu meksykańskiego gubernatora, po kilku latach przyciągała widzów w Stanach Zjednoczonych, aż w końcu trafiła, a właściwie została zakupiona do trupy Theodore’a Lenta.
    Na scenie poznańskiego Teatru Animacji Pastrana (Julianna Dorosz) w pierwszych scenach stoi nieruchomo, jak wypchana kukła, jak figurka na pozytywce. Dopiero po chwili ożywa: wykonuje kilka kanciastych ruchów, śpiewa o sobie pieśń. W spektaklu, który Maria Żynel wyreżyserowała na podstawie sztuki Maliny Prześlugi, bohaterkę obejrzymy w kilku planach. Będą sceny z jej biografii, przygotowania do pogrzebu w naszych czasach a także komentarz pozaczasowy: dialogi Pastrany i postaci nazwanej Pudlem (Marcel Górnicki) niejako z zaświatów.
    Dziewiętnastowieczna Pastrana śpiewa. Kontrast między jej zwierzęcym wyglądem i anielskim głosem robi może największe wrażenie w cyrkowym widowisku dziwadeł, w którym występuje. Jej główną konkurentką w zespole freak show jest kobieta z trzema piersiami, Rosa Trzy Cycki (Sylwia Koronczewska-Cyris). Zgorzkniała czeka na księcia, który ją wyrwie z cyrku, marzy o ucieczce do ludzi. Z Julią rywalizuje przede wszystkim o serce Theodore’a (Artur Romański), szefa trupy, który nie tylko zarabia na osobliwościach, ale też się w nich i z nimi kocha. Julia w jasnej sukience, w gorsecie, z kolczykami, kobiecą, drobną figurą, stara się być przykładną, troskliwą żoną. Bezgranicznie naiwna uznaje swoją sytuację za raj. Świata zewnętrznego się boi. I nie rozumie Rosy, gdy ta na pytanie, czemu prowokuje ludzi, odpowiada: „żeby im nie było za wygodnie”.
    Równocześnie patrzymy na Julię Pastranę oczami ludzi z 2013 roku przygotowujący ją do pochówku. Jest badanie zwłok (konieczne: przez lata zastanawiano się, czy na pewno była człowiekiem), jest pośmiertny makijaż. Kobieta wzbudza politowanie, wszyscy robią sobie z nią selfie. Czy wzbudziłaby także nienawiść? W XIX wieku występowała, czy może lepszym określeniem byłoby: była pokazywana w Warszawie. Gdy wspomnieć niedawne reakcje na występ Conchity Wurst w konkursie Eurowizji, można przypuszczać, że dziś przed jej namiotem stanąłby kibolski protest i krucjata z egzorcystą.
    Ale teatr nie stawia problemu na ostrzu noża, choćby tak, jak w serialu „Carnivale”, toczącym się na dzikiej prowincji, gdzie ludzkie dziwadła budziły strach, niepokój. W ich niezrozumiałych figurach widziano magię, siły nieczyste. W poznańskiej „Pastranie” owszem mówi się, że Julia została poczęta z niedźwiedziem bądź szatanem. Ale nie budzi to agresji. Zaczepne teksty kierowane wprost do publiczności przez krążącego wśród widzów Theodore’a z wypchaną twarzą Julii nie robią wrażenia, a prowokująca swą cielesnością Rosa budzi konsternację tylko nastolatków. Możliwą współczesną ostrość niweluje też plastyczna strona spektaklu. Zgaszone barwy, typ lalek, rekwizytów, doklejanych bród sprawia wrażenie, jakby wszystko zostało wyciągnięte z zakurzonych magazynów.
    Jednak przy całym braku wyrazistości poznańska „Pastrana” to warta obejrzenia propozycja. Przy dzisiejszych rozszalałych podziałach społecznych, problemie z akceptacją inności, agresji wobec osób o jedynie ciemniejszym kolorze skóry, niezwykle ważny jest przekaz, że inność jest stałą cechą świata, czymś co było i będzie zawsze. I nie ona, tylko sposób reakcji na nią jest testem człowieczeństwa.

Autorka jest członkiem Komisji Artystycznej 22. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuk Współczesnej

Źródło publikacji:
http://www.sztukawspolczesna.org/

Recenzowany spektakl:
PASTRANA

Żeby nam nie było za wygodnie
Anna Solak, kulturapoznan.pl

"Najbrzydsza kobieta świata", "człowiek małpa", "dziwadło", "zwierzę". To tylko niektóre z epitetów, jakie Julia Pastrana słyszała wielokrotnie. O jej ogromnej woli życia i naszym okrucieństwie opowiada najnowszy spektakl Teatru Animacji.

Celowo piszę o "naszym" okrucieństwie, mimo że od czasów, w których żyła Pastrana, dzieli nas prawie 200 lat. Że co proszę? Że nas to nie dotyczy? Nie mamy z tą sprawą nic wspólnego? Sama przepaść dziejowa to marne wytłumaczenie. Założę się, że gdyby przyszło nam znaleźć się w namiocie osobliwości Teodora Lenta, z ciekawości aż wyciągalibyśmy szyje. Najlepszym dowodem niedawna reakcja całego świata na fenomen Conchity Wurst, ale i inne, mniej spektakularne odmienności, jak chociażby niepełnosprawność, karłowatość, choroby skóry i inne powody, dla których rozszerzają się nasze źrenice, a głos zniża do szeptu. Ale od początku...

