Piękny „synchron”
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Bardzo trudno jest zrobić dobry spektakl dla „najnajów”, ale czy jeszcze trudniejsze nie jest wykreowanie spektaklu dla dzieci w przedziale wieku od trzech do sześciu lat? Zadania tego podjął się w poznańskim Teatrze Animacji Marek A. Cyris, inscenizując swój „pradawny” pomysł na baśń, którą – jak wyznaje w programie – opowiadał ongiś swemu dorosłemu już synowi.

Baśń jest prosta, bo musi dotrzeć do wrażliwości, wyobraźni oraz intelektu trzylatka i trzylatki, tak więc (parafrazując poręczne sformułowanie prezesa Ryszarda Ochódzkiego) rozchodzi się o to, by prostotę fabuły umaić bogactwem obrazu i muzyki. I to wyszło Cyrisowi nad wyraz radośnie, ubogacająco i jeszcze w udany sposób nawiązująco. Twórca poznańskiej Baśni o trzech konikach nawiązał bowiem do najszlachetniejszych tradycji lalkarstwa polskiego, sięgając do – jak to się drzewiej ujmowało – „bogatej skarbnicy rodzimego folkloru”. Akcję jego przedstawienia współkreowały (celowo nie używam tutaj słowa „ilustrowały”, bo chodzi o coś więcej niż o ilustrację, alias muzyczne tło) wybrane przez „sprawcę” tego widowiska piosenki oraz utwory instrumentalne Kapeli ze Wsi Warszawa, natomiast scenografia oparta była na motywie wycinanek ludowych. Owe „wycinankowe” dekoracje stworzył Jakub Psuja (chciałoby się napisać, że je „wyczarował” i że były „śliczne”, ale chyba w poważnej recenzji nie wypada). Wspomagał go w tym dziele, a jakże, czuwający nad każdym aspektem widowiska jego „sprawca”.

(Dodajmy, że gdy Cyris nie mógł znaleźć odpowiednich słów i melodii dla kluczowych w jego spektaklu scen, otrzymał pomoc od znakomitych lokalnych sił – tekstem wspomogła go Malina Prześluga, natomiast muzykę – całkiem, ale to całkiem „kapelową” – stworzył Piotr Klimek. Efektem tej współpracy jest porywająca pieśń Hajże, tańczmy!)

Wszystko to zgrało się i zagrało w wirze kolorów, tonów, w zmieniającej się co rusz scenerii, w niepowstrzymanym ruchu dźwięków i barw. W rytm brzmień kojarzących się, a to z Irlandią, a to z Bałkanami, a to z rodzimą, swojską góralszczyzną tańcowały piękne „wycinankowe” formy. Wielkie drzewo, strzeżone przez pradawnego ducha Bubacza, zmieniało swą liściastą szatę wraz z nastawaniem kolejnych pór roku, kwiatki na łące, zobrazowanej przez dwie półkoliste plansze, mieniły się wszystkimi kolorami, a w dodatku kręciły się na kilku obracających się z zawrotną szybkością, umieszczonych z tyłu kółkach podczas łąkowych igraszek i harców, które uskuteczniali tytułowi bohaterowie baśni Cyrisa. Jakby tego było mało, zza drzewa lub z traw zaścielających łąkę wyskakiwały zwierzęta – a to zając, a to jeleń, a to miś... Nad całą tą scenerią latały klucze żurawi, a zimą na białej łąkowej płaszczyźnie przy prastarym drzewie czaiły się złowrogie wilki.

Uspokajam Czytelniczki oraz Czytelników, że bestie owe można było jednak oszukać, jeśli się było siwym konikiem i potrafiło się dobrze zlać ze śnieżno-lodowym tłem. (Mam nadzieję, że dzieciom ktoś potem wytłumaczył, że wilki wykrywają swe ofiary znacznie bardziej węchem niż wzrokiem. Oczywiście, nie zakładam, że któryś z młodych widzów poznańskiej baśni natknie się na spacerze gdzieś w leśnych zakamarkach wielkopolskiej metropolii, na przykład w Lasku Dębińskim, na głodnego drapieżnika, ale wiedza zoologiczna jest zawsze przydatna, choćby nawet w obcowaniu z naszymi domowymi pieskami, które są w końcu, jak by nie było, potomkami wilków.)

