Mieszanka wybuchowa
Monika Nawrocka-Leśnik, kulturapoznan.pl

Na chwilę przed premierą "Planety Einsteina" Poznań wraz z resztą Polski objęty został żółtą strefą. W związku z tym widownia mogła zająć tylko ułamek przeznaczonych dla niej miejsc. Wciąż przyzwyczajona do pełnej sali, czułam się jak na innej planecie. Obce - bo zamaskowane, wydawały się znajome twarze (może bardziej oczy), a na scenie, obok aktorów z Teatru Animacji, pojawili się ich koledzy z kieleckiego Teatru Lalki i Aktor Kubuś (spektakl powstał w koprodukcji). Jak dla mnie - za dużo nowości i zmian. Ale na szczęście szybko pomógł mi je zaakceptować ośmioletni Jaś.

Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy

Bohater "Planety Einsteina" jest osobliwy i myślę, że to nie podlega dyskusji. Sam tak zresztą twierdzi, bo rzadko który chłopiec w jego wieku interesuje się fizyką. Dlatego też mówią na niego Einstein. Jego rodzice nie chodzą do "zwykłej pracy", tylko do laboratorium. Są naukowcami i uwielbiają wybuchy. Jasiek też je lubił, jednak perspektywa przeprowadzki na inną planetę - gdy jego tata odkrył tam życie, zmartwiła go na tyle, by nauka przestała go bawić. Jaś bał się nowej szkoły i nowych znajomości. Ponadto wiedział, że nie będzie mógł zabrać ze sobą swojego ukochanego kota Newtona.

Czy poradził sobie w nowym miejscu? A jakże! Bo strach ma duże oczy... podobnie jak jego idol, słynny białowłosy fizyk, który w dzieciństwie również miał problem, żeby porozumieć się z rówieśnikami. Albert Einstein, który podobno przez całe swoje życie zachował bojaźń i intuicję dziecka, nie przestał też dziwić się cudom natury. Okazał się wybornym przyjacielem chłopca i - uwaga - trenerem piłki nożnej! Bo piłka jest przecież jak planety - Merkury, Wenus, Ziemia... Widzialny horyzont z kolei to ogromna czarna dziura, w której wszystko przepada. Ale tuż za nią jest już bramka. Wystarczy postępować według trzech zasad: skoncentrować się na celu, myśleć wolniej (jakkolwiek to brzmi) oraz nie przejmować złą oceną, bo... no właśnie. Bo każdą porażkę (jak i strach) można przekuć w sukces.

Jaś, choć początki oczywiście nie były łatwe, chciał wrócić do domu, jednak zaprzyjaźnił się z nowymi kolegami. Jeden z nich miał dzięki niemu szansę poprawić stopnie z astronomii. A mały Einstein z kolei (z drobną pomocą tego dużego) zaczął kopać w piłkę i strzelać gole. Geniusz Einsteinów (w końcu było ich dwóch) polegał na wypracowaniu własnego języka - w tym przypadku była to astronomia i matematyka, które pozwoliły na odnalezienie się w nowym, dzielonym z innymi, świecie. Bo "wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy", jak twierdził sam twórca teorii względności.

Einstein celebryta

Obu tych cech jednak nie zabrakło twórcom "Planety Einsteina", która okazała się mieszanką wybuchową. I to dosłownie! Lekcją pełną światła, dźwięków i obrazów. Być może tych ostatnich, było tak dużo, bo sam Albert Einstein deklarował, że najpierw w jego głowie pojawia się obraz, a dopiero potem słowo. Katarzyna Proniewska-Mazurek, autorka scenografii, wykreowała "lalki" na miarę XXI wieku. Zawiodą się widzowie, którzy tęsknią za tymi, które łatwo sklasyfikować. W Planecie Einsteina aktorzy chowają się za własnymi figurami, które są wyświetlane. Użyczają im głosu. Ale też pojawiają się w żywym planie. Rozmowa Jasia z Einsteinem została z kolei zaprojektowana jak zabawa. Na planszach trzymanych przez aktorów ukazują się obrazy-rebusy. Coś się odbija, coś innego (np. piłka) świeci. Kosmiczne kostiumy - bo pozostali aktorzy występują w czerni - mają tylko mały i duży Einstein.

Jeżeli chodzi o światło to Prot Jarnuszkiewicz w szalonym tempie (ale nie szybszym niż akcja), właściwym niespokojnym duchom, które noszą w sobie cały świat, zmieniał jego kolor i intensywność. A źródeł jego strumieni widz szukać musiał w przyczynie - raz radości, innym razem smutku albo złości głównego bohatera. Nie inaczej, oryginalnie, odczytywał nastroje Jaśka Jerzy Bielski. Trudno opisać wykorzystane w spektaklu, stworzone przez niego obiekty dźwiękowe. Bez wątpienia jednak wybiegały w przyszłość. Kompozycje były ciągami szumów i dźwiękowych skojarzeń. 

Albert Einstein zdobył sławę dzięki nauce, ale pech (albo i nie) chciał, że jego odkrycia zbiegły się w czasie ze zjawiskiem, jakim był pewnego rodzaju kult celebrytów. To podobno nie on potrzebował propagandy popkultury, tylko popkultura jego wielkości. Tej aury nie brakuje również "Planecie Einsteina"  w reżyserii Roberta Drobniucha. Kto wie - może plakat ze spektaklu stanie się swoistym symbolem nadchodzących i zaakceptowanych przez nas zmian?