Hiperodmienność

To niewiarygodne, ile musiała znieść ta wyjątkowa kobieta. Oczytana, elokwentna, obdarzona anielskim głosem i znająca kilka języków. Kiedy Pastrana rodziła się w 1834 roku, o  hipertrichozie nikt jeszcze nie słyszał. Zarabiała na życie występując jako sceniczne kuriozum, przez większość życia podróżując po świecie w roli eksponatu. Jej los polepszył się nieco, kiedy poznała Teodora Lenta - impresario, który, owszem, zarabiał na jej odmienności, ale także postanowił się z nią ożenić. Julia zaszła w ciążę. Jej dziecko zmarło wkrótce po narodzinach, zmarła również Pastrana. Zanim Lent do końca postradał zmysły, woził wypchane mumie dziecka i żony i w szklanych gablotach pokazywał ciekawskiej publiczności (jedna z makabrycznych piosenek w spektaklu opowiada o tym, jak należy poprawnie preparować ludzkie ciało).

Choć trudno w to uwierzyć, pogrzeb Julii miał miejsce dopiero 153 lata po jej śmierci, dokładnie 12 lutego 2013 roku. Napisano o niej dziesiątki prac naukowych, kilka dzieł literackich i jeden poemat. Spektakl Teatru Animacji jest kolejnym, który inspiruje się jej niezwykłą biografią. I to inspiruje w sposób niejednoznaczny, bo jest tu miejsce i na smutek, i na śmiech. Zwłaszcza, że Julia w oczach Maliny Prześlugi (autorki sztuki, na podstawie której powstał) to postać tyleż dramatyczna co pogodna, potrafiąca cieszyć się życiem, w którym rzadko przytrafiają się powody do radości. Żyjąca niejako wbrew i na przekór. - Po co w ogóle pokazujesz się ludziom? - w spektaklu pada kluczowe pytanie. - Żeby im nie było za wygodnie - odpowiada Julia.

Karierowicz i Rosa Trzy Cycki

Julianna Dorosz jako Pastrana, Artur Romański jako Teodor Lent i Marcin Chomicki w roli Klauna to zdecydowani faworyci tego przedstawienia, mimo że każde z nich zupełnie inaczej kreuje swoją postać. Klaun nie wypowiada w spektaklu ani słowa, ale swoją milczącą obecnością i drobnymi sztuczkami maluje jego magiczne tło. Teodor Lent to klasyczny przykład karierowicza, który, jeśli idzie o pieniądze, nie posiada żadnych hamulców i moralnych zasad. Romański gra tę postać charakternie, bardzo mimicznie, momentami aż nazbyt teatralnie (w przeciwieństwie do równolegle kreowanej przez niego postaci lekarza, którego najbardziej charakterystyczną cechą są stukające, drewniane chodaki!). To jednak w pełni zamierzony zabieg, który tylko uwydatnia śmieszność i małość jego bohatera. Na osobną uwagę zasługuje też Sylwia Koronczewska-Cyris, która potrafiła nieco groteskową i przerysowaną postać Rosy Trzy Cycki obdarzyć godną podziwu siłą i charyzmą. Sama Julia grana jest natomiast z dużą lekkością i wdziękiem, może tylko momentami nieco zbyt naiwnie. Tym bardziej zaskakuje ostatnia scena, która wprawia widza w konsternację i zakłopotanie. Ale na jej temat nie pisnę już ani słowa. Jedno jest pewne - faktycznie nie jest za wygodnie.

Freak show w pigułce

Wizualnie sztuka to majstersztyk. Kostiumy, scenografia, charakteryzacja i dekoracje wciąż na nowo przykuwają uwagę, nie pozwalając nawet na moment odwrócić wzroku od sceny. Tym bardziej, że niekiedy zacierają się jej granice i Teodor Lent przechadza się na przykład wśród widzów z głową Pastrany w walizce.

Są tu i ruchome lalki z katalogu, który można by zatytułować "freak show" i gablota z truchłem Pastrany. Dynamiczna muzyka i piękna wizualizacja opowiadająca o dzieciństwie Julii. Bywa, że feeria barw i dodatków zamienia się w kakofonię, ale czyż właśnie nie na przesadzie zbudowana jest cała idea cyrku i jego pochodnych? Całość pomyślana w ten sposób, że zmieniające się tła przeplatają na zmianę wątki z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Julii, dając szerokie spojrzenie na jej losy.

Marii Żynel, udało się w tej, zdawałoby się, ogranej i wyeksploatowanej już historii, znaleźć coś jeszcze. Coś, co sprawia, że odkrywamy ją na nowo, a odkrywając - wstydzimy się. Siebie, własnej ciekawości i uprzedzeń oraz tego, że gdyby Lent przyjechał z Julią do naszego miasta, pewnie też poszlibyśmy na ten pokaz. Podobnie jak poszliśmy na spektakl. Czy aby na pewno z właściwych pobudek?