Warto w tym miejscu pochwalić cały zespół aktorski, który imponował zgraniem, wyczuciem rytmu, muzykalnością, animacyjną sprawnością, kondycją oraz – last but not least – widocznym zapałem i zadowoleniem z uczestniczenia w tak udanym artystycznym przedsięwzięciu.

Prosta fabuła tej baśni nawiązuje do paląco dziś aktualnych problemów dotyczących akceptacji inności: siwy konik o wdzięcznym imieniu Sreberko jest odrzucany przez dwa koniki czerwone z powodu „rasowych” różnic kolorystycznych. Usiłuje więc wkraść się w ich łaski, maskując swą maść najpierw czerwonymi kwiatami wiosny, potem takimiż owocami lata i na koniec jesiennymi liśćmi. Pomagają mu w tej mimikrze zwierzęta, którym on sam pomógł: niedźwiedź, którego uwolnił z wnyków i żuraw, którego wyswobodził z zaczepionej o ogon, przeszkadzającej w locie wstążki. Niestety, przebieranki-udawanki nie skutkują: w trakcie igraszek i tańców maskujące elementy roślinne zawsze opadają i czerwone koniki odrzucają intruza, choć ten od początku wciąż je zapewnia, że jest z nimi – że tak się uczenie wyrażę – „gatunkowo tożsamy”.

Dopiero gdy dopiecze im zima, gdy zaczną słabnąć z głodu i gdy odrzucany kandydat na członka stada podejmie się wyprawy po liście do lasu, ryzykując życiem (bo w lesie czają się wspomniane już wilki), jego czerwoni pobratymcy zaczną powoli zmieniać zdanie. A sukces ryzykownej eskapady i zaspokojenie pierwszego głodu będą ostatecznymi, koronnymi argumentami, które otworzą drogę do akceptacji „odmieńca”.

(W moim dorosłym umyśle rodzą się wątpliwości: czy warto aż tak się narażać, żeby wkraść się w łaski grupy? Toż to gorsze niż rytuał inicjacyjny! Ale zostawmy owo starcze dzielenie włosa na czworo, bo – znów nawiązując do nieśmiertelnego prezesa Ochódzkiego – rozchodzi się o to, by niuanse nie przesłoniły nam ogólnego przesłania i nakierowanego ku przeżyciu estetycznemu odbioru tego widowiska.)

A odbiór ten był w moim przypadku coraz bardziej nachylony ku dziecinnemu zachwytowi nad pięknym „synchronem” rytmu, melodii, ruchu, kolorów, kształtów, nastrojów... I przypomniałem sobie nagle podobny zachwyt sprzed lat, kiedy w 1984 roku jako całkiem już dorosły człowiek obejrzałem podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatru Lalek w Bielsku-Białej reaktywowany na festiwalową okoliczność spektakl poznańskiego Teatru Lalki i Aktora „Marcinek” O Kasi, co gąski zgubiła (tekst: Maria Kownacka, reżyseria: Wojciech Wieczorkiewicz, scenografia: Leokadia Serafinowicz, premiera: 1967). I nagle odkryłem, że śpiewam po cichu razem z aktorami stylizowane „na ludowo”, ułożone przez Jerzego Kurczewskiego melodie, że czekam na kolejne sceny, bezbłędnie odgadując, co będzie dalej, że gdzieś na skraju świadomości, w zakamarkach wrażliwości przywołuję dziecięcy zachwyt nad plastyczno-muzyczną kompozycją tego spektaklu, której doświadczyłem przed wieloma laty, oglądając Kasię kilkakrotnie w ówczesnej siedzibie „Marcinka” przy kościele pod wezwaniem świętego Marcina, na ulicy, która wtedy nazywała się Armii Czerwonej, a teraz nosi znów imię swego patrona.
Jestem pewien, że dzisiejsi mali widzowie też mogą przeżyć podobne olśnienie na Baśni o trzech konikach i że będą mogli je przywołać jeszcze jako ludzie już całkiem dorośli.

