Prawilność albo ostatni templariusze
Joanna Ostrowska, portal teatralny.pl

Słowo „prawilnyj”, pochodzące z języka rosyjskiego, przeniesione do gwary więziennej oznacza kogoś godnego zaufania. Jednak w czasach, kiedy kalki z języka rosyjskiego żyły własnym życiem naznaczonym ambiwalentnym stosunkiem do państwa, w jakim tego języka używano, „prawilinyj” oznaczało kogoś, kto „prawomyślnie” myślał, czyli zgodnie z obowiązującą ideologią, a więc niesamodzielnie.

Jest taka kategoria spektakli, które zabierają głos w słusznej sprawie, ale jest w nich równocześnie coś takiego, że oprawa artystyczna ową słuszność przytłumia i powoduje, że widz ma poczucie, iż samo ważkie przesłanie nie wystarcza. Tak niestety w moim odbiorze ma się sprawa z najnowszą premierą Teatru Animacji – Sen o lepszym kraju.

Przygotowali go artyści z Ukrainy. Spektakl powstał na podstawie powieści Serhija Żadana Anarchy in the UKR (angielski tytuł oryginału ukraińskiego i polskiego wydania będący trawestacją i nawiązujący do słynnego przeboju Sex Pistols, w programie spektaklu funkcjonuje jako Anarchia w Ukrainie) oraz tomu jego wierszy Templariusze. Tę podwójną inspirację sugerują kostiumy postaci, które swoją białą kolorystyką z czerwonymi elementami równie dobrze mogą nawiązywać do ukraińskich strojów ludowych, jak i do ubioru Fratres Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis. Co prawda, kiedy pojawia się na scenie jedyny reprezentant fratres militiae, jego ciemny strój przypomina bardziej ten joannitów niż templariuszy, ale co tam, przynajmniej wyraziście odróżnia się od pozostałych postaci. Poza tym w końcu jesteśmy w teatrze – przestrzeni metafor i ułudy. Pytanie tylko, gdzie owa ułuda się kończy i jak bardzo można zmetaforyzować rzeczywistość, by nie zgubić komunikatywności?

Książka Żadana została po raz pierwszy wydana w 2005 roku, a więc na długo przed wojną, jaka rozpoczęła się na Ukrainie od rosyjskiej inwazji na Krym. W spektaklu natomiast sposób prowadzenia narracji daje do zrozumienia, że opowiada się o jakimś wojennym „teraz”. Sugerują to trzy postacie, które mówią o sobie: Anna (Danuta Rej), Andriej (Artur Romański) oraz Nadjeżda, czyli Nadzieja (Katarzyna Romańska) – najmłodsza z nich wszystkich, co może z kolei podsuwać myśl, że nadzieją dla „lepszego kraju” ma być właśnie pokolenie obecnych siedemnastolatków. Anna jest matką w bardzo zaawansowanej ciąży, opowiadającą o swoich licznych synach. Nie może się jednak ich dowołać, doszukać. O jednym z nich opowiada w czasie przeszłym – czyżby zginął, a ona – niczym postać z Kantorowskiej Umarłej klasy musi wciąż napełniać kołyskę dziejów nowymi żołnierzami? O ile jej postać wprowadza pewną dozę niepewności, o tyle Andriej – zwykły człowiek, już bardzo wprost mówi o wojnie, o tym że choć nie jest bohaterem, to z niej wróci dla psa, będącego najbliższą mu istotą. W jednej z kolejnych scen ten pies pojawia się w formie płaskiej papierowej białej postaci prowadzonej przez Andrieja na smyczy-kijku. Nadzieja z kolei jest beztroską kwiaciarką kochającą taniec, trzymającą na szyi związane trokami pointy, która boi się tylko fajerwerków. Jej niemal obsesyjny strach sugeruje, że w gruncie rzeczy chodzi o coś więcej – o huk wybuchów, co znów odsyła nas do jakiejś wojennej traumy. Wszystkie trzy postacie marzą o tym, by pojechać nad morze – i nie wiem, czy to bardziej moja obsesja, czy znów jakaś poetycka aluzja do wojny na Krymie. Z takich niedookreślonych, przeestetyzowanych, przemetaforyzowanych aluzji składa się w zasadzie całe przedstawienie ułożone ze scen, które swobodnie się ze sobą łączą bardziej dzięki występowaniu tych samych postaci niż jakkolwiek pojmowanej spójnej narracji. Każda z nich nosi osobną nazwę: „Sen o...”, co tłumaczyłoby i usprawiedliwiało ich niedookreśloność. Wszak poetyka snu jest bardzo pojemna i zmieści wiele alogiczności, niepowiązanych skojarzeń i rozmaitości wrażeń. Wszystkie owe sny dotyczą jednak spraw zasadniczych i egzystencjalnych, takich jak na przykład miłość czy ojczyzna. Jednak natłok symboli i znaków: słownych, obrazowych, inscenizacyjnych powoduje, że zamiast poezji na scenie króluje nadmiar rodzący przesyt i konfuzję wywołaną splątaniem tylu wątków i planów.