Miejsce publikacji:
Żeby nam nie było za wygodnie - kulturapoznan.pl

Data publikacji:
9.06.2015

Recenzowany spektakl:
PASTRANA

Fe! Brrr! Won! Coś takiego?!
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Wyobraź sobie, Czytelniczko bądź Czytelniku, że budzisz się pewnego poranka i odkrywasz z przerażeniem, że na Twojej twarzy pojawiły się jakieś dziwne, wielkie, czerwone krosty. Czujesz się normalnie, jesteś w pełni władz cielesnych i umysłowych, ale boisz się spojrzeć w lustro. A tu trzeba wyjść – do szkoły, do pracy, po zakupy…

Ludzie natychmiast wychwytują Twoją dzisiejszą nienormalność – jedni przyglądają Ci się z obrzydzeniem, drudzy z ciekawością, inni dyskretnie omijają Cię wzrokiem (oczywiście dopiero wtedy, jak już zauważą), niektórzy wolą się na wszelki wypadek odsunąć na bezpieczny dystans. Jakaś starsza pani pyta z troską, na co chorujesz i czy masz to od urodzenia, bo jej córka złapała to w 1976. (Ale co?! Co to jest?!)

A przecież „w środku” jesteś najzupełniej sobą – taką/takim jak wczoraj. Niestety, nie dla nich, dla wszystkich innych – oni nie widzą Cię „od środka”, ale z zewnątrz. I właśnie to przede wszystkim się dla nich liczy (a może tylko i wyłącznie to?). Jesteś „w stanie wykluczenia”, jesteś odmieńcem, jesteś Innym. Zapisujesz się do lekarza domowego na wizytę, w poczekalni ludzie siadają jak najdalej od ciebie…

Meksykanka Julia Pastrana (1834-1860) była malutka (138 cm), drobna i… obficie owłosiona na całym ciele, z wyjątkiem dłoni i spodów stóp. Miała szerokie bary, wąską talię i małpią twarz ozdobioną pokaźną brodą. Plusy? Oto pewien brytyjski ekspert od ryb i dziwolągów potwierdził swym autorytetem, że „jej figura była nadzwyczaj dobra, pełna gracji, jej drobne stopy świetne, a pęciny wręcz perfekcyjne”.

Od trzeciego do dwudziestego roku życia była domowniczką i atrakcją dla gości jednego z meksykańskich gubernatorów stanowych i tam otrzymała normalne domowe wykształcenie. Była bystra – opanowała trzy języki obce, była też uzdolniona artystycznie – ludowe meksykańskie piosenki śpiewała podobno „jak anioł”.

Ostatnie sześć lat życia spędziła w podróżach, będąc najpierw atrakcją obwoźnych wystaw osobliwości w USA, potem europejskich cyrków i salonów (pokazywano ją m.in. w warszawskim cyrku Ślęzaka w 1858 roku). Czemu się na to zgodziła? A czy miała jakąś alternatywę? Ludzie-„ciekawostki przyrodnicze” mogli przetrwać jedynie w domu gubernatora, a gdy zachciało się im, jak Julii, podróżować, nie mieli wyboru – musieli zarabiać na przetrwanie jako element jarmarcznego lub salonowego dziwowiska. Pastrana miała jeszcze o tyle szczęście, że z wędrownego amerykańskiego bestiarium wykupił ją zapalony miłośnik podobnych anomalii, Theodore Lent, który wywiózł ją do Europy, gdzie się z nią ożenił, chcąc zapewne odpędzić w ten sposób innych impresariów (oferty menedżersko-matrymonialne sypały się jak z rękawa). Czy był zupełnie normalny? Chyba nie, bo pod koniec życia zwariował, będąc zresztą wówczas od ładnych paru lat mężem kolejnej nadmiernie owłosionej kobiety. Od śmierci Julii (1860, w Moskwie, kilka dni po ciężkim porodzie i zgonie synka, podobnego do niej) Lent zarabiał na życie, obwożąc po świecie mumie żony i dziecka, spreparowane przez rosyjskiego profesora medycyny.

Jaka była Julia „w środku”, kiedy nie patrzyła w lustro? Najzupełniej ludzka i wedle ówczesnych pojęć – całkiem normalna. Świetnie np. gotowała i szydełkowała, sprawnie prowadziła dom. Ale z domu trzeba było czasem wyjść. Najchętniej zasłaniała wtedy twarz woalką. Nie mogła tego jednak zrobić w trakcie pokazów – przecież wtedy chodziło właśnie o to, żeby zademonstrowała swą nienormalność. Musiała odsłonić twarz. Jak się wtedy czuła? Jak czuła się, „śpiewając jak anioł” i konwersując w czterech językach z obcymi ludźmi, którzy przyszli popatrzeć na „córkę Indianki i orangutana” (albo niedźwiedzia), istotę z pogranicza świata ludzkiego i zwierzęcego, dziwną odnogę ewolucji (oczywiście pod warunkiem, że byli zwolennikami tej wstrząsającej, heretyckiej teorii). Warto tu dodać, że istotną wzmiankę poświęcił Julii sam Darwin w książce Zmienność zwierząt i roślin w stanie kultury (1868).

Dopiero wiele lat później kolejne pokolenia lekarzy-naukowców odkryły, że nadmierne owłosienie niektórych kobiet na całym ciele to całkiem ludzka anomalia zwana hirsutyzmem. (Może być spowodowana genetycznie, może też być wynikiem hormonalnych przemian w okresie ciąży lub dopingowego manipulowania równowagą hormonalną u kobiet uprawiających sport). Niezdrowa sensacja, która wybuchła po występie austriackiej piosenkarki Conchity Wurst na ubiegłorocznym Konkursie Eurowizji, świadczy o tym, że kobiety z brodą nadal są w stanie wywoływać potężne emocje, nawet w oświeconej, zasadniczo podobno poprawnej politycznie zjednoczonej Europie drugiego dziesięciolecia XXI wieku.

