Skoro i tak zginiemy w zupie...
Katarzyna Lemańska

Głównymi tematami dramatu Maliny Prześlugi "Ja, Bałwan" są wartości egzystencjalno-filozoficzne: świadomość przemijania, odkrywanie życiowego celu i związana z tym epikurejska postawa carpe diem, a także - co nie jest częste w teatrze - męska przyjaźń. Bohaterowie utworu to trzykulkowy Bałwan i ten (uwaga: w rodzaju męskim) Marchewka. Połączył ich splot przypadków, w wyniku których Marchewka, zamiast wylądować w rosole, został nosem śniegowej postaci. W zabawnym i pełnym niedomówień dialogu rozpoznają swoje położenie i odtąd są już ze sobą związani na zawsze. Bałwan jeszcze wprawdzie wydmucha z siebie warzywo, uwalniając Marchewkę, ale osamotniony i tak będzie "podążał za swoim nosem". W salad barze, gdzie Marchewka spędza większość czasu, dowie się nad kubkiem parującej herbaty, że za kilka godzin nieuchronnie stopnieje podczas odwilży. I że herbata mu nie służy.

Postaci nakreślone zostały na zasadzie opozycji. Butny i pewny siebie Marchewka (Igor Fijałkowski), z kowbojską chustką wokół szyi w kolorze marchewkowym, jest nieco rozgoryczony faktem, że jako warzywo żyje krótko. Entuzjastyczny i obdarzony dziecięcą wyobraźnią Bałwan (Artur Romański, także reżyser spektaklu), choć zaskoczony perspektywą rychłej śmierci, chce zrealizować swoje marzenia, poznać i doświadczyć jak najwięcej. Celów jest kilka: zobaczyć "cały świat" z punktu widokowego, pójść nad morze, zapytać ludzi, dlaczego tańczą nocą na dworze, uratować rannego gołębia. I najważniejszy: odpędzić samotność. Marchewka, nie mając "nic ciekawszego do roboty", oprowadza Bałwana po mieście. W miarę kolejnych przygód rodzi się między nimi coraz silniejsza więź. Marchewka chce uratować przyjaciela i wrócić z nim do lodówki, chociaż czeka go tam pewna śmierć w zupie. Pobocznym wątkiem jest nieodwzajemnione uczucie Sałatki Greckiej (Aleksandra Leszczyńska) do Marchewki. Ostatecznie to Sałatka wymyśli, jak uratować Bałwana.

Spektakl powstał według koncepcji wizualnej Artura Romańskiego, który zaprosił do współpracy inżynierkę papieru Martę Marię Madej. Scenografia i lalki powstały w technice pop up artu, wykorzystującej sztuki składania i cięcia papieru, czyli origami i kirigami. Składane dekoracje "ukryte są" w formie rozkładanych książeczek. To niewielkich rozmiarów, trójwymiarowe makiety z ruchowymi elementami. Przypominają przedmioty wykorzystywane w metodzie nauczania Montessori: młodzi widzowie podpatrują, że z kawałka papieru można stworzyć pomoce do zabawy. Marta Maria Madej każdy z papierowych elementów wykonała z wielką starannością o szczegóły. Za sprawą kamery i rzutników wyświetlona na trzech ekranach scenografia - na dodatek wprawiona w ruch - zmienia się w rzeczywistych rozmiarów salon fryzjerski (gdzie Marchewka opowiada fryzjerowi Fredowi historię o Bałwanie), salad bar, rynek i ulice miasteczka czy wzburzone morze. To ostatnie wykonano na dwa sposoby: jako papierową makietę i jako szklaną kulę napełnioną niebieskim płynem, w której światło, odbijając się, tworzy efekt zderzających się fal. Aktorzy zwracają się wprost do kamery (sterowanej przez aktorkę Magdalenę Dehr) lub poruszają na tle wyświetlanych na ekranie scenerii, na przykład w scenie latania, gdy kręcą się wokół własnej osi na tle zmniejszających się budynków. Lalkarze animują także swoje papierowe pierwowzory wewnątrz makiet. Zmieniające się scenerie nadają spektaklowi żywe tempo i pozwalają małym widzom zanurzyć się w przygodzie. Emocje bohaterów oddaje także nastrojowa muzyka Tomasza Lewandowskiego.