Juliusz Tyszka - Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.

Data publikacji: 26-04.2019

Źródło publikacji: teatralny.pl

Recenzowany spektakl:
BAŚŃ O TRZECH KONIKACH

Piękny „synchron”
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Bardzo trudno jest zrobić dobry spektakl dla „najnajów”, ale czy jeszcze trudniejsze nie jest wykreowanie spektaklu dla dzieci w przedziale wieku od trzech do sześciu lat? Zadania tego podjął się w poznańskim Teatrze Animacji Marek A. Cyris, inscenizując swój „pradawny” pomysł na baśń, którą – jak wyznaje w programie – opowiadał ongiś swemu dorosłemu już synowi.

Baśń jest prosta, bo musi dotrzeć do wrażliwości, wyobraźni oraz intelektu trzylatka i trzylatki, tak więc (parafrazując poręczne sformułowanie prezesa Ryszarda Ochódzkiego) rozchodzi się o to, by prostotę fabuły umaić bogactwem obrazu i muzyki. I to wyszło Cyrisowi nad wyraz radośnie, ubogacająco i jeszcze w udany sposób nawiązująco. Twórca poznańskiej Baśni o trzech konikach nawiązał bowiem do najszlachetniejszych tradycji lalkarstwa polskiego, sięgając do – jak to się drzewiej ujmowało – „bogatej skarbnicy rodzimego folkloru”. Akcję jego przedstawienia współkreowały (celowo nie używam tutaj słowa „ilustrowały”, bo chodzi o coś więcej niż o ilustrację, alias muzyczne tło) wybrane przez „sprawcę” tego widowiska piosenki oraz utwory instrumentalne Kapeli ze Wsi Warszawa, natomiast scenografia oparta była na motywie wycinanek ludowych. Owe „wycinankowe” dekoracje stworzył Jakub Psuja (chciałoby się napisać, że je „wyczarował” i że były „śliczne”, ale chyba w poważnej recenzji nie wypada). Wspomagał go w tym dziele, a jakże, czuwający nad każdym aspektem widowiska jego „sprawca”.

(Dodajmy, że gdy Cyris nie mógł znaleźć odpowiednich słów i melodii dla kluczowych w jego spektaklu scen, otrzymał pomoc od znakomitych lokalnych sił – tekstem wspomogła go Malina Prześluga, natomiast muzykę – całkiem, ale to całkiem „kapelową” – stworzył Piotr Klimek. Efektem tej współpracy jest porywająca pieśń Hajże, tańczmy!)

Wszystko to zgrało się i zagrało w wirze kolorów, tonów, w zmieniającej się co rusz scenerii, w niepowstrzymanym ruchu dźwięków i barw. W rytm brzmień kojarzących się, a to z Irlandią, a to z Bałkanami, a to z rodzimą, swojską góralszczyzną tańcowały piękne „wycinankowe” formy. Wielkie drzewo, strzeżone przez pradawnego ducha Bubacza, zmieniało swą liściastą szatę wraz z nastawaniem kolejnych pór roku, kwiatki na łące, zobrazowanej przez dwie półkoliste plansze, mieniły się wszystkimi kolorami, a w dodatku kręciły się na kilku obracających się z zawrotną szybkością, umieszczonych z tyłu kółkach podczas łąkowych igraszek i harców, które uskuteczniali tytułowi bohaterowie baśni Cyrisa. Jakby tego było mało, zza drzewa lub z traw zaścielających łąkę wyskakiwały zwierzęta – a to zając, a to jeleń, a to miś... Nad całą tą scenerią latały klucze żurawi, a zimą na białej łąkowej płaszczyźnie przy prastarym drzewie czaiły się złowrogie wilki.

