Szaleństwa prasłowiańsko-brazylijsko-holendersko-polskie
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Jak zapoznać polskie dzieci z prasłowiańską mitologią w sposób niebanalny, interaktywny, artystycznie wysublimowany – żeby było „troszku straszno, a ciut-ciut śmieszno”, ale w sumie wesoło i koniecznie z happy endem? Odpowiedź jest prosta: trzeba zaangażować Brazylijczyka! I stanie się cud: dzieci będą się świetnie bawić, spontanicznie i twórczo uczestniczyć w akcji – z pełnym niewymuszeniem, a w dodatku z przekonaniem, że wpływają na jej bieg!

Nudno w żadnym wypadku nie będzie, choć chwilami porobi się trochę dziwnie, strasznie, a czasami niezbyt smacznie i przyzwoicie, bo w końcu plwociny wsmarowane w głowę to nie jest gag z kręgu wyższej sztuki. Ale cóż, nie da się zaprzeczyć, że w dziecięcych zabawach, psotach, żartach taki chwyt rodem wprost ze starogreckiego mimu, rzymskiej pantomimy czy generalnie wszelakiego teatru jarmarcznego się pojawia. Czy mamy z tego powodu potępiać „niepedagogiczny” Teatr Animacji, który pozwolił Brazylijczykowi zaszaleć ciut obscenicznie na swojej scenie? Już Jan Dorman twierdził, że „wszystko jest dla ludzi, także dla dzieci” – sam to słyszałem z jego ust w roku 1983, podczas festiwalu teatru lalek w Opolu. „A kto to taki ten Dorman?” Ba!

W dodatku owo wsmarowanie to nie jest niesmaczny dowcip, ale czynność wysoce magiczna, która ma przynieść rezultat zbawienny dla całej ludzkości!

Na poznańskiej lalkowej scenie zaszalał kolejny (po Australijczyku Neville’u Tranterze) emigrant osiadły w Holandii – Duda Paiva, który przeniósł się z ojczystej Brazylii do „niskiego kraju” (najwyraźniej lalkarskiej Mekki) w roku 1996. Ten aktor, choreograf, konstruktor lalek, lider firmowanego własnym nazwiskiem holenderskiego zespołu wynalazł i z powodzeniem zastosował w swych przedstawieniach bardzo plastyczne, gumowe, „zwierzoczłekopodobne” formy, które niejako „zrastają się” z animującymi je osobami, tworząc z nimi niemal organiczną całość. Kiedy w materiałach promocyjnych przeczytałem, że Paiva znany jest powszechnie jako „tańczący z lalkami”, odesłałem autora tego sloganowatego konceptu do czyśćca dla reklamiarzy. Kiedy jednak zobaczyłem aktorów i aktorki Teatru Animacji zrośniętych z gumowymi potworkami, działających z nimi w ścisłej symbiozie i pełnej kończynowo-tułowiowej harmonii, stwierdziłem, że koncept ów, ujmując rzecz w języku polskiego sądownictwa, „opiera się na prawdzie”.

Brazylijczykowi do kompanii dodano polską mistrzynię pióra Malinę Prześlugę, żeby jego prasłowiańskie rojenia umieściła w spójnej dramaturgicznie formie. I takoż się dokonało.

Co się dzieje na scenie? Otóż, mamy tu do czynienia z nadzorującym chmury i opady atmosferyczne niejakim Płanetnikiem (potężny gumowy tułów z umięśnieniem hiperkulturysty, tyle że gęba niezbyt sympatyczna – jak u wszystkich tych stworów), który najpierw niedomaga, a potem wciągany jest przez jakieś Złe w otwór w pięknej brązowej ścianie z włóknowatego materiału, będącej prostym, niewymyślnym, a estetycznie wysublimowanym tłem całej akcji. Naszej pozbawionej Płanetnika planecie grozi wskutek tego brak wspomnianych opadów z nieba.

W niecny czyn osłabienia, a później porwania bożka-kulturysty zamieszany jest najprawdopodobniej niejaki Kłobuk – zły duszek, przybierający dla zmylenia przeciwników różne postaci, aktualnie grasujący bardzo dziarsko po scenie w formie ptaka i wydający z siebie denerwujące piski i szczebioty. Pojawienie się Kłobuka, jak informuje pełniący rolę narratora jeden z obecnych na scenie ludzi, zawsze zwiastuje jakieś nieszczęście.

Gdy Płanetnik już do ponad połowy znika w brązowej ścianie, porzucając osobę swego animatora, przerażeni „Prasłowianie” ze sceny postanawiają przywołać Babę-Znachorkę. Ciekawe jest to, że ci nasi „przodkowie” bez żadnych ceregieli zwracają się do siebie po imieniu (po tym prawdziwym, prywatnym imieniu aktorki czy aktora), zwłaszcza wtedy gdy przychodzi im się wślizgnąć z tułowiem i kończynami w gumowe szkarady. Nie ma żadnych Ziemowitów, Leszków, Czeszków, Dobraw czy Ludmił – na scenie Teatru Animacji panuje pełna jawność w kwestii aktorsko-animacyjnych wcieleń.

Dodajmy, że po raz pierwszy do pomocy wezwane są tu dzieci z widowni, które bardzo dziarsko (i skutecznie) przywołują Babę – obszernego, brzuchatego stwora z wielkimi, zwisającymi piersiami i dość wredną facjatą. Baba wniesiona jest na scenę w formie zwiniętego, gumowego walca, który za sprawą animującej go aktorki cudownie ożywa, przybierając opisaną już pokrótce formę. Baba-Znachorka oraz inne ludzkie postaci z gumy animowane są przez dwie osoby – jedna „obsługuje” tułów i lewą rękę, druga – prawą rękę. Sprawa skomplikuje się dopiero, gdy na scenę wkroczy Ciocia-Jędza, a później wielki Potwór (ale to za moment).

Potem dzieci proszone są o pomoc, gdy trzeba podnieść niedomagającego Płanetnika do góry. Zachęcane są do wspomagającego scenicznych „Prasłowian” skakania, które ma dać dodatkową energię potrzebną do wzniesienia wielkiej gumowej formy ponad poziom sceny. (Dziewczynka obok: „Ale fajnie!” Jasne, że fajnie – nareszcie ktoś dostrzega ze sceny siedzące na widowni dzieci, a w dodatku organizuje ich sensowne współdziałanie, które wpływa na przebieg akcji! Ale w tej kwestii najlepsze jeszcze przed nami.)

Gdy Płanetnika uniesionego wspólnymi aktorsko-widzowskimi siłami Złe wciąga już prawie do końca w ścianę, gdy nie pomaga nawet (to teraz!) magiczny zabieg w postaci śliny wcieranej w głowę i gdy Baba-Znachorka ogłasza swą pełną bezradność, zrozpaczeni ludzie ze sceny przywołują na pomoc animowaną tym razem aż przez trzy osoby, zaanonsowaną przed chwilą Ciocię Jędzę, która najpierw zachęca przewrotnie dzieci (ale tylko werbalnie, bez sprawczości) do częstowania się licznymi przywiezionymi ponoć w wielkim kufrze słodyczami (jej diagnoza: „Cukru wam brak!”. Aha, ty taka, owaka – pewnie dalej będzie coś à la domek z piernika, a w nim rożen na dzieci – pamiętamy!), a potem (o zgrozo!) przywołuje pod sceniczną rampę Bogu ducha winną dziewczynkę z pierwszego rzędu, niejaką Dagmarkę. Dodam od razu, dla wyciszenia nastroju, że nic złego się nie stało – Dagmarka odegrała bardzo ważną rolę w przedstawieniu, intensywnie konwersując z Jędzą i zwracając w końcu uwagę nader roztargnionej Cioci na znikającego za ścianą Płanetnika, który – dodajmy – okazał jej skrajną niewdzięczność, miotając pod jej adresem jakieś (na szczęście niezbyt wyraźne) przekleństwa. Skończyło się na tym, że Dagmarka odważyła się nawet… pocałować na pożegnanie Jędzę w gumowy policzek. Dzielna dziewczyna!