Lekki i świadczący o dobrym warsztacie pisarskim tekst Prześlugi zawiera dowcipne piosenki ("I wariat dzisiaj tańczy" do muzyki Seweryna Krajewskiego), pełen jest też niedopowiedzeń i gier słownych. Bałwan zabawia Gołębicę Laurę (papierową postać animuje Marta Berthold) docinaniem Marchewce, że "zadziera nosa", ma "wieczne muchy w nosie", chodzi "z nosem na kwintę". Dwuznaczny jest także tytuł spektaklu "Ja, Bałwan" (dramat Prześlugi napisany w 2015 roku grany był już we Wrocławiu jako "Może morze", a w Toruniu jako "A morze nie"). Czy słowo "bałwan", padające w rozmowie zakochanej Sałatki Greckiej i przebranego za kowboja korzenia, oznacza przyjaciela stojącego za oknem czy jednak samego Marchewkę? Zabawnie brzmi, gdy warzywo z pełną powagą instruuje Gołębicę na temat zasad bezpieczeństwa w powietrzu: "Co każde trzy godziny lotu należy odpocząć, są na to przepisy. Nawet taki kilkusekundowy sen może...". W spektaklu padają, zabarwione dowcipem, głębokie pytania egzystencjalne: o długość życia ("Data ważności"), o cechy antropomorficzne bohaterów ("Chyba jestem jakimś wyjątkowym bałwanem, skoro potrafię chodzić"). O wiedzę na temat świata ("Mam dwie godziny. I kompletnie nie wiem, co zrobić ze swoim życiem"; "Jesteś marchewką, nie wiesz wszystkiego"). O umieranie wreszcie ("Nie chciałbym, żeby na końcu bolało. Chcę, żeby było tak wspaniale do samego końca!", "Rozpłyniesz się. Staniesz się morzem"; "Morze jest nieskończone. Będę nieskończony"). Zarażeni pozytywną energią Bałwana bohaterowie, mimo niewesołej sytuacji, przyjmują afirmatywną postawę wobec życia.

W opublikowanym tekście Maliny Prześlugi Bałwan z Marchewką mieli lecieć za morze na Biegun Północny. W dobie globalnego ocieplenia nie byłoby to najlepszym rozwiązaniem - nie wiadomo, jak długo Bałwan przetrwałby na biegunie, skoro w zimie w ubiegłym roku w Arktyce najwyższa temperatura wynosiła nawet ponad 0 stopni Celsjusza. Wątek ekologiczny, funkcjonujący w przedstawieniu w formie niedomówienia nadpisanego przez rzeczywistość, zmienia zakończenie. Przyjaciele wyruszają w nieznane, uciekając przed odwilżą. Czy im się uda? Opinie są podzielone. Wymowa spektaklu jest jednak optymistyczna: należy czerpać z życia jak najwięcej i cokolwiek by się działo, na przyjaciołach zawsze można polegać.

Chociaż tematy egzystencjalne podejmowane w spektaklu wydają się niekiedy za trudne dla młodego widza, "Ja, Bałwan" to propozycja dla odbiorców w każdym wieku, którzy lubią historie przygodowe, fantastyczne, opowieści o miłości, przyjaźni, także o nauce latania. Po prostu tchnące nadzieją. To świetna propozycja na spędzenie czasu w teatrze w okresie świątecznym. I nie tylko.