Julia stała się bohaterką wielu dzieł literackich, także w Polsce, m.in. Olga Tokarczuk poświęciła jej (a precyzyjniej: analizie stanów ducha jej męża) wstrząsające opowiadanie Najbrzydsza kobieta świata. Dramat Miss Julia Pastrana napisała Joanna Gierigk, otrzymując za niego nagrodę na poznańskich „Metaforach rzeczywistości” w 2010 roku. A teraz mamy drugi dramat poświęcony słynnej „kobiecie-orangutanowi”, napisany przez Malinę Prześlugę i wystawiony w poznańskim Teatrze Animacji, w którym autorka pełni funkcję kierowniczki literackiej i nadwornej dramaturżki.

Zaczęło się od tego, że dyrektor Teatru Animacji Marek Waszkiel zaproponował wystawienie „czegoś” na swojej scenie Marii Żynel z Teatru Malabar Hotel – absolwentce aktorstwa i reżyserii w białostockiej filii warszawskiej Akademii Teatralnej (specjalizacja: teatr lalek). Żynel chętnie na to przystała, proponując Malinie Prześludze przyjrzenie się kolejom losu „najbrzydszej kobiety świata”. Temat zafrapował dramaturżkę i w ten sposób w szybkim dość czasie powstała sztuka Pastrana. Premierę jej inscenizacji zrealizowanej przez Marię Żynel poznańscy widzowie obejrzeli 5 czerwca 2015 roku.

W kameralnej Sali Witrażowej, na scenie, która jest mniej więcej od połowy swej głębokości zasłonięta prowizoryczną kurtynką, oglądamy najpierw ustawione pieczołowicie na półkach eksponaty gabinetu osobliwości. Część z nich umieszczona jest w słojach z formaliną. Są tu głowa i szyja z odstającymi bezpośrednio z tej ostatniej dłońmi, są jakieś inne dłonie, odcięte, zanurzone w formalinie, jest jeszcze dużo innych straszno-dziwności, jest na co popatrzeć. (Potem, gdy biała, wypreparowana szyjo-głowa z dłońmi zacznie krążyć po scenie, będziemy mogli dostrzec krwawy ślad idący od kącika jej oka ku ustom. Czy ta maszkara uroniła kiedyś, przed śmiercią, krwawą łzę?).

Takich znaczących, bardzo dyskretnie podanych nam sygnałów jest w tym spektaklu mnóstwo. Jego inscenizacyjne, scenograficzne, charakteryzacyjne i kostiumowe rozbuchanie dowodnie świadczy o tym, że trafiliśmy dziś do teatru formy, a jego poetyka sprzyja wystawianiu tekstów o ludziach i wydarzeniach, których istnienie kłóci się z naszym zdroworozsądkowym obrazem świata.

Wkrótce przyjdzie czas na zaprezentowanie głównej bohaterki, która zaistnieje na scenie w dwóch wcieleniach – jako mumia z przewoźnej gabloty i jako pełna życia kobieta z brodą (gra ją Julianna Dorosz). Prześluga i Żynel pokazują domowe, spokojne życie Pastrany u boku męża-impresaria (Artur Romański), który dysponuje w swym bestiarium kilkoma jeszcze nadzwyczajnymi atrakcjami. Oprócz tego, co stoi na półkach i z czym się już dość dokładnie, choć z daleka zapoznaliśmy, jest jeszcze całkiem żywa, żwawa, ba – wręcz wypełniona niespożytą energią Rosa Trzy Cycki (Sylwia Koronczewska-Cyris). Rosa ma sceniczne entrée godne gwiazdy – najpierw mamy ostry taniec z erotycznymi wygibasami, a potem punkt kulminacyjny – odsłonięcie trzech cycków, które potem obnosi bez żenady przez dalszy ciąg spektaklu, prowokując nimi od czasu do czasu co poniektórych mężczyzn z widowni.

I tak się toczy (żwawo i sprawnie) to widowisko z cyrku osobliwości – kurtynka od czasu do czasu się odsłania, potem zasłania i znowu odsłania, a przed nią i (od czasu do czasu) za nią pełza, człapie, podskakuje zbiór pokracznym monstrów lub stworzeń niby-normalnych, które okazują się jednak odmieńcami, jak choćby gadający Pudel – rezoner i główny partner kilku prowadzonych przez Julię istotnych konwersacji (Marcel Górnicki). Mumia Pastrany wjeżdża na scenę, po czym z niej zjeżdża, jest przesuwana, ustawiana w różnych miejscach, małpia głowa głównej bohaterki jest zdejmowana z tułowia i przenoszona – np. Lent bez żenady wnosi ją pod pachą na widownię. Oj, dzieje się na tej małej scence, dzieje! Trzeba mocno napiąć uwagę i wytrzeszczać oczy, by nie uronić kolejnej nowej ciekawostki, kolejnej wizualnej atrakcji, kolejnego monstrum z rozbuchanego scenograficznego arsenału Ewy Woźniak.

A Pastrana-Dorosz? Usiłuje żyć i występować „jakby normalnie”, jakby jej wieczorne życie w roli jarmarcznej atrakcji-zwierzoczłekoupiora oraz dzienne bytowanie w roli przykładnej żony i pani domu dały się scalić, połączyć, jakoś tam ułożyć, przyklepać; jakby można było zapomnieć, choćby na krótki czas, o „specyficzności” jej istnienia na tym świecie.