I tak dalej aż do szczęśliwego końca, kiedy to mleko czarnej krowy i jajo czarnej kury (w tej ostatniej roli wystąpiła łysa głowa jednego z aktorów) spowodowało nagły przypływ sił u Płanetnika, który przy pomocy „Prasłowian” ze sceny oraz dzieci z widowni został odzyskany i udał się w sfery niebiańskie, skąd natychmiast zesłał na ziemię liczne płatki śniegu. Końcowe sekwencje przedstawienia uatrakcyjnił wielki gumowy Potwór, który wymagał od swych animatorów udzielenia mu nie tylko ich rąk i tułowia, lecz również nóg, a kiedy trzeba było, merdał także ogonem (dzieci: „Piesio! Piesio!).

Pora tu najwyższa zaznaczyć, że pędząca szaleńczo naprzód akcja jest najpierw poprzedzona, a potem przeplatana pięknie zakomponowanymi i takoż odśpiewanymi wschodniosłowiańskimi pieśniami, które cieszą ucho i dają widzom nieodzowne chwile zawieszenia, odpoczynku, pozbierania myśli, a czasem być może nawet refleksji.

Wszystkich gagów nie sposób w krótkiej recenzji opowiedzieć, ale konwencja tego szalonego przedsięwzięcia jest już, sądzę, dość szczegółowo zarysowana. Zabawa jest przednia, prasłowiański komponent edukacyjny – a jakże – obecny, a karnawałowy, polsko-brazylijski, wywracający na nice duch wszechzabawy – dominujący. No i nareszcie po trzydziestu czterech latach od premiery Baśni Andersena Nieinstytucjonalnego Zawodowego Teatru Wierzbak obejrzałem sprawną, sensowną, momentami fascynującą współpracę aktorów z dziećmi na widowni! Pytanie (smutnawe, niekarnawałowe): czy żeby to osiągnąć, trzeba było zawezwać na pomoc aż holenderskiego Brazylijczyka?

P.S. Ciekawe spostrzeżenie: na widowni spektaklu w piątek, 25 listopada 2016 roku, o godz. 9.30 było tak jak trzeba – nauczycielki nie wrzeszczały na dziatwę w wieku wczesnoszkolnym, dziatwa zanadto nie dokazywała, a jeśli to w (lekkim) nadmiarze czyniła, była sprawnie – delikatnie, lecz stanowczo – przywoływana do porządku. A nadto sensownie brała udział w akcji w trakcie owych świetnie zaaranżowanych fragmentów spektaklu, gdy mogła to czynić. No i panie bileterki nic a nic nie dolewały oliwy do ognia – nie demonstrowały np. obrzydzenia wobec faktu, że jakaś rozbrykana dziatwa kala swą obecnością Przybytek Kultury Wyższej. Było normalnie. Czyli u nas też można.
Jak długo jeszcze?

Data publikacji:
28.11.2016

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/recenzje/szalenstwa-praslowiansko-brazylijsko-holendersko-polskie,1769.html

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI

Szaleństwa prasłowiańsko-brazylijsko-holendersko-polskie
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Jak zapoznać polskie dzieci z prasłowiańską mitologią w sposób niebanalny, interaktywny, artystycznie wysublimowany – żeby było „troszku straszno, a ciut-ciut śmieszno”, ale w sumie wesoło i koniecznie z happy endem? Odpowiedź jest prosta: trzeba zaangażować Brazylijczyka! I stanie się cud: dzieci będą się świetnie bawić, spontanicznie i twórczo uczestniczyć w akcji – z pełnym niewymuszeniem, a w dodatku z przekonaniem, że wpływają na jej bieg!

Nudno w żadnym wypadku nie będzie, choć chwilami porobi się trochę dziwnie, strasznie, a czasami niezbyt smacznie i przyzwoicie, bo w końcu plwociny wsmarowane w głowę to nie jest gag z kręgu wyższej sztuki. Ale cóż, nie da się zaprzeczyć, że w dziecięcych zabawach, psotach, żartach taki chwyt rodem wprost ze starogreckiego mimu, rzymskiej pantomimy czy generalnie wszelakiego teatru jarmarcznego się pojawia. Czy mamy z tego powodu potępiać „niepedagogiczny” Teatr Animacji, który pozwolił Brazylijczykowi zaszaleć ciut obscenicznie na swojej scenie? Już Jan Dorman twierdził, że „wszystko jest dla ludzi, także dla dzieci” – sam to słyszałem z jego ust w roku 1983, podczas festiwalu teatru lalek w Opolu. „A kto to taki ten Dorman?” Ba!

W dodatku owo wsmarowanie to nie jest niesmaczny dowcip, ale czynność wysoce magiczna, która ma przynieść rezultat zbawienny dla całej ludzkości!

Na poznańskiej lalkowej scenie zaszalał kolejny (po Australijczyku Neville’u Tranterze) emigrant osiadły w Holandii – Duda Paiva, który przeniósł się z ojczystej Brazylii do „niskiego kraju” (najwyraźniej lalkarskiej Mekki) w roku 1996. Ten aktor, choreograf, konstruktor lalek, lider firmowanego własnym nazwiskiem holenderskiego zespołu wynalazł i z powodzeniem zastosował w swych przedstawieniach bardzo plastyczne, gumowe, „zwierzoczłekopodobne” formy, które niejako „zrastają się” z animującymi je osobami, tworząc z nimi niemal organiczną całość. Kiedy w materiałach promocyjnych przeczytałem, że Paiva znany jest powszechnie jako „tańczący z lalkami”, odesłałem autora tego sloganowatego konceptu do czyśćca dla reklamiarzy. Kiedy jednak zobaczyłem aktorów i aktorki Teatru Animacji zrośniętych z gumowymi potworkami, działających z nimi w ścisłej symbiozie i pełnej kończynowo-tułowiowej harmonii, stwierdziłem, że koncept ów, ujmując rzecz w języku polskiego sądownictwa, „opiera się na prawdzie”.

Brazylijczykowi do kompanii dodano polską mistrzynię pióra Malinę Prześlugę, żeby jego prasłowiańskie rojenia umieściła w spójnej dramaturgicznie formie. I takoż się dokonało.

Co się dzieje na scenie? Otóż, mamy tu do czynienia z nadzorującym chmury i opady atmosferyczne niejakim Płanetnikiem (potężny gumowy tułów z umięśnieniem hiperkulturysty, tyle że gęba niezbyt sympatyczna – jak u wszystkich tych stworów), który najpierw niedomaga, a potem wciągany jest przez jakieś Złe w otwór w pięknej brązowej ścianie z włóknowatego materiału, będącej prostym, niewymyślnym, a estetycznie wysublimowanym tłem całej akcji. Naszej pozbawionej Płanetnika planecie grozi wskutek tego brak wspomnianych opadów z nieba.