Te sny poza wymienioną już trójką mają jeszcze dwóch innych bohaterów: Iwana (Igor Fijałowski), który wyjechał na Zachód, ale tęskni i chce wrócić, jednak z jakiegoś powodu nie może (bo wojna?), oraz postać z całkiem innego porządku geograficzno-czasowego. To ów ciemny rycerz, który mówi wierszem. Jest ni to narratorem, ni to komentatorem, z góry, z głębi sceny obserwującym, prowokującym zdarzenia. Czy jego obecność, tak bardzo odmienna, jest wynikiem mechanicznego zabiegu włączenia tomu wierszy Żadana w narrację? Czy może ma to być sugestia, że współcześni Ukraińcy są niczym templariusze: nieznani, oskarżani o niepopełnione grzechy i skazani na zniknięcie w mrokach dziejów? Takie tłumaczenie może podsuwać tekst zamieszczony w programie, gdzie możemy przeczytać, że „bohaterami spektaklu są młodzi ludzie (jak młoda może być matka wielu synów? – przyp.aut.), którzy, pragnąc żyć pełnią życia, często doświadczają cierpienia i bólu. Łączy ich wspólnota pochodzenia – wychowali się w części świata, o której wiedza zastępowana jest zwykle przez stereotypy i uprzedzenia społeczne. Ich młodzieńcze namiętności przesłaniane są przez realność wojny i koszmary przez nią zrodzone”. Ta wypowiedź oraz liczne sygnały z samego spektaklu sugerują, że Sen o lepszym kraju ma jednak dotyczyć ukraińskiego „teraz”, które zawiera także pełzającą, choć nie mniej przez to groźną, wojnę. Pytanie tylko, jak bardzo można wojnę zmetaforyzować, by nie zatrzeć jej obrazu? by jej grozy nie zamienić na zdjęcia fajerwerków wyświetlanych na zastawkach?

Do tych pytań, które pozostały bez odpowiedzi, doszły jeszcze inne. Niestety z miejsca, w którym siedziałam, zamiast głowy czarnego rycerza cały czas widziałam wirującego czerwonego ptaka podwieszonego pod sufitem. Znów nie wiem, czy był to celowy zabieg, który miał przywoływać jakieś znaczenia i konteksty, czy jakaś reżyserska niedoróbka wynikająca z tego, że nikt nie sprawdził, jak wygląda scena oglądana z kilku ostatnich rzędów. W niektórych scenach zbiorowych postaciom towarzyszyły ubrane współcześnie i bardzo realistycznie kukły naturalnej wielkości. Dlaczego one? Dlaczego akurat teraz? Co mają sugerować? Nie wiem do dziś. Czy to one stały się w którymś momencie właściwymi współczesnymi bohaterami manipulowanymi przez minione pokolenia rozpostarte gdzieś w przestrzeni między templariuszami a ukraińskim ludem?