Pierwszy cios spada na nią, gdy dowiaduje się o zdradzie męża – obiektem jego awansów stała się Rosa Trzy Cycki. (On twierdzi, że to nic ważnego, ale przecież to boli.) Kolejnym powodem do popadnięcia w depresyjny nastrój jest reakcja męża na wieść o jej ciąży. Wtedy w trakcie kłótni Lent rzuca jej w owłosioną twarz prostą, chamską inwektywę, sugerując, że jest jednak zwierzęciem. A potem mamy już powolne osuwanie się w niebyt.

Śmierć Julii jest zresztą przywołana już w jednej z pierwszych scen – Pastrana-Julianna Dorosz przerywa domową krzątaninę, pląsy i rozmowy z Pudlem, kładąc się sztywno na szpitalnym płaskim łóżku-wózku sekcyjnym. Jest teraz martwą, zabalsamowaną mumią swej bohaterki, którą zajmuje się dwoje lekarzy, przygotowując doczesne szczątki Julii do pogrzebu. (Po wielu zmianach właścicieli, po całym mnóstwie perypetii mumie Pastrany i jej synka zostały umieszczone w budynku patologii Szpitala Narodowego w Oslo, skąd je wykupiono, organizując koniec końców ich pogrzeb w Meksyku. Kiedy to się stało? W roku 2013!). Lekarka (Elżbieta Węgrzyn), bezsensownie miota się, wzywa nadaremno Boga i wszystkich świętych, lamentując przy tym i wydziwiając nad losem biednej dziewczyny. Natomiast lekarz zachowuje kamienną twarz i taki sam spokój, stukając tylko od czasu do czasu drewnianymi chodakami. Romański kontrapunktuje tutaj swą sceniczną obecność w roli Lenta – naturalistycznie wręcz przerysowaną, dynamiczną, żywą, pełną udawanej jowialności i serdeczności, za którymi kryje się zimna kalkulacja i brak wyższych uczuć. Przerysowanie wcale tutaj nie razi, jest doskonale uzasadnione wyrazistą formą całego widowiska.

Warto jeszcze wspomnieć o nieustannej, niemej krzątaninie smutnego Klauna (Marcin Chomicki), która kompozycyjnie dopełnia ten spektakl, przydając mu ponadczasowego, groteskowo-teatralnego, tragicznego wymiaru. Smutni klaunowie nigdy nie byli na scenie zwiastunami pozytywnych przemian, teraz też tak właśnie jest.

Historia Pastrany jest bardzo trudna do opisania i zsyntetyzowania w spójnej fabularnie, realistycznej formie dramatycznej. Być może lepszy byłby tu czysto teatralny, całkiem afabularny collage, trafiający do wrażliwości widza jako „montaż przeraźliwych atrakcji” na czele z Julią, jej szkicowo przedstawionym losem i wewnętrznym światem, które sprowadzone byłyby do swej absolutnej esencji mocą scenicznej metafory? Właśnie coś w tym stylu usiłowała zaaranżować na scenie Teatru Animacji Maria Żynel, ale w uzyskaniu odpowiedniej wyrazistości oraz emocjonalnego napięcia u widzów przeszkadzały jej realistyczne, dialogowane fragmenty dramatu Maliny Prześlugi, opowiadające o życiowych i pośmiertnych perypetiach ducha i ciała Pastrany. Nawet jeśli wezmę pod uwagę brak ścisłej chronologii wydarzeń oraz „brechtowską” funkcję drapieżnych songów, które przerywały akcję, uważam, że to jeszcze za mało – realistyczna esencja „scen z życia” Julii, Lenta oraz ich otoczenia wciąż kłóci się z niesamowitym, odrażająco-przyciągającym ciągiem scen z gabinetu okropności.

Wyszedł z tego w sumie ciekawy eksperyment, który być może warto jeszcze rozgrzebać i dopracować dla uzyskania bardziej wstrząsających efektów. Ale opisanego tu szkicowo dysonansu między dramaturgiczną narracją a inscenizacyjnym rozbuchaniem formy raczej już się nie da zniwelować, niestety.

Dramat Prześlugi oraz przeznaczony zdecydowanie dla starszej młodzieży i dorosłych spektakl Żynel pokazują, że w Teatrze Animacji nadal konsekwentnie realizuje się nowy, ciekawy program artystyczny, który już daje efekty w postaci świetnych lub bardzo interesujących przedstawień i którego dalsza realizacja na pewno zainteresuje poznańskich widzów – i tych najmłodszych, i tych starszych, pragnących obcować z oryginalnym, intrygującym teatrem formy.

Lekarz otwiera drzwi i spogląda na Ciebie z odrazą… Budzisz się, krzycząc: „Nie!”. Potem chwila ulgi – to tylko sen. Nie wiem, czy oglądałaś/oglądałeś Pastranę w Teatrze Animacji, lecz Twoja podświadomość na pewno właściwie przepracowała temat inności. Możesz teraz wyjść na ulicę miasta Poznania i nachalnie się nie przyglądać, nie dziwić, nie krzywić, nie pomstować, że też los musiał Cię zetknąć z „czymś takim”.