Data publikacji:
27-12-2019
Źródło:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
JA, BAŁWAN

Skoro i tak zginiemy w zupie...
Katarzyna Lemańska

Głównymi tematami dramatu Maliny Prześlugi "Ja, Bałwan" są wartości egzystencjalno-filozoficzne: świadomość przemijania, odkrywanie życiowego celu i związana z tym epikurejska postawa carpe diem, a także - co nie jest częste w teatrze - męska przyjaźń. Bohaterowie utworu to trzykulkowy Bałwan i ten (uwaga: w rodzaju męskim) Marchewka. Połączył ich splot przypadków, w wyniku których Marchewka, zamiast wylądować w rosole, został nosem śniegowej postaci. W zabawnym i pełnym niedomówień dialogu rozpoznają swoje położenie i odtąd są już ze sobą związani na zawsze. Bałwan jeszcze wprawdzie wydmucha z siebie warzywo, uwalniając Marchewkę, ale osamotniony i tak będzie "podążał za swoim nosem". W salad barze, gdzie Marchewka spędza większość czasu, dowie się nad kubkiem parującej herbaty, że za kilka godzin nieuchronnie stopnieje podczas odwilży. I że herbata mu nie służy.

Postaci nakreślone zostały na zasadzie opozycji. Butny i pewny siebie Marchewka (Igor Fijałkowski), z kowbojską chustką wokół szyi w kolorze marchewkowym, jest nieco rozgoryczony faktem, że jako warzywo żyje krótko. Entuzjastyczny i obdarzony dziecięcą wyobraźnią Bałwan (Artur Romański, także reżyser spektaklu), choć zaskoczony perspektywą rychłej śmierci, chce zrealizować swoje marzenia, poznać i doświadczyć jak najwięcej. Celów jest kilka: zobaczyć "cały świat" z punktu widokowego, pójść nad morze, zapytać ludzi, dlaczego tańczą nocą na dworze, uratować rannego gołębia. I najważniejszy: odpędzić samotność. Marchewka, nie mając "nic ciekawszego do roboty", oprowadza Bałwana po mieście. W miarę kolejnych przygód rodzi się między nimi coraz silniejsza więź. Marchewka chce uratować przyjaciela i wrócić z nim do lodówki, chociaż czeka go tam pewna śmierć w zupie. Pobocznym wątkiem jest nieodwzajemnione uczucie Sałatki Greckiej (Aleksandra Leszczyńska) do Marchewki. Ostatecznie to Sałatka wymyśli, jak uratować Bałwana.

Spektakl powstał według koncepcji wizualnej Artura Romańskiego, który zaprosił do współpracy inżynierkę papieru Martę Marię Madej. Scenografia i lalki powstały w technice pop up artu, wykorzystującej sztuki składania i cięcia papieru, czyli origami i kirigami. Składane dekoracje "ukryte są" w formie rozkładanych książeczek. To niewielkich rozmiarów, trójwymiarowe makiety z ruchowymi elementami. Przypominają przedmioty wykorzystywane w metodzie nauczania Montessori: młodzi widzowie podpatrują, że z kawałka papieru można stworzyć pomoce do zabawy. Marta Maria Madej każdy z papierowych elementów wykonała z wielką starannością o szczegóły. Za sprawą kamery i rzutników wyświetlona na trzech ekranach scenografia - na dodatek wprawiona w ruch - zmienia się w rzeczywistych rozmiarów salon fryzjerski (gdzie Marchewka opowiada fryzjerowi Fredowi historię o Bałwanie), salad bar, rynek i ulice miasteczka czy wzburzone morze. To ostatnie wykonano na dwa sposoby: jako papierową makietę i jako szklaną kulę napełnioną niebieskim płynem, w której światło, odbijając się, tworzy efekt zderzających się fal. Aktorzy zwracają się wprost do kamery (sterowanej przez aktorkę Magdalenę Dehr) lub poruszają na tle wyświetlanych na ekranie scenerii, na przykład w scenie latania, gdy kręcą się wokół własnej osi na tle zmniejszających się budynków. Lalkarze animują także swoje papierowe pierwowzory wewnątrz makiet. Zmieniające się scenerie nadają spektaklowi żywe tempo i pozwalają małym widzom zanurzyć się w przygodzie. Emocje bohaterów oddaje także nastrojowa muzyka Tomasza Lewandowskiego.