Data publikacji:
10.10.2020

Źródło publikacji:
https://kultura.poznan.pl/

Recenzowany spektakl:
PLANETA EINSTEINA

Mieszanka wybuchowa
Monika Nawrocka-Leśnik, kulturapoznan.pl

Na chwilę przed premierą "Planety Einsteina" Poznań wraz z resztą Polski objęty został żółtą strefą. W związku z tym widownia mogła zająć tylko ułamek przeznaczonych dla niej miejsc. Wciąż przyzwyczajona do pełnej sali, czułam się jak na innej planecie. Obce - bo zamaskowane, wydawały się znajome twarze (może bardziej oczy), a na scenie, obok aktorów z Teatru Animacji, pojawili się ich koledzy z kieleckiego Teatru Lalki i Aktor Kubuś (spektakl powstał w koprodukcji). Jak dla mnie - za dużo nowości i zmian. Ale na szczęście szybko pomógł mi je zaakceptować ośmioletni Jaś.

Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy

Bohater "Planety Einsteina" jest osobliwy i myślę, że to nie podlega dyskusji. Sam tak zresztą twierdzi, bo rzadko który chłopiec w jego wieku interesuje się fizyką. Dlatego też mówią na niego Einstein. Jego rodzice nie chodzą do "zwykłej pracy", tylko do laboratorium. Są naukowcami i uwielbiają wybuchy. Jasiek też je lubił, jednak perspektywa przeprowadzki na inną planetę - gdy jego tata odkrył tam życie, zmartwiła go na tyle, by nauka przestała go bawić. Jaś bał się nowej szkoły i nowych znajomości. Ponadto wiedział, że nie będzie mógł zabrać ze sobą swojego ukochanego kota Newtona.

Czy poradził sobie w nowym miejscu? A jakże! Bo strach ma duże oczy... podobnie jak jego idol, słynny białowłosy fizyk, który w dzieciństwie również miał problem, żeby porozumieć się z rówieśnikami. Albert Einstein, który podobno przez całe swoje życie zachował bojaźń i intuicję dziecka, nie przestał też dziwić się cudom natury. Okazał się wybornym przyjacielem chłopca i - uwaga - trenerem piłki nożnej! Bo piłka jest przecież jak planety - Merkury, Wenus, Ziemia... Widzialny horyzont z kolei to ogromna czarna dziura, w której wszystko przepada. Ale tuż za nią jest już bramka. Wystarczy postępować według trzech zasad: skoncentrować się na celu, myśleć wolniej (jakkolwiek to brzmi) oraz nie przejmować złą oceną, bo... no właśnie. Bo każdą porażkę (jak i strach) można przekuć w sukces.

Jaś, choć początki oczywiście nie były łatwe, chciał wrócić do domu, jednak zaprzyjaźnił się z nowymi kolegami. Jeden z nich miał dzięki niemu szansę poprawić stopnie z astronomii. A mały Einstein z kolei (z drobną pomocą tego dużego) zaczął kopać w piłkę i strzelać gole. Geniusz Einsteinów (w końcu było ich dwóch) polegał na wypracowaniu własnego języka - w tym przypadku była to astronomia i matematyka, które pozwoliły na odnalezienie się w nowym, dzielonym z innymi, świecie. Bo "wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy", jak twierdził sam twórca teorii względności.

Einstein celebryta

Obu tych cech jednak nie zabrakło twórcom "Planety Einsteina", która okazała się mieszanką wybuchową. I to dosłownie! Lekcją pełną światła, dźwięków i obrazów. Być może tych ostatnich, było tak dużo, bo sam Albert Einstein deklarował, że najpierw w jego głowie pojawia się obraz, a dopiero potem słowo. Katarzyna Proniewska-Mazurek, autorka scenografii, wykreowała "lalki" na miarę XXI wieku. Zawiodą się widzowie, którzy tęsknią za tymi, które łatwo sklasyfikować. W Planecie Einsteina aktorzy chowają się za własnymi figurami, które są wyświetlane. Użyczają im głosu. Ale też pojawiają się w żywym planie. Rozmowa Jasia z Einsteinem została z kolei zaprojektowana jak zabawa. Na planszach trzymanych przez aktorów ukazują się obrazy-rebusy. Coś się odbija, coś innego (np. piłka) świeci. Kosmiczne kostiumy - bo pozostali aktorzy występują w czerni - mają tylko mały i duży Einstein.

Jeżeli chodzi o światło to Prot Jarnuszkiewicz w szalonym tempie (ale nie szybszym niż akcja), właściwym niespokojnym duchom, które noszą w sobie cały świat, zmieniał jego kolor i intensywność. A źródeł jego strumieni widz szukać musiał w przyczynie - raz radości, innym razem smutku albo złości głównego bohatera. Nie inaczej, oryginalnie, odczytywał nastroje Jaśka Jerzy Bielski. Trudno opisać wykorzystane w spektaklu, stworzone przez niego obiekty dźwiękowe. Bez wątpienia jednak wybiegały w przyszłość. Kompozycje były ciągami szumów i dźwiękowych skojarzeń. 

Albert Einstein zdobył sławę dzięki nauce, ale pech (albo i nie) chciał, że jego odkrycia zbiegły się w czasie ze zjawiskiem, jakim był pewnego rodzaju kult celebrytów. To podobno nie on potrzebował propagandy popkultury, tylko popkultura jego wielkości. Tej aury nie brakuje również "Planecie Einsteina"  w reżyserii Roberta Drobniucha. Kto wie - może plakat ze spektaklu stanie się swoistym symbolem nadchodzących i zaakceptowanych przez nas zmian?

Data publikacji:
10.10.2020

Źródło publikacji:
https://kultura.poznan.pl/

Recenzowany spektakl:
PLANETA EINSTEINA