To jest właśnie problem z tym przedstawieniem – sprawia wrażenie, jakby każdy pomysł, który przyszedł twórcom do głowy, musiał być od razu przeniesiony na scenę. Dlatego mimo wielu ładnych i ciekawych elementów wizualnych (jak na przykład wielkie czerwone walizki towarzyszące jednemu ze snów Iwana) ostateczne wrażenie, jakie się rodziło, to chaos: przestrzenny, wizualny, znaczeniowy. Wymowa została roztopiona w mnogości słów i obrazów. Być może nieumiejętność precyzyjnego wyrażania się wynikła z tego, że temat, jaki podjęli twórcy z Ukrainy, jest im zbyt bliski, zbyt osobisty, co uniemożliwiło spójne i komunikatywne jego przedstawienie. Może rozmowa, jaka miała miejsce w salonie warszawskim w Mickiewiczowskich Dziadach, nie była całkiem pozbawiona sensu i należałoby do niej wrócić przy podobnych okazjach? Wątpliwości wyrażane przez Literata zdają się jak ulał pasować do klimatu tego przedstawienia: „I proszę, jak opiewać spółczesne wypadki; / Zamiast mitologiji są naoczne świadki”. A zaczepno-ironiczne pytanie jednego z przedstawicieli młodzieży: „Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży / Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?” może należałoby potraktować poważnie? Nie wiem. To podejście, takie nieromantyczne i takie przez to niesłowiańskie, może odrzucać, choć przecież przy pomocy poetyckiego języka da się opisywać własne traumatyczne doświadczenia tak, by przenosiły się na odbiorców.

Czyżby więc zaplątanie narracji wynikało z czegoś dokładnie odwrotnego? Z nieprzystawalności doświadczenia do opisywanego świata, co zostało zastąpione przez poczucie, że oto trzeba powiedzieć coś ważnego i słusznego? Jakby nie było, warto pójść za radą Miłosza, który w 1943 roku w okupowanej Warszawie napisał:
„Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące”.

Data publikacji:
8.05.2017

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
SEN O LEPSZYM KRAJU

Prawilność albo ostatni templariusze
Joanna Ostrowska, portal teatralny.pl

Słowo „prawilnyj”, pochodzące z języka rosyjskiego, przeniesione do gwary więziennej oznacza kogoś godnego zaufania. Jednak w czasach, kiedy kalki z języka rosyjskiego żyły własnym życiem naznaczonym ambiwalentnym stosunkiem do państwa, w jakim tego języka używano, „prawilinyj” oznaczało kogoś, kto „prawomyślnie” myślał, czyli zgodnie z obowiązującą ideologią, a więc niesamodzielnie.

Jest taka kategoria spektakli, które zabierają głos w słusznej sprawie, ale jest w nich równocześnie coś takiego, że oprawa artystyczna ową słuszność przytłumia i powoduje, że widz ma poczucie, iż samo ważkie przesłanie nie wystarcza. Tak niestety w moim odbiorze ma się sprawa z najnowszą premierą Teatru Animacji – Sen o lepszym kraju.

Przygotowali go artyści z Ukrainy. Spektakl powstał na podstawie powieści Serhija Żadana Anarchy in the UKR (angielski tytuł oryginału ukraińskiego i polskiego wydania będący trawestacją i nawiązujący do słynnego przeboju Sex Pistols, w programie spektaklu funkcjonuje jako Anarchia w Ukrainie) oraz tomu jego wierszy Templariusze. Tę podwójną inspirację sugerują kostiumy postaci, które swoją białą kolorystyką z czerwonymi elementami równie dobrze mogą nawiązywać do ukraińskich strojów ludowych, jak i do ubioru Fratres Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis. Co prawda, kiedy pojawia się na scenie jedyny reprezentant fratres militiae, jego ciemny strój przypomina bardziej ten joannitów niż templariuszy, ale co tam, przynajmniej wyraziście odróżnia się od pozostałych postaci. Poza tym w końcu jesteśmy w teatrze – przestrzeni metafor i ułudy. Pytanie tylko, gdzie owa ułuda się kończy i jak bardzo można zmetaforyzować rzeczywistość, by nie zgubić komunikatywności?