Miejsce publikacji:
teatralny.pl

Data publikacji:
26.06.2015

Recenzowany spektakl:
PASTRANA

Stoję tu dla Was, wypchana
Natalia Dyjas, didaskalia

Spektakl Pastrana wyreżyserowany przez Marię Żynel w poznańskim Teatrze Animacji to archaiczne widowisko. Scena na ponad godzinę zmienia się w teatr osobliwości sprzed półtora wieku. W programie wieczoru obwoźnego cyrku wystąpi artystka reklamowana jako kobieta z brodą, człowiek-małpa, odmieniec. To poprzez historię jej życia właśnie odbiorca będzie mógł przekonać się, że każdy, kto odstaje od społeczeństwa, prędzej czy później zostanie zepchnięty na jego margines. Czasem jednak okazuje się to nie tyle karą, ile wyzwoleniem. 

 

Gwiazdą tego monstruarium jest tytułowa Julia Pastrana, traktowana przez jego cyrkowych widzów jak zwierzę. Tłum (obecny jedynie w relacjach postaci), przychodzi obejrzeć Pastranę z czystej ciekawości. Bezkarny z powodu swej anonimowości, nazywa dziewczynę „kuriozum” i „dziwadłem”, całkowicie ją w ten sposób odczłowieczając. To właśnie owa relacja pomiędzy nieobecną fizycznie gromadą a przeraźliwie samotną Pastraną jest w spektaklu najważniejsza. I to ona stanie się punktem wyjścia do budowania fabuły całego przedstawienia. 

 

Julia Pastrana jest postacią historyczną. Przyszła na świat w 1834 roku w Meksyku. Z powodu nadmiernego owłosienia całego ciała od najmłodszych lat pokazywano ją jako atrakcję i fenomen w wielu krajach XIX-wiecznej Europy. Kobieta, pomimo choroby i odrzucenia nawet przez własną rodzinę, starała się wieść w miarę normalne życie – zdobyła wykształcenie, wyszła za mąż za swego antreprenera, urodziła dziecko. Niewielu ludzi traktowało ją jednak jak człowieka, dostrzegało jej inteligencję i niezwykłe uzdolnienia. Dla większości była jedynie budzącym ciekawość wybrykiem natury. 

 

W spektaklu Marii Żynel poznajemy Pastranę (bardzo precyzyjnie skonstruowana rola Julianny Dorosz, ucharakteryzowanej na kobietę z brodą) na dwóch przenikających się wzajemnie płaszczyznach czasowych. We współczesności jest wypchanym eksponatem, przygotowywanym do pochówku po stu pięćdziesięciu latach spędzonych w szklanej gablocie. W XIX wieku święci triumfy na scenach teatrów. Dwie epoki nieustannie przeplatają się ze sobą, a ów intrygujący pomysł na konstruowanie akcji uzmysławia, jak dalece odbiór tego, co inne i nieznane, ewoluował na przestrzeni lat. W XIX wieku Julia traktowana jest przez anonimowy tłum z niezdrową ciekawością i cichą pogardą, we współczesności jej ciało wywołuje w przygotowujących ją do pochówku patologach jedynie litość i współczucie. W rozmaitych przeskokach czasowych towarzyszy Pastranie pudel (w tej roli Marcel Górnicki, ucharakteryzowany na postać psa jednocześnie animuje lalkę zwierzęcia, przytroczoną do jego ciała) – jedyny, do końca wierny, przyjaciel dziewczyny. Paradoksalnie, to właśnie zwierzę jako jedna z nielicznych istot traktuje Julię z szacunkiem i empatią. Niczym natarczywy głos sumienia, zachęca ją do samodzielności i samostanowienia; do uniezależnienia się od męża-antreprenera (Artur Romański), który – by móc czerpać zyski z występów Pastrany – gotów jest udawać miłość, a nawet poślubić kobietę z brodą; pies zachęca ją do szukania samej siebie pośród fali krytyki i niechęci otoczenia.

 

Prostoduszna, naiwna dziewczyna nie dostrzega – lub, dla komfortu psychicznego, nie chce dostrzegać – okrucieństwa oglądającej ją publiczności. Wraz z innymi „żywymi eksponatami” monstruarium każdego wieczoru pokazuje widowni (zarówno ówczesnej, jak i tej zgromadzonej w poznańskim teatrze) swą zniekształconą twarz, wierząc, że przyczyną sukcesu jest jej fenomenalny głos. Dopiero dosadne słowa jednego z „kuriozum” – Rosy Trzy Cycki (Sylwia Koronczewska-Cyris) – uświadamiają Pastranie prawdziwe intencje tłumu. To staje się zalążkiem buntu dziewczyny. Ostatecznie, Pastrana próbuje, poprzez autoironię i dystans, wyzwolić się ze społeczeństwa, do którego tak bardzo chciała należeć. Wskakując na cyrkowe podium, udaje wyczekiwaną przez wszystkich małpę. Wreszcie jest tym, kogo chciał widzieć w niej tłum. Paradoksalnie, w tym zezwierzęceniu Julia Pastrana staje się najbardziej ludzka. 