Uspokajam Czytelniczki oraz Czytelników, że bestie owe można było jednak oszukać, jeśli się było siwym konikiem i potrafiło się dobrze zlać ze śnieżno-lodowym tłem. (Mam nadzieję, że dzieciom ktoś potem wytłumaczył, że wilki wykrywają swe ofiary znacznie bardziej węchem niż wzrokiem. Oczywiście, nie zakładam, że któryś z młodych widzów poznańskiej baśni natknie się na spacerze gdzieś w leśnych zakamarkach wielkopolskiej metropolii, na przykład w Lasku Dębińskim, na głodnego drapieżnika, ale wiedza zoologiczna jest zawsze przydatna, choćby nawet w obcowaniu z naszymi domowymi pieskami, które są w końcu, jak by nie było, potomkami wilków.)

Warto w tym miejscu pochwalić cały zespół aktorski, który imponował zgraniem, wyczuciem rytmu, muzykalnością, animacyjną sprawnością, kondycją oraz – last but not least – widocznym zapałem i zadowoleniem z uczestniczenia w tak udanym artystycznym przedsięwzięciu.

Prosta fabuła tej baśni nawiązuje do paląco dziś aktualnych problemów dotyczących akceptacji inności: siwy konik o wdzięcznym imieniu Sreberko jest odrzucany przez dwa koniki czerwone z powodu „rasowych” różnic kolorystycznych. Usiłuje więc wkraść się w ich łaski, maskując swą maść najpierw czerwonymi kwiatami wiosny, potem takimiż owocami lata i na koniec jesiennymi liśćmi. Pomagają mu w tej mimikrze zwierzęta, którym on sam pomógł: niedźwiedź, którego uwolnił z wnyków i żuraw, którego wyswobodził z zaczepionej o ogon, przeszkadzającej w locie wstążki. Niestety, przebieranki-udawanki nie skutkują: w trakcie igraszek i tańców maskujące elementy roślinne zawsze opadają i czerwone koniki odrzucają intruza, choć ten od początku wciąż je zapewnia, że jest z nimi – że tak się uczenie wyrażę – „gatunkowo tożsamy”.

Dopiero gdy dopiecze im zima, gdy zaczną słabnąć z głodu i gdy odrzucany kandydat na członka stada podejmie się wyprawy po liście do lasu, ryzykując życiem (bo w lesie czają się wspomniane już wilki), jego czerwoni pobratymcy zaczną powoli zmieniać zdanie. A sukces ryzykownej eskapady i zaspokojenie pierwszego głodu będą ostatecznymi, koronnymi argumentami, które otworzą drogę do akceptacji „odmieńca”.

(W moim dorosłym umyśle rodzą się wątpliwości: czy warto aż tak się narażać, żeby wkraść się w łaski grupy? Toż to gorsze niż rytuał inicjacyjny! Ale zostawmy owo starcze dzielenie włosa na czworo, bo – znów nawiązując do nieśmiertelnego prezesa Ochódzkiego – rozchodzi się o to, by niuanse nie przesłoniły nam ogólnego przesłania i nakierowanego ku przeżyciu estetycznemu odbioru tego widowiska.)

A odbiór ten był w moim przypadku coraz bardziej nachylony ku dziecinnemu zachwytowi nad pięknym „synchronem” rytmu, melodii, ruchu, kolorów, kształtów, nastrojów... I przypomniałem sobie nagle podobny zachwyt sprzed lat, kiedy w 1984 roku jako całkiem już dorosły człowiek obejrzałem podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatru Lalek w Bielsku-Białej reaktywowany na festiwalową okoliczność spektakl poznańskiego Teatru Lalki i Aktora „Marcinek” O Kasi, co gąski zgubiła (tekst: Maria Kownacka, reżyseria: Wojciech Wieczorkiewicz, scenografia: Leokadia Serafinowicz, premiera: 1967). I nagle odkryłem, że śpiewam po cichu razem z aktorami stylizowane „na ludowo”, ułożone przez Jerzego Kurczewskiego melodie, że czekam na kolejne sceny, bezbłędnie odgadując, co będzie dalej, że gdzieś na skraju świadomości, w zakamarkach wrażliwości przywołuję dziecięcy zachwyt nad plastyczno-muzyczną kompozycją tego spektaklu, której doświadczyłem przed wieloma laty, oglądając Kasię kilkakrotnie w ówczesnej siedzibie „Marcinka” przy kościele pod wezwaniem świętego Marcina, na ulicy, która wtedy nazywała się Armii Czerwonej, a teraz nosi znów imię swego patrona.
Jestem pewien, że dzisiejsi mali widzowie też mogą przeżyć podobne olśnienie na Baśni o trzech konikach i że będą mogli je przywołać jeszcze jako ludzie już całkiem dorośli.