Lekki i świadczący o dobrym warsztacie pisarskim tekst Prześlugi zawiera dowcipne piosenki ("I wariat dzisiaj tańczy" do muzyki Seweryna Krajewskiego), pełen jest też niedopowiedzeń i gier słownych. Bałwan zabawia Gołębicę Laurę (papierową postać animuje Marta Berthold) docinaniem Marchewce, że "zadziera nosa", ma "wieczne muchy w nosie", chodzi "z nosem na kwintę". Dwuznaczny jest także tytuł spektaklu "Ja, Bałwan" (dramat Prześlugi napisany w 2015 roku grany był już we Wrocławiu jako "Może morze", a w Toruniu jako "A morze nie"). Czy słowo "bałwan", padające w rozmowie zakochanej Sałatki Greckiej i przebranego za kowboja korzenia, oznacza przyjaciela stojącego za oknem czy jednak samego Marchewkę? Zabawnie brzmi, gdy warzywo z pełną powagą instruuje Gołębicę na temat zasad bezpieczeństwa w powietrzu: "Co każde trzy godziny lotu należy odpocząć, są na to przepisy. Nawet taki kilkusekundowy sen może...". W spektaklu padają, zabarwione dowcipem, głębokie pytania egzystencjalne: o długość życia ("Data ważności"), o cechy antropomorficzne bohaterów ("Chyba jestem jakimś wyjątkowym bałwanem, skoro potrafię chodzić"). O wiedzę na temat świata ("Mam dwie godziny. I kompletnie nie wiem, co zrobić ze swoim życiem"; "Jesteś marchewką, nie wiesz wszystkiego"). O umieranie wreszcie ("Nie chciałbym, żeby na końcu bolało. Chcę, żeby było tak wspaniale do samego końca!", "Rozpłyniesz się. Staniesz się morzem"; "Morze jest nieskończone. Będę nieskończony"). Zarażeni pozytywną energią Bałwana bohaterowie, mimo niewesołej sytuacji, przyjmują afirmatywną postawę wobec życia.

W opublikowanym tekście Maliny Prześlugi Bałwan z Marchewką mieli lecieć za morze na Biegun Północny. W dobie globalnego ocieplenia nie byłoby to najlepszym rozwiązaniem - nie wiadomo, jak długo Bałwan przetrwałby na biegunie, skoro w zimie w ubiegłym roku w Arktyce najwyższa temperatura wynosiła nawet ponad 0 stopni Celsjusza. Wątek ekologiczny, funkcjonujący w przedstawieniu w formie niedomówienia nadpisanego przez rzeczywistość, zmienia zakończenie. Przyjaciele wyruszają w nieznane, uciekając przed odwilżą. Czy im się uda? Opinie są podzielone. Wymowa spektaklu jest jednak optymistyczna: należy czerpać z życia jak najwięcej i cokolwiek by się działo, na przyjaciołach zawsze można polegać.

Chociaż tematy egzystencjalne podejmowane w spektaklu wydają się niekiedy za trudne dla młodego widza, "Ja, Bałwan" to propozycja dla odbiorców w każdym wieku, którzy lubią historie przygodowe, fantastyczne, opowieści o miłości, przyjaźni, także o nauce latania. Po prostu tchnące nadzieją. To świetna propozycja na spędzenie czasu w teatrze w okresie świątecznym. I nie tylko.

Data publikacji:
27-12-2019
Źródło:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
JA, BAŁWAN

Całe życie z wariatami
Monika Nawrocka-Leśnik
To nie żart, wczoraj na moją listę najważniejszych dzieł traktujących o męskiej przyjaźni, po m.in. wydanych pod koniec lat 30.w USA Myszach i ludziach Johna Steinbecka i oscarowym Green booku Petera Farrelly'ego z 2018 roku, trafił Ja, Bałwan. Tekst Maliny Prześlugi w reżyserii Artura Romańskiego pokazał Teatr Animacji.