 

Julianna Dorosz jako Julia Pastrana pokazuje w wyrafinowany i subtelny sposób dramat człowieka o anormatywnym ciele. Naiwność i empatia kreowanej przez nią postaci powoduje, że od pierwszych chwil spektaklu widz podświadomie kibicuje jej walce z okrutnym społeczeństwem. Bohaterka spektaklu zupełnie nie pasuje do cyrkowej rzeczywistości, bezmyślnego świata obwoźnego teatru. Ciekawą postać zbudował również Marcin Chomicki jako niemy klaun. Chociaż klaun nie wypowiada przez cały spektakl ani jednego słowa, to swą milczącą obecnością inicjuje zmiany dekoracji czy odgrywa, przy pomocy lalek, historię życia Julii sprzed jej kariery cyrkowej. Jego postać, poprzez nieme reżyserowanie wydarzeń i kierowanie nieświadomymi bohaterami niczym marionetkami, sugeruje, iż mamy do czynienia z motywem teatru w teatrze.
Ta rama uruchamia osobliwą grę z widzem. Poznańska publiczność, oglądająca tańczącą i śpiewającą Julię przyjmuje rolę XIX-wiecznego wiecznego tłumu. My, obserwatorzy tego teatru w teatrze, stajemy się widownią i współuczestnikami ówczesnych wydarzeń. Wydaje się, że zarówno tamtą, jak i współczesną widownią kieruje fascynacja innością. Pod tym względem, jak sugerują twórcy, niewiele różnimy się od ludzi, którzy śmiali się z Julii sto pięćdziesiąt lat temu. 

 

Niezaprzeczalnymi atutami Pastrany, wyróżniającymi się na tle całego spektaklu, są efektowne kostiumy i scenografia. Na scenie poznańskiego teatru króluje estetyka nadmiaru. W imitowanej przestrzeni XIX-wiecznego teatru osobliwości pojawia się mnóstwo budzących grozę i fascynację preparatów zanurzonych w formalinie. Sceneria zmienia się wielokrotnie – akcja toczy się w bogato zdobionym pokoju, na scenie obwoźnego teatru lub w ascetycznym prosektorium. W tej pierwszej przestrzeni Pastrana ukrywa się przed światem, odsłania przed pudlem swoje delikatne i pełne empatii wnętrze. W prosektorium, z konieczności, ale również z pewną dozą ironii i dystansu do własnego – tragicznego przecież – losu, odgrywa rolę eksponatu. Pozwala się malować i przebierać wierząc, że to przybliży ją do wymarzonego pogrzebu, do ostatecznego odzyskania własnego, wystawianego na widok publiczny, ciała. Wyostrzeniu owych obecnych w Pastranie kontrastów służą także silnie zróżnicowane kostiumy – w epoce wiktoriańskiej postaci noszą piękne suknie, frymuśne fraki czy egzotyczne, kolonialne kostiumy cyrkowe; gdy akcja przenosi się do współczesności, aktorzy wkładają na siebie białe szpitalne kitle. Bogactwo wszystkich środków scenicznych fascynuje i przykuwa uwagę. Jest kolorowo, czasem tandetnie czy zbyt hałaśliwie. Za pomocą tych zabiegów twórcy sugestywnie oddają atmosferę cyrku. 

 

Nadmierne nagromadzenie scen, liczne zmiany skomplikowanej, wielowymiarowej dekoracji i kostiumów (aktorzy grają w przedstawieniu po kilka ról jednocześnie) powoduje jednak, iż po jakimś czasie widowisko zaczyna nużyć. Kolejne epizody nie wnoszą nic nowego do rozdmuchanej fabuły, a czas, potrzebny na modyfikację, wypełniany jest przez nijak mające się do konwencji spektaklu, współczesne piosenki, śpiewane przez Pastranę (zgrzyta tu wybór utworów Marka Grechuty w kontekście XIX-wiecznej Europy). Ten przesyt formy nad słabo sproblematyzowaną treścią wywołuje w końcu przesyt. Na tym tle bunt Pastrany, będący punktem kulminacyjnym spektaklu, wypada blado, niknie, przestaje być wiarygodny.
Ostatecznie więc fascynująca i atrakcyjna wizualnie estetyczna strona spektaklu przesłania jego istotną wymowę i problematykę. I tak oto, z historii o niezwykłym człowieku, która mogła posłużyć do głębokiej i wielowymiarowej analizy społeczeństwa oraz do obserwacji jego zachowań w konfrontacji z Innym, powstał jedynie kolorowy, pełen barw, pięknych strojów i dekoracji… wodewil. I, tak jak po obejrzeniu wodewilu, dłużej nuci się chwytliwe i pięknie wykonane melodie, niż pamięta, o czym dokładnie był sam spektakl.

Data publikacji: 
20.01.2016

Źródło publikacji:
http://www.didaskalia.pl/warsztaty5_dyjas1.htm

Recenzowany spektakl:
PASTRANA

Pocałunek kobiety z brodą
Daina Kolbuszewska, kulturaupodstaw.pl

Z powodu swojego niezwykle bujnego owłosienia stała się jednym z cyrkowych dziwów XIX-wiecznej Ameryki, a potem Europy. Inteligentna, lubiąca śpiew i taniec, wyszła za mąż za Teodora Lenta, który zarabiał na publicznych pokazach z jej udziałem. Historia Julii Pastrany nie traci na aktualności i ważności. W Teatrze Animacji oglądamy "Pastranę" autorstwa Maliny Prześlugi.

Urodzona w 1834 roku w Meksyku, Julia Pastrana stała się, z powodu swojego niezwykle bujnego owłosienia, jednym z cyrkowych dziwów XIX-wiecznej Ameryki, a potem Europy. Inteligentna, lubiąca śpiew i taniec, wyszła za mąż za Teodora Lenta, który zarabiał na publicznych pokazach z jej udziałem. Lent opisywał ją jako dziecko kobiety i małpy. W 1860 r. urodziła syna, także mocno owłosionego, który zmarł wkrótce po porodzie. Ona sama zmarła w wyniku powikłań poporodowych (w 1860 w Moskwie). Teodor kazał wypchać jej ciało i kontynuował tournée. Potem wypchane ciało Pastrany wystawiane było w różnych gabinetach osobliwości. Pochowano Pastranę dopiero w 2013 roku w Meksyku.