Juliusz Tyszka - Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.

Data publikacji: 26-04.2019

Źródło publikacji: teatralny.pl

Recenzowany spektakl:
BAŚŃ O TRZECH KONIKACH

Po prostu trzeba być sobą
Katarzyna Kamińska, kulturapoznan.pl

To wyjątkowo intensywny sezon w poznańskim Teatrze Animacji. Po serii premier przygotowanych z myślą o młodzieży i dorosłych tym razem zespół zaproponował spektakl dla najmłodszych.

Parę lat temu rozmawiałam z dyrektorem jednego z teatrów specjalizujących się w przedstawieniach dla dzieci. W pewnym momencie zapytałam go nieco przewrotnie, czy ważniejsza jest dla niego opinia młodych odbiorców, czy jednak dorosłych. Odpowiedź była w zasadzie oczywista. Wszak teatr mojego rozmówcy grał głównie dla dzieci. Wymieniliśmy więc uwagi o potrzebie edukacji, kontaktu dzieci ze sztuką na możliwie najwyższym poziomie oraz ich wyjątkowej wrażliwości i szczerości. Dopiero na koniec  - dość niespodziewanie - wyznał: "Najbardziej denerwuje mnie, gdy recenzent pisze, że przedstawienie jest dobre, bo podobało się dzieciom". W niedzielny wieczór przypomniałam sobie te słowa, bo premierę Baśni o trzech konikach obejrzałam otoczona przez zachwyconych nią małych widzów. Jednym z nich była dziewczynka, której na chwilę oddaję głos, bo uznałam, że od dziecięcych opinii nie mogę całkiem abstrahować.

Oczami dziecka...

"Spektakl  opowiada o trzech konikach: dwóch czerwonych i jednym białym. Wystrugał je Bubacz (duch drzewa) z odłamanego przez burzę konaru. Dwa koniki zrobił w czasie czerwonego zachodu słońca. Biały konik (Sreberko) został wystrugany w nocy i dlatego jest biały, ale grzywę i ogon ma czarne. Baśń opowiada o tym, jak biały konik chce bawić się z czerwonymi konikami, ale one przed nim uciekają, bo jest innego koloru niż one. Odrzucają go mówiąc ciągle: ,,Tyś jest biały, tyś nie nasz!". Biały konik zwraca się więc trzy razy do Bubacza, by pomógł mu stać się czerwonym. Bubacz okrywa go wiosną czerwonymi kwiatami ze swego drzewa, latem dojrzałymi jabłkami, a jesienią czerwonymi liśćmi. Czerwone koniki zgadzają się na zabawę ze Sreberkiem, ale gdy przebranie znika, odganiają go. Zimą czerwone koniki już nie brykają na łące. Kryją się  w lesie zziębnięte i głodne. Jednak Sreberko jest dzielny i znajduje wyjście z sytuacji. Żeby zobaczyć jakie, trzeba wybrać się do teatru. To spektakl opowiadający o tym, że trzeba być sobą i nie dążyć do tego, by być kimś, kim się nie jest, aby przypodobać się innym. Po prostu trzeba być sobą." (Dorota Kamińska, 11 lat)

...i dorosłego (wiekiem)

Baśń o trzech konikach  powstała z najgłębszej potrzeby serca. Jej twórca i reżyser spektaklu, Marek Cyris, opowiedział ją po raz pierwszy swojemu, dziś dorosłemu synowi wiele lat temu. Inspirowana jest także - bez wątpienia - umiłowaniem polskich zwyczajów oraz tradycji i ich nierozerwalnej więzi z naturą; rytmem pór roku, czy zmiennością przyrody. Można przypuszczać, że Baśń i pomysł na nią długo, dobrze dojrzewały do realizacji. Otrzymaliśmy bowiem konsekwentnie poprowadzoną historię przygód drewnianych koników z subtelnie w nią wpisaną przypowieścią o potrzebie akceptacji, tolerancji i gotowości do niesienia pomocy innym.