Książka Żadana została po raz pierwszy wydana w 2005 roku, a więc na długo przed wojną, jaka rozpoczęła się na Ukrainie od rosyjskiej inwazji na Krym. W spektaklu natomiast sposób prowadzenia narracji daje do zrozumienia, że opowiada się o jakimś wojennym „teraz”. Sugerują to trzy postacie, które mówią o sobie: Anna (Danuta Rej), Andriej (Artur Romański) oraz Nadjeżda, czyli Nadzieja (Katarzyna Romańska) – najmłodsza z nich wszystkich, co może z kolei podsuwać myśl, że nadzieją dla „lepszego kraju” ma być właśnie pokolenie obecnych siedemnastolatków. Anna jest matką w bardzo zaawansowanej ciąży, opowiadającą o swoich licznych synach. Nie może się jednak ich dowołać, doszukać. O jednym z nich opowiada w czasie przeszłym – czyżby zginął, a ona – niczym postać z Kantorowskiej Umarłej klasy musi wciąż napełniać kołyskę dziejów nowymi żołnierzami? O ile jej postać wprowadza pewną dozę niepewności, o tyle Andriej – zwykły człowiek, już bardzo wprost mówi o wojnie, o tym że choć nie jest bohaterem, to z niej wróci dla psa, będącego najbliższą mu istotą. W jednej z kolejnych scen ten pies pojawia się w formie płaskiej papierowej białej postaci prowadzonej przez Andrieja na smyczy-kijku. Nadzieja z kolei jest beztroską kwiaciarką kochającą taniec, trzymającą na szyi związane trokami pointy, która boi się tylko fajerwerków. Jej niemal obsesyjny strach sugeruje, że w gruncie rzeczy chodzi o coś więcej – o huk wybuchów, co znów odsyła nas do jakiejś wojennej traumy. Wszystkie trzy postacie marzą o tym, by pojechać nad morze – i nie wiem, czy to bardziej moja obsesja, czy znów jakaś poetycka aluzja do wojny na Krymie. Z takich niedookreślonych, przeestetyzowanych, przemetaforyzowanych aluzji składa się w zasadzie całe przedstawienie ułożone ze scen, które swobodnie się ze sobą łączą bardziej dzięki występowaniu tych samych postaci niż jakkolwiek pojmowanej spójnej narracji. Każda z nich nosi osobną nazwę: „Sen o...”, co tłumaczyłoby i usprawiedliwiało ich niedookreśloność. Wszak poetyka snu jest bardzo pojemna i zmieści wiele alogiczności, niepowiązanych skojarzeń i rozmaitości wrażeń. Wszystkie owe sny dotyczą jednak spraw zasadniczych i egzystencjalnych, takich jak na przykład miłość czy ojczyzna. Jednak natłok symboli i znaków: słownych, obrazowych, inscenizacyjnych powoduje, że zamiast poezji na scenie króluje nadmiar rodzący przesyt i konfuzję wywołaną splątaniem tylu wątków i planów.

Te sny poza wymienioną już trójką mają jeszcze dwóch innych bohaterów: Iwana (Igor Fijałowski), który wyjechał na Zachód, ale tęskni i chce wrócić, jednak z jakiegoś powodu nie może (bo wojna?), oraz postać z całkiem innego porządku geograficzno-czasowego. To ów ciemny rycerz, który mówi wierszem. Jest ni to narratorem, ni to komentatorem, z góry, z głębi sceny obserwującym, prowokującym zdarzenia. Czy jego obecność, tak bardzo odmienna, jest wynikiem mechanicznego zabiegu włączenia tomu wierszy Żadana w narrację? Czy może ma to być sugestia, że współcześni Ukraińcy są niczym templariusze: nieznani, oskarżani o niepopełnione grzechy i skazani na zniknięcie w mrokach dziejów? Takie tłumaczenie może podsuwać tekst zamieszczony w programie, gdzie możemy przeczytać, że „bohaterami spektaklu są młodzi ludzie (jak młoda może być matka wielu synów? – przyp.aut.), którzy, pragnąc żyć pełnią życia, często doświadczają cierpienia i bólu. Łączy ich wspólnota pochodzenia – wychowali się w części świata, o której wiedza zastępowana jest zwykle przez stereotypy i uprzedzenia społeczne. Ich młodzieńcze namiętności przesłaniane są przez realność wojny i koszmary przez nią zrodzone”. Ta wypowiedź oraz liczne sygnały z samego spektaklu sugerują, że Sen o lepszym kraju ma jednak dotyczyć ukraińskiego „teraz”, które zawiera także pełzającą, choć nie mniej przez to groźną, wojnę. Pytanie tylko, jak bardzo można wojnę zmetaforyzować, by nie zatrzeć jej obrazu? by jej grozy nie zamienić na zdjęcia fajerwerków wyświetlanych na zastawkach?