W niecny czyn osłabienia, a później porwania bożka-kulturysty zamieszany jest najprawdopodobniej niejaki Kłobuk – zły duszek, przybierający dla zmylenia przeciwników różne postaci, aktualnie grasujący bardzo dziarsko po scenie w formie ptaka i wydający z siebie denerwujące piski i szczebioty. Pojawienie się Kłobuka, jak informuje pełniący rolę narratora jeden z obecnych na scenie ludzi, zawsze zwiastuje jakieś nieszczęście.

Gdy Płanetnik już do ponad połowy znika w brązowej ścianie, porzucając osobę swego animatora, przerażeni „Prasłowianie” ze sceny postanawiają przywołać Babę-Znachorkę. Ciekawe jest to, że ci nasi „przodkowie” bez żadnych ceregieli zwracają się do siebie po imieniu (po tym prawdziwym, prywatnym imieniu aktorki czy aktora), zwłaszcza wtedy gdy przychodzi im się wślizgnąć z tułowiem i kończynami w gumowe szkarady. Nie ma żadnych Ziemowitów, Leszków, Czeszków, Dobraw czy Ludmił – na scenie Teatru Animacji panuje pełna jawność w kwestii aktorsko-animacyjnych wcieleń.

Dodajmy, że po raz pierwszy do pomocy wezwane są tu dzieci z widowni, które bardzo dziarsko (i skutecznie) przywołują Babę – obszernego, brzuchatego stwora z wielkimi, zwisającymi piersiami i dość wredną facjatą. Baba wniesiona jest na scenę w formie zwiniętego, gumowego walca, który za sprawą animującej go aktorki cudownie ożywa, przybierając opisaną już pokrótce formę. Baba-Znachorka oraz inne ludzkie postaci z gumy animowane są przez dwie osoby – jedna „obsługuje” tułów i lewą rękę, druga – prawą rękę. Sprawa skomplikuje się dopiero, gdy na scenę wkroczy Ciocia-Jędza, a później wielki Potwór (ale to za moment).

Potem dzieci proszone są o pomoc, gdy trzeba podnieść niedomagającego Płanetnika do góry. Zachęcane są do wspomagającego scenicznych „Prasłowian” skakania, które ma dać dodatkową energię potrzebną do wzniesienia wielkiej gumowej formy ponad poziom sceny. (Dziewczynka obok: „Ale fajnie!” Jasne, że fajnie – nareszcie ktoś dostrzega ze sceny siedzące na widowni dzieci, a w dodatku organizuje ich sensowne współdziałanie, które wpływa na przebieg akcji! Ale w tej kwestii najlepsze jeszcze przed nami.)

Gdy Płanetnika uniesionego wspólnymi aktorsko-widzowskimi siłami Złe wciąga już prawie do końca w ścianę, gdy nie pomaga nawet (to teraz!) magiczny zabieg w postaci śliny wcieranej w głowę i gdy Baba-Znachorka ogłasza swą pełną bezradność, zrozpaczeni ludzie ze sceny przywołują na pomoc animowaną tym razem aż przez trzy osoby, zaanonsowaną przed chwilą Ciocię Jędzę, która najpierw zachęca przewrotnie dzieci (ale tylko werbalnie, bez sprawczości) do częstowania się licznymi przywiezionymi ponoć w wielkim kufrze słodyczami (jej diagnoza: „Cukru wam brak!”. Aha, ty taka, owaka – pewnie dalej będzie coś à la domek z piernika, a w nim rożen na dzieci – pamiętamy!), a potem (o zgrozo!) przywołuje pod sceniczną rampę Bogu ducha winną dziewczynkę z pierwszego rzędu, niejaką Dagmarkę. Dodam od razu, dla wyciszenia nastroju, że nic złego się nie stało – Dagmarka odegrała bardzo ważną rolę w przedstawieniu, intensywnie konwersując z Jędzą i zwracając w końcu uwagę nader roztargnionej Cioci na znikającego za ścianą Płanetnika, który – dodajmy – okazał jej skrajną niewdzięczność, miotając pod jej adresem jakieś (na szczęście niezbyt wyraźne) przekleństwa. Skończyło się na tym, że Dagmarka odważyła się nawet… pocałować na pożegnanie Jędzę w gumowy policzek. Dzielna dziewczyna!

I tak dalej aż do szczęśliwego końca, kiedy to mleko czarnej krowy i jajo czarnej kury (w tej ostatniej roli wystąpiła łysa głowa jednego z aktorów) spowodowało nagły przypływ sił u Płanetnika, który przy pomocy „Prasłowian” ze sceny oraz dzieci z widowni został odzyskany i udał się w sfery niebiańskie, skąd natychmiast zesłał na ziemię liczne płatki śniegu. Końcowe sekwencje przedstawienia uatrakcyjnił wielki gumowy Potwór, który wymagał od swych animatorów udzielenia mu nie tylko ich rąk i tułowia, lecz również nóg, a kiedy trzeba było, merdał także ogonem (dzieci: „Piesio! Piesio!).

Pora tu najwyższa zaznaczyć, że pędząca szaleńczo naprzód akcja jest najpierw poprzedzona, a potem przeplatana pięknie zakomponowanymi i takoż odśpiewanymi wschodniosłowiańskimi pieśniami, które cieszą ucho i dają widzom nieodzowne chwile zawieszenia, odpoczynku, pozbierania myśli, a czasem być może nawet refleksji.

Wszystkich gagów nie sposób w krótkiej recenzji opowiedzieć, ale konwencja tego szalonego przedsięwzięcia jest już, sądzę, dość szczegółowo zarysowana. Zabawa jest przednia, prasłowiański komponent edukacyjny – a jakże – obecny, a karnawałowy, polsko-brazylijski, wywracający na nice duch wszechzabawy – dominujący. No i nareszcie po trzydziestu czterech latach od premiery Baśni Andersena Nieinstytucjonalnego Zawodowego Teatru Wierzbak obejrzałem sprawną, sensowną, momentami fascynującą współpracę aktorów z dziećmi na widowni! Pytanie (smutnawe, niekarnawałowe): czy żeby to osiągnąć, trzeba było zawezwać na pomoc aż holenderskiego Brazylijczyka?

P.S. Ciekawe spostrzeżenie: na widowni spektaklu w piątek, 25 listopada 2016 roku, o godz. 9.30 było tak jak trzeba – nauczycielki nie wrzeszczały na dziatwę w wieku wczesnoszkolnym, dziatwa zanadto nie dokazywała, a jeśli to w (lekkim) nadmiarze czyniła, była sprawnie – delikatnie, lecz stanowczo – przywoływana do porządku. A nadto sensownie brała udział w akcji w trakcie owych świetnie zaaranżowanych fragmentów spektaklu, gdy mogła to czynić. No i panie bileterki nic a nic nie dolewały oliwy do ognia – nie demonstrowały np. obrzydzenia wobec faktu, że jakaś rozbrykana dziatwa kala swą obecnością Przybytek Kultury Wyższej. Było normalnie. Czyli u nas też można.
Jak długo jeszcze?

Data publikacji:
28.11.2016

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl/recenzje/szalenstwa-praslowiansko-brazylijsko-holendersko-polskie,1769.html

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI

Demony nie lalki
Maria Maczuga, Nowa Siła Krytyczna
"Opowieściami z niepamięci" poznański Teatr Animacji przypomina słowiańskie legendy. Spektakl wyreżyserował Duda Paiva, który solowym występem "Bastard" dwa lata temu rozkochał w sobie i swoich roztańczonych lalkach dorosłą publiczność Festiwalu "Konteksty". Fenomen sztuki lalkarskiej tego brazylijskiego artysty sprawia, że demonologia adresowana do dzieci gromadzi także dojrzałą publiczność, to zasługa maestrii, z jaką tworzy niezwykłe animanty, ale również opowiadanych historii.