Równocześnie spektakl w bardzo szlachetny sposób operuje motywami wprost nawiązującymi do polskiego folkloru. Scenograf Jakub Psuja znakomicie wykorzystuje i przetwarza tradycyjne wycinanki. Muzyka Kapeli ze wsi Warszawa, wykonywana na nieczęsto słuchanych w codziennym życiu instrumentach jest wielką wartością przedstawienia i buduje już to radosny, już to obrzędowo-transowy klimat. A  doskonale animowane przez zespół aktorski (szczególne wyrazy uznania dla Marcina Ryl-Krystianowskiego) lalki przypominają mocno osadzone w tradycji teatru lalkowego kukły, ale również kojarzą się (zwłaszcza koniki i Bubacz) z arcydziełami ludowych rzeźbiarzy.

Czy się podobało?

To pytanie musiało paść. Zadałam je mojej towarzyszce. Odpowiedź brzmiała: " W sztuce nie ma momentu nudy. Wszystko bardzo fajnie razem wyszło. Przepiękne były scenografia i przesłanie spektaklu. Bardzo udane przedstawienie. Jest polecane dla dzieci w wieku od 3 do 7 lat. Ja mam 11 i podobało mi się. Polecam wybrać się na spektakl."

Czy mogę coś dodać? Chyba tak. Baśń jest przedstawieniem sprawnie zrealizowanym i dobrze zagranym. Artyści sięgają w niej do korzeni naszej kultury. Czynią to w sposób prosty, ale widocznie przemyślany.  Dla mnie ta premiera była podróżą do krainy dzieciństwa, ale też wyjątkowym doznaniem estetycznym. Specjalne podziękowania składam za żurawie i wrony (odpowiednio udźwiękowione) - nieodzowne elementy naszego krajobrazu. Przez tę niezwykłą godzinę mogłam po prostu być sobą. Również polecam. Widzom w różnym wieku.




Data publikacji:
14.04.2019

Źródło publikacji:
kultura.poznan.pl

Recenzowany spektakl:
BAŚŃ O TRZECH KONIKACH

O raju dla najmłodszych
Andrzej Lis

Jakie powinno być przedstawienie dla najmłodszych? Na pewno dostępne, proste ale jednocześnie mądre, wielobarwne i bogate w atrakcje. Słowem, od pierwszej sceny powinno porwać i zachwycić najmłodszą, ale też i najbardziej wymagającą widownię. Powinno być tak samo dobre, perfekcyjne i staranne, jak dla widzów starszych, tylko, że lepsze!

Poznańska "Baśń o trzech konikach" w Teatrze Animacji to nie tylko ciekawy tekst i wciągająca fabuła. To nie tylko fascynujący bohaterowie i przeżywane przez nich przygody. To również scenografia tworząca rzeczywistość możliwą tylko na scenie i nigdzie poza nią; światła, które potrafią wydobyć z dekoracji jej niepowtarzalny, magiczny charakter i muzyka oraz oryginalne, budujące atmosferę i podkreślające najważniejsze akcenty dźwięki. To także wyraźnie wyczuwalny rytm, w jakim toczą się wszelkie działania sceniczne. I to przede wszystkim aktorzy, którzy potrafią przyciągnąć uwagę najmłodszych widzów nawet wtedy, kiedy wykonują najprostsze zdawałoby się czynności, takie jak przejście z lalką z jednej strony sceny na drugą. Wszystkie te elementy, istniejące na poznańskiej scenie w niezwykle starannie zakomponowanej harmonii, sprawiły, że zarówno najmłodsi, jak i odrobinę starsi widzowie oglądali spektakl z niesłychaną uwagą i skupieniem, ani na chwilę nie odrywając się od przygód trzech koników.