Do tych pytań, które pozostały bez odpowiedzi, doszły jeszcze inne. Niestety z miejsca, w którym siedziałam, zamiast głowy czarnego rycerza cały czas widziałam wirującego czerwonego ptaka podwieszonego pod sufitem. Znów nie wiem, czy był to celowy zabieg, który miał przywoływać jakieś znaczenia i konteksty, czy jakaś reżyserska niedoróbka wynikająca z tego, że nikt nie sprawdził, jak wygląda scena oglądana z kilku ostatnich rzędów. W niektórych scenach zbiorowych postaciom towarzyszyły ubrane współcześnie i bardzo realistycznie kukły naturalnej wielkości. Dlaczego one? Dlaczego akurat teraz? Co mają sugerować? Nie wiem do dziś. Czy to one stały się w którymś momencie właściwymi współczesnymi bohaterami manipulowanymi przez minione pokolenia rozpostarte gdzieś w przestrzeni między templariuszami a ukraińskim ludem?

To jest właśnie problem z tym przedstawieniem – sprawia wrażenie, jakby każdy pomysł, który przyszedł twórcom do głowy, musiał być od razu przeniesiony na scenę. Dlatego mimo wielu ładnych i ciekawych elementów wizualnych (jak na przykład wielkie czerwone walizki towarzyszące jednemu ze snów Iwana) ostateczne wrażenie, jakie się rodziło, to chaos: przestrzenny, wizualny, znaczeniowy. Wymowa została roztopiona w mnogości słów i obrazów. Być może nieumiejętność precyzyjnego wyrażania się wynikła z tego, że temat, jaki podjęli twórcy z Ukrainy, jest im zbyt bliski, zbyt osobisty, co uniemożliwiło spójne i komunikatywne jego przedstawienie. Może rozmowa, jaka miała miejsce w salonie warszawskim w Mickiewiczowskich Dziadach, nie była całkiem pozbawiona sensu i należałoby do niej wrócić przy podobnych okazjach? Wątpliwości wyrażane przez Literata zdają się jak ulał pasować do klimatu tego przedstawienia: „I proszę, jak opiewać spółczesne wypadki; / Zamiast mitologiji są naoczne świadki”. A zaczepno-ironiczne pytanie jednego z przedstawicieli młodzieży: „Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży / Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?” może należałoby potraktować poważnie? Nie wiem. To podejście, takie nieromantyczne i takie przez to niesłowiańskie, może odrzucać, choć przecież przy pomocy poetyckiego języka da się opisywać własne traumatyczne doświadczenia tak, by przenosiły się na odbiorców.

Czyżby więc zaplątanie narracji wynikało z czegoś dokładnie odwrotnego? Z nieprzystawalności doświadczenia do opisywanego świata, co zostało zastąpione przez poczucie, że oto trzeba powiedzieć coś ważnego i słusznego? Jakby nie było, warto pójść za radą Miłosza, który w 1943 roku w okupowanej Warszawie napisał:
„Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące”.

Data publikacji:
8.05.2017

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
SEN O LEPSZYM KRAJU

Niemy krzyk
Maria Maczuga, kulturapoznan.pl
Artyści z Ukrainy, korzystając ze wsparcia Teatru Animacji, pokazali publiczności "Sen o lepszym kraju" w reżyserii Julii Bilińskiej na podstawie powieści Serhija Żadana "Anarchia w Ukrainie" oraz jego tomu wierszy "Templariusze".