Tekst Maliny Prześlugi znakomicie pokazuje nieuchronną przemianę głównych bohaterów. Pastrana (dobra rola Julianny Dorosz) dostrzega jak wielką iluzją było jej normalne i dobre życie z Teodorem. Traci nadzieję - znakomita scena, gdy w cyrku, zamiast jak zwykle prezentować się jako kobieta z brodą, która mimo swojej brzydoty, umie tańczyć i śpiewać, odgrywa małpę. Teodor (bardzo przekonujący Artur Romański) zrzuca maskę dobrotliwego męża, podtrzymującego zręcznie iluzje Pastrany i otwarcie pokazuje twarz bezdusznego i cynicznego egoisty. Pudel (doskonały Marcek Górnicki) - pozbawiony złudzeń komentator - wtóruje tym przemianom. Autorce udało się też pokazać niejednoznaczność uczuć, jakie budzi kobieta z brodą - od obrzydzenia, chorobliwej fascynacji, nienawiści, drwiny, po pełną wyższości litość.

Prócz aktorów w "Pastranie" pojawiają się na scenie lalki. Lalka-Teodor jest mocnym symbolem zależności Teodora od społeczności - publiczności. "Słowo normalny () wpędza ludzi w zależność od wspólnoty" - pisze Hertha Mueller w znakomitym eseju "Tykanie normy"*. Teodor, proponując swoje spektakle pełne "wynaturzeń" natury, nienormalności, pozwala społeczności na przeżycie wspólnoty. I pozwala jej bezkarnie nakarmić się i upoić "zimną litością". To społeczność utrzymuje Teodora przy życiu: "We wszystkich tonacjach, w żartach i na poważnie "normalny" pozostaje słowem kontroli". A Pastrana bierze "() na siebie całe nieczyste sumienie tej anormalnej normalności". Społeczność - publiczność zamiast rozpoznać siebie w Pastranie, widzi tylko "wielką różnicę" (wszystkie cytaty z eseju Mueller).

Lalka-pies zdaje się symbolizować przywiązanie Pastrany do Teodora, które czyni jej życie pozbawione wolności, możliwości wyboru, oparte na służeniu, znośniejszym we własnych oczach. Choć nadal pozostaje ona własnością Teodora, staje się to jej wyborem, daje pozór uczucia, normalności.

Trzy lata temu, przed wejściem na wystawę francuskiego malarza Théodore´a Géricault we Frankfurcie nad Menem, ustawiono dwa XVIII-wieczne posągi osób chorych psychicznie, czyli "nienormalnych": melancholika (jak określano osoby ze skłonnością do depresji) i "szaleńca". Na wprost wejścia zawieszono portret francuskiego generała z czasów napoleońskich, osoby o wysokim społecznym statucie, w którego oczach, przywykłych do oglądania największych okrucieństw i cierpienia, czaiła się zimna pustka i szaleństwo. Nikt nie nazwałby go nigdy osobą nienormalną, nikt by się na to nie odważył. Co innego taki melancholik... W ten prosty sposób autorzy wystawy na wejściu prowokowali pytanie: Co jest normą? Kto jest normalny? Kto ustanawia normy? Czy norma świadczy o nas? O naszej zdolności odczuwania, empatii, wrażliwości? O naszej chęci ukrycia, wyparcia, zatuszowania?

Pastranie i wykorzystywanej przez Teodora kobiecie, o trzech piersiach, odmówiono odniesienia do normy, wykluczono je, wymieniając etykietkę "nienormalne" na "potwory". Coś poza normą. Coś strasznego. Nie mającego z nic wspólnego z widzami cyrku Teodora. Dobrze być kimś, prowadzącym mieszczańskie życie, wolne od potworności. Bo przecież w momencie, gdy Teodor nazywa Pastranę potworem, życie społeczności staje się nieskazitelne, czyste. To Pastranie "oddane" zostaje wszystko, co w człowieku mroczne, inne. Co nie zostanie dopuszczone do świadomości w przebłysku intuicji, która podpowiada, że wtedy czyste życie runie. Pastrana jest potrzebna, Teodor także.

W jednej z ostatnich scen spektaklu wszystkie "potwory" cyrku Teodora i on sam wchodzą do paszczy Shreka, którego wielka głowa stoi na scenie. Twórcy filmu "Shrek" obłaskawili temat inności, normalności, "potworów". Bo przecież wszyscy (lub prawie wszyscy) kochają Shreka, uznają jego prawo do miłości i życia takiego, o jakim marzy. Nie ma zatem o czym dyskutować, "potwory", "nienormalni" zniknęli w paszczy Shreka. Za jednym zamachem pozbyto się wszystkich niewygodnych pytań. Chociaż, w natłoku silnych wrażeń - pulsujących świateł, ogłuszającej muzyki, kompulsywnego ruchu w finale spektaklu - nie ma na nie miejsca, czasu, wystarczającego namysłu.

Daina Kolbuszewska, Kultura u Podstaw

Data publikacji: 05 marca 2016
Link do źródła: http://www.kulturaupodstaw.pl/opinie/989/pocalunek-kobiety-z-broda-

Recenzowany spektakl:
PASTRANA