Zacznijmy zatem od początku, od tekstu bajki autorstwa Marka A. Cyrisa, który przedstawienie także wyreżyserował. Na początku było drzewo. Drzewo tak potężne, że nie zdołały go objąć nawet dwa niedźwiedzie. Dało ono początek wszystkim innym drzewom w lesie. W jego dziupli mieszkał duch zwany Bubaczem. Mijały lata, aż pewnego roku nastała wiosna, a wraz z nią gwałtowna burza, która powaliła drzewo. Z ocalałego pnia Bubacz wyrzeźbił konika, ale widząc, że jest mu smutno, szybko stworzył drugiego, jego brata. Ostatnie promienie zachodzącego słońca zabarwiły zwierzątka na czerwono. Bubacz nie przerwał jednak pracy i z pozostałego konara wyrzeźbił jeszcze jednego konika. Trzecie zwierzę, skąpane w blasku księżyca, przybrało piękny, srebrzystobiały kolor.

Trzeci konik początkowo bawił się z kwiatami, wirował z wiatrem, był pełen radości, ciekawości świata i uprzejmości wobec każdego napotkanego zwierzątka. Pewnego dnia jednak trafił na polanę, na której bawiły się dwa czerwone koniki. Ty jesteś inny! - rzekły i przepędziły go z polany. Białemu konikowi zrobiło się smutno - nie rozumiał dlaczego nie mogą wspólnie spędzać czasu, dlaczego nie mogą zostać przyjaciółmi. Widząc jego smutek drzewa i kwiaty obsypały go czerwonymi płatkami i liśćmi, ukrywając przepiękną białą sierść i pomagając mu tym samym upodobnić się do nowo napotkanych zwierzątek. Te przyjęły go do swojego grona - kiedy jednak z białego konika opadły ostatnie czerwone liście i kwiaty, przepędziły go, zarzucając mu oszustwo.

Smutny, biały konik wyruszył w dalszą drogę; po drodze spotkał niedźwiedzia, któremu pomógł uwolnić się z wnyków. Ten, nie zważając na dzielące ich różnice, został jego przyjacielem i chcąc podnieść konika na duchu, strząsnął dla niego rosnące wysoko na drzewie czerwone owoce, które zmieniły kolor jego sierści. I znowu czerwone koniki "przywitały go w podskokach" i śpiewając piosenkę Maliny Prześlugi radośnie tańczyły, aż się zmęczyły. A potem znowu okazało się, że biały konik nie jest czerwony i musi odejść. "Tyś jest inny, Tyś nie nasz; Oszukać nas chciał; Za durniów nas brał".

Nadeszła jesień, wszystkie liście na drzewach poczerwieniały. Biały konik, chociaż smutny z powodu koloru swojej sierści, nie zapominał o swoich przyjaciołach, a ci, wdzięczni za okazane serce i dobroć, odwdzięczali się najlepiej jak potrafili. Przelatujący żuraw, chcąc podziękować za pomoc konika, strącił na niego czerwone jak zachodzące słońce liście, które przykryły białe umaszczenie zwierzątka. Kiedy jednak ten popędził co sił w nogach do czerwonych koników, by raz jeszcze się z nimi pobawić, jesienny wiatr strącił wszystkie liście.