Niewiele zachowało się tekstów i dokumentów, które mogłyby przybliżyć starą kulturę Słowian. Twórcy nie znaleźli dawnych pieśni polskich, sięgnęli po utwory obce. Wykonywane są w oryginale między kolejnymi scenami, tworzą klimat, nie budują akcji. Malina Prześluga połączyła ocalałe fragmenty legend o demonach w spójną, współczesną fabułę. Nowoczesność okazuje się atutem spektaklu, publiczność błyskawicznie zanurza się w historię. Mamy w niej demony, ale są też aktorzy, zwracający się do siebie po imieniu, widzowie biorący udział w akcji i ścianę Gdy publiczność zajmuje miejsca, ma przed sobą na scenie kotarę o nierównej fakturze, w różnych odcieniach brązu. Natychmiast pojawia się skojarzenie, że to kora, omszała skała, las, który zamieszkują demony, ale aktorzy rozmawiając czy komentując sytuację, nazywają ten obiekt ścianą, nie lasem.

Z nieba spada Płanetnik i nie potrafi do niego wrócić. Jeśli nie opuści ziemi, umrze. Zagrożona jest także pogoda, za którą odpowiada. Aktorzy próbują mu pomóc. Ludzkie zdolności nie wystarczają jednak, by uratować istotę nadprzyrodzoną. Potrzebna jest magia. Płanetnika może wybawić z opresji tylko inny demon. Te okazują się niechętne. Gdy na scenie pojawia się rubaszna Baba, aktorzy muszą wykazać się sprytem i tak długo, i tak serdecznie do niej mówić, aż wreszcie zechce zwrócić uwagę na Płanetnika. Zaklęcie, odór brudnych stóp, ani mikstura ze śliny nie skutkują. Baba odchodzi, ale wcześniej udziela rady, że mleko i jajko przywrócą siłę demonowi. Żaden z widzów nie ma ich przy sobie. Nadchodzi Jędza. Ciocia Sklerocia, jak sama siebie nazywa, jest życzliwa i troskliwa. Wabi do siebie dzieci słodyczami, ale Płanetnikiem, którego ściana wciąga coraz bardziej, nie interesuje się.

Niełatwo określić czy demony są dobre czy złe i jakie mają intencje. Sytuacja balansuje na granicy śmiechu, humoru, odrazy, grozy. Atmosfera została jednak precyzyjnie wyważona, żeby widz, zwłaszcza mały, czuł się bezpiecznie, a w zabawnych momentach nie zdołał nabroić.

Publiczność wykonuje polecenia aktorów, rozmawia z nimi, ale jednocześnie w lalkach (animowanych przez tych samych aktorów) widzi demony. Działa magia teatru, na którą składa się kunszt animacji i unikatowa technika wykonania animantów. Lalki zostały zrobione ze sprężystej gąbki, każda z nich posiada indywidualne cechy. Mają tak ekspresyjne twarze, że animatorzy, którzy nimi poruszają znikają za formą. Muskularny Płanetnik o zasmuconej twarzy, przypominający trochę kłębiastą chmurę, wykonuje mikrogesty i mikrotchnienia nawet, gdy już nikt go nie animuje. Piłka rozwija się w grubą Babę z obwisłym biustem, którym jak głoszą podania dusiła nieuważnych dorosłych. Mimo że lalkarz nie ma szans ukryć się za wychudzoną Jędzą, publiczność słyszy i widzi jak przemawia do nich demon, a nie aktor modulujący głos. Ogromny strach wzbudza spuszczony ze smyczy Bezkost z wielką rozwartą paszczą. Zwłaszcza, że chwilę wcześniej, na ścianie przemykał jego cień, gdy polował na ptaka. Za każdym razem, kiedy pojawia się Kłobuk, widzowie na głos dzielą się zachwytem. Demon ukryty pod postacią ptaka tańczy, piszczy i skrzeczy. Daruje też Płanetnikowi jajko, niezwykłe, bo wyczarowane za pomocą animacji łysej głowy aktora (Marcel Górnicki).

Ta historia w pięknej teatralnej formie przywraca pamięć kulturową. Pomaga uwierzyć, że starosłowiańskie demony nadal istnieją, działają i odpowiadają za nieprzewidywalne zachowania przyrody. Jednocześnie stanowi mądrą opowieść o pomocy, sile życzliwych słów i czynów, wdzięczności, a dla dzieci jest przestrogą przed zbytnią ufnością wobec nieznajomych, bo Jędz na świecie żyje wiele. "Opowieści z niepamięci" prezentowane są również zagranicą, wszędzie wzbudzają entuzjazm. Doniesienia o tych sukcesach budują napięcie, kiedy wreszcie spektakl pojawi się na poznańskiej scenie. Nie można ich przegapić.

Data publikacji:
27.02.2017

Źródło publikacji:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI

Demonologia dla dzieci
Piotr Dobrowolski, "Teatr" 3/2017

Poznańskie Opowieści z niepamięci to zaproszenie w „cudowną i pożyteczną” podróż, która każdemu dziecku pozwoli na lepsze poznanie otaczającego go świata i samego siebie.

Słowiańska mitologia opisuje Kłobuka jako ducha, który – chociaż może przybierać dowolną postać – najczęściej wyobrażany jest jako zmokła kura, kaczka, gęś, sroka lub wrona. Opiekuje się on swoim gospodarzem, znosząc mu przedmioty ukradzione sąsiadom. Podobno czasem spełnia też wypowiadane na głos życzenia. Kiedy jest w pobliżu, trzeba mówić ze szczególną ostrożnością, ponieważ Kłobuk potraktować może tak wszystko, co usłyszy. Każde nieostrożnie rzucone zdanie, żart czy przekleństwo może zostać wcielone przez niego w życie. Taka właśnie sytuacja inicjuje akcję spektaklu dla dzieci Opowieści z niepamięci w poznańskim Teatrze Animacji. Sześciorgu biorącym w nim udział aktorom, znakomicie animującym ciekawie wykonane, inspirowane ilustracjami Witolda Vargasa z Bestiariusza słowiańskiego1 lalki, udaje się zaprezentować na scenie zapomniany, choć coraz częściej powracający w teatrze świat dawnych mitów, legend i wierzeń. Wykorzystują przy tym współczesne środki, co pozwala im skutecznie omijać mielizny stylistycznych stereotypów.


Interesującą, choć nieskomplikowaną w planie dramatycznym opowieść wyreżyserował pracujący gościnnie w Teatrze Animacji, pochodzący z Brazylii, Eduardo de Paiva Souza, znany jako Duda Paiva. Znakiem rozpoznawczym tego – od lat mieszkającego w Holandii, lecz pracującego na scenach całej Europy – tancerza i lalkarza są charakterystyczne lalki. Wykonane z gąbki figury, zarówno te małe, średnie, jak i te większe od człowieka, dysponują niemałym potencjałem ekspresji, wykorzystywanej przez sprawnych animatorów do tworzenia przesyconych niesamowitością opowieści, których humor przełamywany jest szczyptą horroru.