Rozpoczyna się intymnie i gorzko. Anna, policjantka, ale przede wszystkim ciężarna matka, zdradza, że chciałaby pokazać synom morze. Iwan zwierza się z tęsknoty za krajem, który opuścił, wyruszając w podróż za pracą. Andriej dzieli się lękiem przed wojną, bo został powołany do wojska. Jedynie nastoletnia kwiaciarka Nadzieja mówi entuzjastycznie o miłości do tańca, lecz w niej też jest strach, boi się fajerwerków.

Ze sceny na scenę spektakl przeradza się w estetyczną ucztę. Aktorzy ubrani są w białe, przełamane czerwienią kostiumy, które nawiązują do strojów ludowych. Stylistycznie i kolorystycznie korespondują z nimi tradycyjne słowiańskie lalki - motanki, pojawia się ich mnóstwo. Na scenie wykwintnych form lalkowych obfitość: każdy z aktorów ma swoją lalkę ludzkiej wielkości, przemykają spore kukły, w jednej z sekwencji niemal całą przestrzeń wypełnia gigantyczna panna młoda i znika, gdy jej welon przemienia się w żałobny kir, ptaki wirujące nad sceną rzucają efektowne cienie, łasi się popartowski, planszetowy pies. Arcydziełem okazuje się kostium-animant: brzuch ciężarnej, który skrywa bożonarodzeniową kompozycję plastyczną.

Przestrzeń buzuje, kurczy się i rozrasta, a wszystko za sprawą płynnie przesuwających się parawanów i zmianom projekcji. Idealnie dobrane multimedia kreują świat przedstawiony, a nie tylko go ilustrują. Perfekcyjnie scalone z nimi pluski, szumy, chrzęsty, trzaski, zgrzyty, przyprawiają o dreszcze. Dynamika form współgra z ruchem aktorów, czerpiących z contemporary dance. Wyróżnia się żywiołowy Igor Fijałkowski. Każda najdrobniejsza cząstka spektaklu została doskonale dopracowana, lecz niestety zabrakło selekcji, przesyt elementów przyprawia o zawrót głowy.

Zatraca się smak i sens. W spektaklu pojawiają się dziesiątki, może setki metafor i symboli, niektóre symultanicznie we wszystkich warstwach spektaklu. Dużo z nich błyskawicznie umyka. Udaje się zapamiętać zaledwie kilka: pustą cerkiew, w której brakuje Boga, dźwięk fajerwerków - wystrzały, niby Picassowskie gołąbki niepokoju, bo czerwone. Rozmywa się waga tego, że każda z postaci reprezentuje inną grupę społeczną. Iwan tych, którzy wyjechali w czasie kryzysu. Plan osobowy komplikuje niekomunikatywny Poeta. Jego wejście ciężkim krokiem wprawia w drżenie podłogę i dosłownie porusza publiczność. Odczytanie przekazu niełatwej poezji uniemożliwiają zbyt liczne bodźce wizualne i akustyczne. Słowa, mimo że wypowiadane z pietyzmem, gubią się. Fragment wiersza "Niebo złote Ci otworzę" Baczyńskiego jest zrozumiały wyłącznie dlatego, że jest znany. Dodatkowym wyzwaniem, któremu nie sposób sprostać, okazuje się żonglerka językami: polskim, ukraińskim, rosyjskim.

Nawet jeśli zamiarem artystów było przesunięcie przed oczami publiczności snów o cierpieniu, wojnie, miłości, nadziei i celowe pozbawienie ich logiki oraz wynikania, to ten chwyt nie działa. Polscy widzowie przed ponad dekadą oglądali na scenach podobnie skonstruowany oniryczny krzyk Iwana Wyrypajewa w imieniu Rosjan. Dlatego teraz krzyk okazał się niemy.

 
Data publikacji:
24.04.2017

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Recenzowany spektakl:
SEN O LEPSZYM KRAJU