Czas mijał, przyszła zima, zrobiło się biało i mroźnie. Czerwone koniki, których sierść bardzo wyraźnie odznaczała się na tle śniegu, trzęsły się z zimna, głodu i strachu. Bały się wejść do lasu, w którym mogłyby znaleźć pożywienie, bo bały się, że zostaną zauważone przez groźne wilki. Biały konik, nie mogąc znieść myśli o tym, że jego braciom grozi niebezpieczeństwo, nie zważając na zagrożenie ze strony wilków, wszedł do lasu. I nagle okazało się, że jego biała sierść jest nie tylko piękna, ale też stanowi idealny kamuflaż w świecie przykrytym głęboką warstwą śniegu. Udało mu się ominąć wilki i wrócić na polanę z gałązkami, którymi podzielił się z wygłodniałymi braćmi. Dopiero wtedy czerwone koniki zrozumiały swój błąd. Biały konik ocalił je pomimo, że nigdy nie chciały się z nim bawić, odtrącały go, nazywały oszustem, nie akceptowały ze względu na jego inność. Biały konik zrozumiał za to, że kolor jego sierści nie jest najważniejszy, że nie musi zmieniać się tylko dlatego, że ktoś tego wymaga, że powinien zaakceptować siebie i polubić takim, jakim jest i jakim widzą go jego prawdziwi przyjaciele. Zakończenie wzmocniły słowa piosenki napisanej przez Malinę Prześlugę: "Nie ma czasu na podziały/ Ten czerwony, tamten biały/ Obydwa tak samo skaczą/ Obydwa tak samo płaczą/ Teraz tańczą dookoła/ Póki dźwięczy pieśń wesoła!/ Hej!".

Sceniczna opowieść zawdzięcza magię przede wszystkim niezwykłej scenografii autorstwa Jakuba Psuja i Marka A. Cyrisa zbudowanej z okrągłych, większych lub mniejszych wycinanek stylizowanych na ludowe. Trochę kurpiowskie, trochę łowickie, a może i góralskie, przypominały również robione niegdyś własnoręcznie ozdoby choinkowe, których bezcenne piękno zaklęte były w pracy i trudzie włożonym w ich wykonanie. Na scenie wielobarwne wycinanki ożywały dzięki starannej animacji i pomysłowej reżyserii światła. Proste kształty przeobrażały się w korony drzew, gęste krzewy, piękne kwiaty czy wirujące liście; stawały się czerwonym zachodzącym słońcem lub srebrzystobiałym księżycem. Tworzyły las, ukwiecone łąki czy zimową, pokrytą śniegiem polanę. Były niczym zaklęty, magiczny mechanizm, rodzaj czarodziejskiej konstrukcji, od której nie można oderwać wzroku. W centralnym punkcie owej konstrukcji znalazło się pierwsze drzewo, od którego rozpoczęła się cała historia i z którego powstał cały, przedstawiony w spektaklu, świat. Symbolizowała je okrągła wycinanka stworzona z jego przekroju, zamieszkiwana przez najważniejszego ducha tego wycinankowego świata - Bubacza. Twórcy nadali mu kształt słynącej z mądrości sowy, tak jakby chcieli jeszcze bardziej podkreślić wagę jego słów i czynów.

Kolorowe, ukwiecone łąki, złota lata, wielobarwne jesienie i śnieżnobiałe zimy, wschody i zachody słońca czy blask księżyca malowane były na scenie nie tylko wielobarwnymi wycinankami, ale przede wszystkim światłami wyreżyserowanymi przez Michała Krugiołkę. Dawno na tej scenie i w tym teatrze nie było tyle koloru. Do zmiennych jak pory roku świateł należy dodać jeszcze niezwykle plastyczne dźwięki, rytmy i muzykę skomponowaną przez Kapelę ze Wsi Warszawa, wydobywającą się z prastarych, zrekonstruowanych dla potrzeb zespołu instrumentów takich jak choćby suka biłgorajska czy fidel płocka, idealnie współgrających z nastrojami i emocjami opowiadanej baśni.

Całość - scenografia, światła i muzyka, a także bohaterowie i przeżywane przez nich przygody - dała świat jednocześnie prosty, ale niezwykle bogaty i, co najważniejsze, przykuwający uwagę najmłodszych widzów. Chłonących każde zdanie padające ze sceny i, miejmy nadzieję, biorących sobie do serca równościowe przesłanie spektaklu.

data publikacji:
05-12-2019

źródło:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
BAŚŃ O TRZECH KONIKACH