W tym roku mija dziesięć lat, odkąd Marek Waszkiel, ówczesny dyrektor Białostockiego Teatru Lalek, doprowadził do współpracy prowadzonego przez siebie zespołu z założoną przez Paivę holenderską grupą Duda Paiva Puppetry & Dance. Na podlaskiej scenie stworzona została wówczas Fasada, w której dowcip także łączył się z grozą, będącą ważnym, często nawet nieodzownym elementem każdej mądrej baśni. W adresowanym do dorosłych białostockim spektaklu wykorzystana została polska muzyka klasyczna, pieśni operowe, teatr żywego planu i taniec. W stworzonych przez Paivę Opowieściach z niepamięci także pojawiają się różnorodne style i środki teatralne. Gra aktorska przeplatana jest fascynującą, często budzącą podziw publiczności, pracą z lalkami. Czasem funkcjonują one jako dopełnienie ciał aktorów, poszerzające zakres ich kreacyjnych możliwości, a czasem – jako ich pełnoprawni partnerzy. W niektórych scenach wykorzystany jest taniec, w innych teatr cieni. Wykonawcy śpiewają tradycyjne słowiańskie pieśni, a także inicjują – nie wywołując wrażenia opresji – interakcje z publicznością.


Pomimo różnorodności użytych środków spektakl jest spójny fabularnie i pozbawiony nadmiernej ilości wątków pobocznych, posiada wartką i (niemal do końca, za wyjątkiem zakończenia, które wydaje się nieco naciągane i niejasne) czytelną narrację. Ta godzinna historia – za której dramaturgię, a częściowo i za sukces, odpowiada doświadczona dramaturżka teatru dla dzieci i młodzieży Malina Prześluga, będąca również współautorką koncepcji całości przedstawienia – przez cały czas swojego trwania utrzymuje zainteresowanie zarówno młodszych, jak i starszych widzów. Ich ciekawość prowokowana jest nie tylko treścią, ale i widowiskową estetyką spektaklu.


Historia zmagań o ocalenie Płanetnika, który za sprawą Kłobuka (przez wypowiedziane w nieodpowiednim momencie, nierozważne słowa) spadł z nieba, jest okazją do zaprezentowania kilku postaci wywodzących się z przedchrześcijańskich wierzeń ludowych. Obok wspomnianych duchów pojawia się leśna znachorka Baba, dwulicowa, szczególnie groźna dla dzieci Jędza (pierwowzór czarownicy ze spisanej przez braci Grimm bajki Jaś i Małgosia) i żarłoczny, budzący grozę Bezkost. Potencjał edukacyjny spektaklu nie wiąże się jedynie z prezentacją słowiańskich podań. Opowieści z niepamięci to wykorzystująca legendarne motywy współczesna baśń, będąca zaproszeniem w „cudowną i pożyteczną”, jak sformułował to kiedyś Bruno Bettelheim, podróż, która każdemu dziecku pozwoli na lepsze poznanie otaczającego go świata i samego siebie. Jako jej adresaci wskazani są młodzi widzowie w wieku lat dziesięciu i starsi. Mam wrażenie, że sugestia ta wynika z obaw, czy młodsze dzieci nie przestraszą się niektórych postaci i scen. Nawet jeśli takie niebezpieczeństwo istnieje, rodzice mogą się nie obawiać – zło zostanie zwyciężone, a dreszcz emocji zwiększy tylko uważność odbioru. Wartki i wysmakowany estetycznie spektakl Paivy może budzić też zainteresowanie dorosłej publiczności, której nie powinien razić pojawiający się na samym początku łagodny, charakterystyczny w teatrze dla dzieci, ton głosu narratora (Krzysztof Dutkiewicz). Zanim stanie się on pełnoprawnym uczestnikiem akcji, opowie o dawnych czasach, w których „ludzie zbierali się wokół ogniska, by razem śpiewać i opowiadać sobie wspaniałe historie. Legendy o wiedźmach, duchach, upiorach – dobrych i złych”. „A teraz my opowiemy wam kilka z nich” – zapowie.


Na scenie rozbrzmiewają dźwięki białoruskiej pieśni, gdy w półmroku pojawia się tańcząca postać. Maska granego przez Juliannę Dorosz Kłobuka bardziej niż kurę czy kaczkę przypomina afrykańskiego trzewikodzioba. W kreowanym na scenie świecie nie stanowi to żadnego problemu – przecież ten leśny demon może przybrać dowolną, nawet najbardziej fantastyczną postać. Jego pełne wdzięku ruchy mogą wodzić na pokuszenie. Jednak pojawiająca się po chwili grupka osób nie ulega ich czarowi, wiedząc, że zawsze, gdy pojawia się Kłobuk, dzieje się coś niedobrego. Próbują go przegonić. Nie zdając sobie sprawy, że wciąż jest w pobliżu, zaczynają swobodnie opowiadać o kolejnej mitycznej postaci. Moc leśnego demona sprawia, że żart o potknięciu się „wielkiego i potężnego”, rządzącego pogodą Płanetnika staje się faktem. Kiedy władający wiatrem duch ląduje na ziemi, światu zagraża zagłada: pozbawiona deszczu ziemia przestanie dawać życie, przyroda nie odrodzi się wiosną. Wykonana z gąbki wielka lalka wyobrażająca muskularnego osiłka wprost ze sznurowni spada na Marcela Górnickiego, ukrywając niemal całą jego sylwetkę. Animowany przez aktora Płanetnik słabnie. Potrzebuje pomocy. Próby podrzucenia go do nieba nie przynoszą rezultatu. Wszystko wskazuje na to, że konieczna będzie pomoc kolejnych – mitycznych i korzystających z magii – postaci.


Płanetnik to niezbyt elokwentny duch. Wie, że pomóc mu może Baba, znachorka, którą przywoła skandowanie jej imienia przez wszystkie zgromadzone w teatrze osoby. Okrzyki zasiadających na widowni dzieci nie cichną jeszcze całkiem, gdy na scenie pojawia się nieforemna, gąbczasta piłka, którą bawią się aktorzy. Mariola Ryl-Krystianowska rozwiązuje spajający tę kulę sznurek i zaczyna wchodzić w kostium-lalkę, równocześnie przeistaczając się w syjamską bliźniaczkę oczekiwanej przez wszystkich Baby. Rysy twarzy tej nagiej starowinki przypominają zabawnego maszkarona. I choć początkowo – skrzecząc i głośno pytając, kto ją wzywał – budzi lęk, po chwili okazuje się dowcipną, sympatyczną, choć dosadnie bezpośrednią, wiedźmą. Pierwszym sposobem na pomoc Płanetnikowi ma być powąchanie przez niego „magicznej giry”. Ta próba, podobnie jak i kolejne, oparte na zbiorowym działaniu, nie przynoszą oczekiwanego rezultatu.


Baba, nim zniknie, wskaże możliwe magiczne rozwiązanie problemu. Do jego realizacji potrzebne będzie mleko czarnej krowy i jajo czarnej kury. Nawet kolejne pojawiające się groźne demony, podobnie jak i Kłobuk, występujący w nieco zmienionej postaci (tym razem grany przez Marcina Chomickiego), przyczynią się do szczęśliwego zakończenia tej historii. Zanim ono nastąpi, konieczne będzie przezwyciężenie lęku ludzi, ich współdziałanie i poświęcenie jednej z postaci. W końcu Płanetnik wróci do podniebnej pracy, a z teatralnego nieba spadnie teatralny śnieg – znak, że wszystko wróciło na swoje miejsce.