Bohaterami Myszy i ludzi są George i Lennie, którzy marzą o posiadaniu własnej farmy i hodowli królików. Tytuł szybko zyskał popularność, trafił na ekrany kin i scenę. Film w reżyserii Lewisa Milestone'a z 1939 roku otrzymał aż cztery nominacje do Oscara. W drugiej kinowej adaptacji, której reżyserem był Gary Sinise, w rolę jednego z przyjaciół wcielił się John Malkovich. Ale na postawie książki powstało też kilka filmów telewizyjnych oraz pokazano ją na Broadwayu.

Green book Petera Farrelly'ego, który jest opowieścią o niezwykłej znajomości szofera i muzyka z wyższych sfer, ma na swoim koncie m.in. trzy Oscary i kilka Złotych Globów. A tekst A morze nie Maliny Prześlugi nagrodzony został w 2015 roku w Konkursie na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży organizowanym przez CSD w Poznaniu. Spektakle zrealizowano we Wrocławskim Teatrze Lalek, Teatrze Baj Pomorski, od wczoraj też - pod tytułem Ja, Bałwan - można go oglądać w Teatrze Animacji. Tej lawiny nie da się zatrzymać...

Ruszaj tymi kulkami

Akcję rozpoczyna wartka opowieść Marchewki (w tej roli świetny Igor Fijałkowski). Pewny siebie, pomarańczowy, smukły typ, zasiadłszy na fotelu fryzjerskim wspomina swoje życie w lodówce. Dowiadujemy się m.in. tego, że Selera pocięto w plasterki, że Cebula po nim rozpaczała. Ale także tego, że on sam ledwo uszedł z życiem, bo miał skończyć w rosole... Ktoś jednak "chwycił go za nać" i długo biegł. Kiedy Marchewka się ocknął nie mógł się poruszać, żadne wiercenie ani wierzganie nie pomogło. Bo już "tkwił". W Bałwanie (w postać wcielił się sam reżyser Artur Romański, i lepiej być nie mogło).

Brzmi to makabrycznie, wiem. Ale koniec życia Marchewki w lodówce, stał się początkiem jego przyjaźni z Bałwanem. Marchewka na samym początku chce odejść, bo nie podoba mu się perspektywa stagnacji w "kupie śniegu". Ale Bałwan trafia do Salad baru, w którym pracuje, czująca miętę do Marchewki, Grecka Sałatka. Chce się tam napić gorącej herbaty z Cytryną. Na szczęście jednak przed szkodliwymi (a nawet śmiertelnymi) skutkami tego działania ostrzega go... jego własny nos.

Naturalnie ze sobą związani bohaterowie - choć zupełnie różni, bo Bałwana cieszy dosłownie wszystko, a Marchewce trudno dogodzić, wyruszają nad morze. Bohater ze śniegowych kulek bardzo chce je zobaczyć, ponieważ Marchewka wytłumaczył mu, że czeka go co najwyżej kilka dni życia. W czasie podróży poznają imprezujących w noc sylwestrową ludzi (ci świętują coś, co się kończy i wcale z tego powodu się nie smucą, bo wiedzą, że przed nimi jest coś nowego) oraz natrafiają na leżącego na drodze Gołębia. Bałwanowi - za pomocą silnej woli i miłości, udaje się go uratować, a ten w podziękowaniu uczy go latać.

Marchewka: Całe życie z wariatami... Widziałeś kiedyś latającego bałwana?

Bałwan: Jeszcze nie. Ale żyję dopiero trzy godziny. Co mam robić?

Gołąb: Wyprostuj plecy, rozłóż skrzydła, zrób kilka kroków i machnij skrzydłami mocno w dół.

Marchewka: On nie ma skrzydeł.