Legendy to bardzo ważny element każdej tradycji kulturowej. Słowiańskie wierzenia, niegdyś skutecznie tępione przez Kościół i niemal nie zachowane w zabytkach pisanych, miały bardzo niewielkie szanse na przetrwanie. A jednak skrawki dawnych opowieści inspirują dziś coraz większą liczbę artystów różnych dziedzin, również kultury popularnej. Wszyscy oni, podobnie jak zespół poznańskiego Teatru Animacji, przyczyniają się do ocalenia pamięci o słowiańskich mitach. Świetni aktorzy, wśród których szczególnie wyróżniają się – znakomicie przeistaczające się podczas animacji lalek i modulujące głosy – Sylwia Koronczewska-Cyris (jako Jędza) i Mariola Ryl-Krystianowska, przypominają (słowami Marcela Górnickiego, który zapada w pamięć jako aktor żywego planu), że dla baśniowej postaci „koniec świata to być zapomnianym”.

Data publikacji:
20.03.2017

Źródło publikacji:
http://www.teatr-pismo.pl/

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI

Spotkania z koroną na głowie
Aram Stern, www.teatrdlawas.pl

Bez wątpienia największymi wydarzeniami 24. edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek SPOTKANIA organizowanego przez Teatr "Baj Pomorski" były konkursowe spektakle "Opowieści z niepamięci" [na zdjęciu] Teatru Animacji z Poznania i "Dziady. Noc druga" Teatru Wierszalin. O ile to drugie przedstawienie (z naprawdę "Wielką Improwizacją" Rafała Gąsowskiego) nie otrzymało w Toruniu żadnej nagrody (choć zrealizowane było bardziej wieloaspektowo niż "Dziady. Noc pierwsza"), to spektakl lalkowy w reżyserii Dudy Paivy wrócił z grodu Kopernika do Poznania z dwiema ważnymi nagrodami.

Gąbki prasłowiańskie

Wygrały lalki, te największe - przewyższające czasami o trzy głowy aktorów, gąbczaste zabawne i jednocześnie przerażające! Bohaterowie baśni: Płanetnik, Kłobuk, Bezkość i Baba, przybliżający młodzieży prasłowiańskie legendy, niewątpliwie przyczynili się do tego, by spektakl został uznany przez Jury dziecięce (Oliwia Guranowska, Patrycja Prusakiewicz, Martyna Stępień, Kajetan Łęgowski i Marcel Pacuła) za ,,najlepsze przedstawienie dla dzieci'' i otrzymał Nagrodę Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego. Dzieci porwała przede wszystkim atmosfera magii i grozy przyprawiana na przemian to humorem, to złowrogim klimatem. Aktorzy Teatru Animacji nie zamierzali jednak straszyć młodych widzów. Niezwykle umiejętnie wchodzili bowiem z nimi w dowcipną interakcję, z której widzowie zapamiętają zapewne na długo postać Jędzy, za którą Sylwia Koronczewska-Cyris (przy współudziale Julianny Dorosz i Marcela Górnickiego) otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą od Jury profesjonalnego (Tomasz Mościcki, Mikołaj Malesza, Anita Nowak, Karol Suszczyński i Marzena Dobosz). Z pewnością mocną stroną tego spektaklu jest także jego warstwa muzyczna z kompozycjami Dawida Dąbrowskiego wykonywanymi zarówno przez cały zespół, jak i solo - szczególnie arcypięknie w językach białoruskim i rumuńskim śpiewała białym głosem Julianna Dorosz.

Trans-Maciuś

Jednakże za warstwę muzyczną Jury profesjonalne przyznało nagrodę Piotrowi Klimkowi - autorowi muzyki do spektaklu "Król Maciuś Pierwszy" w reżyserii Konrada Dworakowskiego zrealizowanego w Teatrze Lalek Banialuka w Bielsku-Białej. W trzech czwartych przedstawienia to właśnie industrialna i demoniczna muzyka Piotra Klimka zaważyła na wręcz performatywnej koncepcji inscenizacyjnej motywów z powieści Janusza Korczaka: grą obrazami, bez słów, z niesamowicie sprawną animacją ogromnych, szarych brył i masek. Scenografia do tego przedstawienia przygotowana przez Marikę Wojciechowską również pozostawiła po sobie obrazy niezwykłych scen: jak choćby "koronacji" Maciusia ciężką stalową koroną o średnicy wielkiego stołu! Powierzenie głównej roli młodemu aktorowi, Mateuszowi Barcie, także okazało się reżyserskim strzałem w dziesiątkę: jako że aktor niezwykle przejmująco oddał samotność przygniecionego koroną Maciusia oraz wzruszająco wszedł w interakcję z młodą publicznością. Szkoda tylko, iż podana przez Teatr Lalek Banialuka granica wieku 10+ utrudniła choćby piątoklasistom pełny odbiór przesłania ukrytego w tej nader niekonwencjonalnej inscenizacji. To spektakl dla zdecydowanie starszych dzieci i młodzieży.

Niemiecki Teatr Śmiechu

Królewska korona, widoczna na plakacie tegorocznych SPOTKAŃ (jego autorem jest Krzysztof Białowicz) pojawiła się także na głowie króla Klaudiusza (Thorsten Gesser) w przedstawieniu "Książę Hamlet" Friedricha Karla Wächter'a przybyłym na SPOTKANIA z Theater des Lachens z Frankfurtu nad Odrą (reżyseria Claus Overkamp). Goście z Niemiec wyjechali wprawdzie z Torunia bez nagrody, ale pozostawili publiczności wspomnienie niezwykłej wrażliwości, poczucia humoru i rzadko dziś oglądanego w Polsce, a bardzo popularnego za naszą zachodnią granicą Puppentheater - z maleńką sceną z kurtynką i występującymi na niej pacynkami. W "Księciu Hamlecie" była to lalka Kaspara - postaci mega-charakterystycznej dla tego stylu i zwykły Misiek pluszowy - Teddy. Niesamowicie zabawne komentarze tych dwóch przyjaciół dziecięcych zabaw księcia Hamleta (przepięknie animowanej lalki), zastąpienie nimi postaci Rosencrantza i Guildensterna, sprośne gagi przypisane teatrowi ulicznemu (szczególnie Klaudiusza i Gertrudy - Irene Winter) i zabawne pomyłki językowe Arkadiusza Porady w języku niemieckim, były dla widzów władających mową Goethego świetną zabawą! W oprawę muzyczną swojego spektaklu goście zza Odry wpletli spokojne piosenki Nicka Cave'a i gitarę elektryczną, na której "grał" zakochany w Ofelii Hamlet, czyli Björn Langhans.

Dzień wcześniej Theater des Lachens młodszym dzieciom (4+) zaprezentował swoje zdecydowanie odmienne w stylistyce przedstawienie - "Mały Wiatr" (reżyseria: Torsten Gesser). Tu praktycznie bez słów dwaj aktorzy, Porada i Langhans, stoczyli zabawny bój o opiekę nad smutnym Małym Wiatrem, którego starsi bracia - wiatry czterech stron świata zupełnie o nim zapomnieli. Dwaj aktorzy w prześlicznie barwnych kostiumach, które stworzył Christof von Büren, przez 50 minut przedstawienia nieustająco komicznie prześcigali się w "czarowaniu" uroczej lalki Małego Wiatru, by w finale zasiąść wspólnie i już w zgodzie obserwować jedyny w swoim rodzaju, przecudny taniec materii, poruszanej przez wentylatory.

Kosmita w kolorze róż

W "Małym Wietrze" jeden z bohaterów komunikował się z nim powtarzalnym dźwiękiem "na-na-na", a podobne i jeszcze bardziej zabawne tony wydobywał z siebie kosmita w przedstawieniu Marii Wojtyszko "Różowy Gość" zrealizowanym w stołecznym Teatrze Guliwer. Grający go Tomasz Kowol wyraźnie skradł serca maluchów z przedszkola BimBamBom, które po raz pierwszy w dziejach SPOTKAŃ przyznały mu nagrodę za "postać najbliższą sercu dzieci z toruńskiej placówki". Nie ma się co dziwić - ta pogodna postać odbijała jak w zwierciadle nienasyconą miłość do wszystkich członków "zmuszonej" ją gościć rodziny i przedstawiała w krzywym zwierciadle ich wszelkie śmiesznostki. W swej koncepcji reżyserskiej Jakub Krofta natomiast popisowo prostymi, humorystycznymi środkami połączył klimat kina niemego z "Gwiezdnymi wojnami". Poza postacią tytułową najciekawiej w tej konwencji ustawioną była rola Mamy granej przez Izabellę Kurażyńską, początkowo przerażoną maksymalnie różowym stworem, a w finale już zapalczywie walczącą o wolność kosmicznego przyjaciela familii.

Wania i bałałajka

Z dwiema nagrodami powrócił do Rosji Michaił Szełomiencew, który otrzymał od Jury profesjonalnego nagrodę za najlepszą rolę męską 24. SPOTKAŃ. Zdecydowanie zasłużenie: aktor w swym monodramie "Opowieść o Wani i tajemnicach rosyjskiej duszy" z zadziwiającą wręcz precyzją animowania maleńkich drewnianych lalek i talentem mimicznym, skupiania na sobie pełnej uwagi u dorosłej publiczności, zachwycił wszystkich! Artysta z Theatre Karlsson Haus w Petersburgu opowiedział nam historie znane z rosyjskiego folkloru, z występującymi w nim postaciami dziada, baby smoka i cud-dziewczyny. Wszystkie te opowieści przekazał z punktu widzenia wszystkowiedzącego gawędziarza, z ujmującą przy tym animacją figurek poruszanych za pomocą drutów, linek i świątków umieszczonych w małej kapliczce. "Kieszonkowa" wręcz scena zdecydowanie ograniczająca aktora, jego muzykalność, zdolność zmieniana głosów i perfekcyjna gra oczarowały także Jury Związku Artystów Scen Polskich (Henryka Korzycka, Maria Przybylska, Agnieszka Niezgoda, Władysław Owczarzak), które przyznało aktorowi Nagrodę Aktorską ZASP im. Jana Wilkowskiego w dziedzinie animacji lalkowej.

Eksperyment z popiołem wygrywa

Nagrodę za najlepszą reżyserię otrzymała Agata Kucińska za przedstawienie "W środku słońca gromadzi się popiół" z Wrocławskiego Teatru Lalek, które otrzymało także GRAND PRIX 24. MFTL SPOTKANIA ufundowaną przez Prezydenta Miasta Torunia. Decyzja Jury zaskoczyła wielu widzów, bowiem przedstawienie to jest swoistym eksperymentem teatru lalkowego dla dorosłych, nie dla każdego przystępnym. Zderzenie tematów bardzo bolesnych (śmierć w pożarze, urodziny sparaliżowanego nastolatka czy umierająca na raka kobieta), ze specyficzną groteską, improwizowaną zabawą słowem, całą masą rekwizytów, lalek, efektów specjalnych i umieszczenie ich w scenerii makiet wieżowców (scenografia: Mirek Kaczmarek) - wszystko to wydaje się dość specyficznym oddaniem ubóstwa ludzkiej egzystencji podglądanej i zawieszonej gdzieś obok czasu. I w takiej też konwencji autorskiej Agata Kucińska zrealizowała swój spektakl: jej opowieść pozbawiona jest standardowej fabuły. Reżyserka łączy plany z gry zmarłej w pożarze Lucy z Iskierką i Płomykiem z życiem w blokowisku. Kucińska stara się pokazać kwestię przechodzenia w świat umarłych. Tylko cała ta niezwykła koncepcja oparta na tekście Artura Pałygi gdzieś się rozchodzi w szwach: w chaosie scen (niektórych pięknych), w niejasnej, choć słonecznej postaci wciśniętej w olbrzymi złoty balon (Radosław Kasiukiewicz) mającej za zadanie porządkować to zamieszanie na scenie. Widz po spektaklu pozostaje jednak mocno skonsternowany. Działo się dużo, ale emocji tu nie było. Cóż, jak to na wielu festiwalach, werdykty są po to, by się można było z nimi czasami nie zgadzać.

Żyrafa o pięknych oczach wyróżniona

Jury profesjonalne przyznało także trzy wyróżnienia, m.in. dla zespołu Hop Signor Puppet Theatre z Aten za przedstawienie "Żyrafa" - za "poezję animacji i ponadprzeciętne pomysły konstrukcyjne lalek". Niemy, minimalistyczny projekt greckich aktorów ponownie zachwycił toruńską publiczność (artyści: Thanos Sioris i Evgenia Tschichia byli już w Teatrze "Baj Pomorski" na 21. SPOTKANIACH w 2014 roku ze spektaklem "Tabula Rosa"). Wówczas nie zdobyli serc jurorów, być może z powodu skromniutkiej scenografii. Tym razem artyści także zagrali na Małej Scenie i również bez fajerwerków, za to z przepięknymi drewnianymi lalkami stolikowymi, animowanym wręcz wzruszająco. Pozostałe wyróżnienia otrzymali: twórcy przedstawienia krakowskiego Teatru Figur "Hulyet, Hulyet" - poetyckiej opowieści w formie teatru cieni o życiu w krakowskim Getcie oraz dwoje tancerzy (Paulina Giwer-Kowalewska i Filip Meyer-Lüters) za spektakl dla Naj-najów "Blisko" o rodzicielstwie i wszystkich znaczeniach, które ono ze sobą niesie, poruszającym niezwykle dziecięce zmysły. Warto zwrócić uwagę, że nie był to jedyny projekt pokazany na tegorocznych SPOTKANIACH i przeznaczony dla najmłodszych widzów (również Teatr Pinokio z Łodzi pokazał rodzaj instalacji teatralnej "Tuliluli").

Rozczarowanie 24. SPOTKAŃ

W drugim dniu Festiwalu, przed zaproszonymi do Teatru "Baj Pomorski" w Dzień Edukacji Narodowej dyrektorami i nauczycielami toruńskich szkół, swój spektakl "Szelmostwa Skapena", wyreżyserowany przez Pawła Aignera, w konkursie zaprezentował Opolski Teatr Lalki i Aktora. Z poprzedniej edycji zespół powrócił do Opola z nagrodą Jury dziecięcego za bardzo udane przedstawienie "Trzej Muszkieterowie". Na tychże SPOTKANIACH obejrzeliśmy także inne przedstawienie w tej samej reżyserii: "Kandyd - czyli optymizm" Białostockiego Teatru Lalek, który wróżył już specyficzne upodobanie Pawła Aignera do osaczenia widowni wręcz galopowaniem aktorów na scenie, śmigania rekwizytami i cwałowania z tekstem, co w "Szelmostwach Skapena" okazało się już zbyt skondensowaną dawką pośpiechu i po godzinie (także z powodu aktorów grających w maskach jak z komedii del' arte i co za tym idzie niesłyszalnego wypowiadanego przez nich tekstu) stało się odbiorem trudnym do wytrzymania. Naprawdę szkoda. Jedynym nagrodzonym twórcą jest Pavel Hubička za scenografię do tego spektaklu (także za oprawę plastyczną do "Trzech baśni dla łotrów" z Divadla Radost w Brnie, w której scenę wyczarowywał na blacie starej maszyny do szycia, nawiązując do dawnych teatrzyków kukiełkowych).