Z minuty na minutę Bałwan i Marchewka są sobie bliżsi. Ten pierwszy zaraża swoją pogodą ducha, a drugi dzieli się życiowym doświadczeniem, jest przewodnikiem. Bałwan kocha żyć, więc chce każdą chwilę jaka mu pozostała wykorzystać jak najlepiej. Nie chce być sam, nie chce by go bolało. Marchewka z kolei, ten sam, który wcześniej miewał "muchy w nosie" i "nosem na wiele rzeczy kręcił", nie może pogodzić się z tym, że wraz z odwilżą jego przyjaciel odejdzie. Szukając rozwiązania tej patowej sytuacji, zaskakuje sam siebie. A widzowie nie tylko są świadkami jego stopniowej przemiany, ale także kształtu, wagi, głosu i barwy, jakie w ciągu godzinnej opowieści nabrało słowo, które nieprzypadkowo nie ma zdrobnienia - przyjaźń.

Jak we śnie

Artur Romański (choć może już wcześniej, pisząc ten tekst, zrobiła to sama Prześluga) zdecydował, że potraktuje młodego widza naprawdę serio. Scenografię do spektaklu przygotowała Marta Maria Madej, autorem muzyki jest Tomasz Lewandowski. Oboje już wcześniej współpracowali z Teatrem Animacji przy realizacji La la lalek. Proste, budujące nastrój kompozycje Lewandowskiego wzbogacone zostały piosenkami Prześlugi. Usłyszeliśmy sparafrazowane utwory: Wariatka tańczy Agnieszki Osieckiej czy Sen Wariata.

Pewną uważność, czujność, troskę i wrażliwość na to, co się dzieje wokół nas widać także w scenografii, jaką przygotowała Marta Madej. Jej papierowe makiety - miasta, przez które przeszli Marchewka z Bałwanem, Salad baru, lasu i morza, ale też sami bohaterowie, są spełnieniem marzeń miłośników detali. Lekkie i niewielkie, tym samym łatwe do przenoszenia elementy, pozwalały na wręcz płynną zmianę stonowanej dekoracji. Długo też nie zapomnę tej jednej nocy, gwiazd wyczarowanych z podziurawionego pudła. I strumieni światła przebijającego fale, do których powstania wystarczyła szklana kula z wodą.

Chwilami akcja posuwała się w technice teatru cieni, przede wszystkim jednak były to liczne projekcje. Dzięki kamerkom wprowadzonym do zaprojektowanych przestrzeni można było podejrzeć, co dzieje się wewnątrz. Zabieg ten pozwolił na zmianę perspektywy, można było coś przybliżyć albo oddalić. I tak na przykład przeniesienie niewielkiej ulicy na duży ekran umożliwiło swobodny spacer bohaterów/aktorów w żywym planie. Mogliśmy też dostrzec czy oby na pewno makijaż Greckiej Sałatki (wielkości plastikowego kubka) nie ma żadnych niedociągnięć.

Ja, bałwan to nie żart. Spektakl dedykowany jest zaledwie sześcioletnim dzieciom, ale sama uważam, że mogą, a nawet powinni zobaczyć go wszyscy, bez względu na wiek. Wszyscy sfrustrowani codziennością, obawiający się tego, co nowe, co przed nimi/nami. Wszyscy z jesienną depresją, wypaleniem, ci wątpiący. Bo w końcu ktoś przypomina, że są w życiu rzeczy, które nas nie ominą, z którymi trzeba się pogodzić. Że to, co przynosi nam los można przyjmować z radością. Przypomina, co jest w życiu naprawdę istotne, o co należy walczyć. Ja, bałwan mówi o przyjaźni, dla której zawsze warto poświęcić wiele. W tym przypadku o tej męskiej, często oszczędnej w słowa i okazywanie emocji więzi, którą buduje się poprzesz wspólne działanie. Ale to nic, że o męskiej. To naprawdę nieważne...


Data publikacji:
16.11.2019

Źródło publikacji:
kultura.poznan.pl

Recenzowany spektakl:
JA, BAŁWAN