Tegoroczna, 24. edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek SPOTKANIA przejdzie do historii przede wszystkim z powodu zdecydowanie większej liczby przedstawień z udziałem lalek: animowanych nie tylko w różnych technikach, ale i bardzo nowocześnie ożywianych. To także wyraźny regres wszelkich multimediów zastępujących często scenografię. Tym samym mali widzowie mieli większe pole do uruchomienia swojej wyobraźni, choćby w tak "skromnych", niemych spektaklach, jak wspomniane już "Żyrafa" "Mały Wiatr" czy "Różowy Gość". Organizatorzy w tym roku zadbali również o szereg wydarzeń towarzyszących SPOTKANIOM, jak m.in.: wernisaże wystaw malarstwa jurora Mikołaja Maleszy i lalek Jolanty Królikowskiej, wiele warsztatów - od plastyczno-teatralnych dla Naj-najów, przez lalkowe po krytyki teatralnej. Studenci chyba w tych ostatnich nie uczestniczyli, ponieważ dało się zauważyć niestety spadek poziomu recenzji i ich korekty pisanych do "Kuriera Festiwalowego".

Na wysoce komicznym, momentami zupełnie surrealistycznym poziomie pozostała Bajowa telewizja, czyli 4 sezon "Spotkania TV" prezentująca przygody redaktor Waleriany z niesfornymi lalkarzami! Cieszy także, że na MFTL SPOTKANIA wróciła scena muzyczna z dwoma koncertami: akustycznej machiny instrumentalnej "Pozytywna Samograjka" Krzysztofa Pardy i dużo głośniejszym od niej koncertem zespołu Jedyni Prawdziwi The Kalesons w finale Festiwalu. Na koniec drobiazg, ale jakże ważny na wszelkich festiwalach: ponownie było gdzie się spotkać, by wymienić po-spektaklowe myśli w pobliskim Klubie NRD. Byle tak dalej i do zobaczenia na 25. jubileuszowej edycji SPOTKAŃ!

Data publikacji:
8.11.2017

Źródło publikacji:
http://www.teatrdlawas.pl/

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI

Gdzie Duda Paiva nie może, tam lalkę pośle
Agnieszka Dziedzic, teatralia.pl

Publiczność Boskiej Komedii miała okazję zobaczyć "Opowieści z niepamięci" poznańskiego Teatru Animacji dzięki festiwalowej sekcji skierowanej do dzieci i młodzieży. Festiwal świętuje w tym roku dziesięciolecie, więc to chyba najlepszy moment na podsumowania, rewizje i – przede wszystkim – poszukiwanie nowych przestrzeni dialogu z widzami. Szczególnie z tymi, którzy dotąd nie mieścili się w żadnym z kręgów teatru. Mała Boska Komedia – bo o niej mowa – ma to zmienić.

Jako że w Krakowie teatru animacji jest jak na lekarstwo, festiwalowa prezentacja "Opowieści z niepamięci" niechybnie pretenduje do miana spektaklu obowiązkowego dla wszystkich pasjonatów lalkarstwa i szeroko rozumianego teatru formy. Nawet tych bardzo młodych. Tym bardziej, że to przedstawienie w reżyserii niezwykle zdolnego i wszechstronnego artysty. Jak dotąd chyba najtrafniej wyraziła się o nim Halina Waszkiel (obecnie jedna z ważniejszych polskich badaczek współczesnego teatru lalek), tytułując go „tańczącym z lalkami”. Paiva, a właściwie Eduardo de Paiva Souza, w swoich poszukiwaniach twórczych łączy bowiem elementy nowoczesnego tańca z warsztatem lalkarza.

Pomysł, aby o mitologii słowiańskiej opowiadać za pomocą niepowtarzalnych, wielkoformatowych figur to strzał w dziesiątkę. Warto w tym miejscu przybliżyć charakterystyczną dla Paivy, autorską metodę animacji. Lalki, którymi operuje artysta, wykonane są z plastycznej gąbki, zapewniającej naprawdę dużą elastyczność i giętkość. Z reguły wymiarami zbliżone są do człowieka, a niekiedy bywają groteskowo przerośnięte. Same w sobie na pierwszy rzut oka nie robią wrażenia, przypominają raczej bezkształtną materię, względnie kokon. Właściwą formę zyskują dopiero dzięki użyczeniu przez animatora różnych części ciała – ręki, nogi, głowy, a czasem całego korpusu. Do aktu połączenia lalki i człowieka dochodzi zazwyczaj na oczach widzów, co nieodmiennie budzi zachwyt. A u największych sceptyków przynajmniej zaciekawienie. Wróćmy jednak do "Opowieści…" i celowości użycia oryginalnych obiektów lalkarskich w spektaklu o zapomnianych już demonach. Lalki, czyli animanci, mogą stanowić rodzaj pomostu między człowiekiem a opowiadaną przez niego, najbardziej nawet nieprawdopodobną i magiczną historią. Są one bowiem realne, materialnie obecne (jak człowiek), a jednocześnie nierealna (jak historia) jest ich autonomia, ruch, głos, wreszcie – życie. Same – będąc ontologicznie kłopotliwe – mogą bez większych problemów urzeczywistniać baśnie. Płanetnik sterujący chmurami, Jędza pożerająca dzieci, tajemniczy i złowieszczy Kłobuk, obleśna znachorka Baba – to tylko niektóre bohaterki i bohaterzy słowiańskiego świata demonów przekonująco wskrzeszonych przez zespół aktorski Teatru Animacji.

Animant, sam przecież będąc przedmiotem, z reguły nie lubi konkurencji w postaci rozbudowanej scenografii. Nie inaczej jest w Opowieściach…, gdzie scenografię uproszczono tylko do zasłony (kurtyny?) wygiętej w łuk, wypełniającej praktycznie całą scenę. Z pozoru pełni ona rolę ziemistego, nierzucającego się w oczy tła, a fakturą imituje coś w rodzaju skały pokrytej porostami albo czegoś równie organicznego. Jednak podczas kolejnych zmian oświetlenia ujawnia się potencjał tej dziwnej kurtyny. Okazuje się, że pełno w niej nacięć, przecięć, rozcięć i dziur wszelkiej maści, przez które mogą przechodzić aktorzy i za ich pomocą odsłaniać i zasłaniać poszczególne części ciała. Można śmiało powiedzieć, że zasłona urasta do rangi niemego, choć istotnego aktora.

Publiczność (niestety) nie dopisała tak licznie jak podczas prezentacji dla dorosłych, dlatego też między tzw. zwykłymi widzami z łatwością wypatrzyłam przynajmniej dwóch aktorów i krytyka teatralnego, wszyscy z dziećmi. Nazwiska przemilczę, nie są tu potrzebne. Wspominam o tym, bo serce rośnie, kiedy oprócz komercyjnej strony Boskiej Komedii można zaobserwować – choć na razie na znacznie mniejszą skalę – to, co powinno być istotą każdego festiwalu: aurę święta.

Data publikacji:
21.12.2017

Źródło publikacji:
http://www.teatralia.com.pl

Recenzowany spektakl:
OPOWIEŚCI Z NIEPAMIĘCI