Teatr Animacji: "Smoki", czyli bliskie spotkania smoczego stopnia
Kamil Babacz, Głos Wielkopolski

"Smoki" Maliny Prześlugi w reżyserii Mariana Pecko są zabawne, wzruszające i jednocześnie uczą myślenia wolnego od uprzedzeń.

Ciężko sobie wyobrazić stworzenia tak różne od siebie, jak ludzie i smoki. Nie tylko dlatego, że te drugie są znacznie większe, na skórze mają łuski, a ich ciała kończą ogony, ale też dlatego, że nie istnieją. Jeśli się pojawiają, to historia ich kontaktów z ludźmi jest daleka od przyjaźni. Podpalają, pożerają i porywają księżniczki. A ludzie bohatersko z nimi walczą, choć przecież podpalają, pożerają i porywają księżniczki nie tylko w bajkach.

"Smoki" są jednak o dobrym smoku i dobrym człowieku. A zło? Ono pojawia się w bajkach, które ludzie opowiadają o smokach, a smoki... o ludziach. To raczej historie o bohaterstwie własnego gatunku, nie czynach innego.

W "Smokach" dochodzi do spotkania cywilizacji - Człowiek Karol (i jego Prosiak), spotka małego Smoka Roara. Karol chce zgładzić wszystkie smoki świata, więc cieszy się etykietką wariata. Kiedy jednak spotyka Roara, okazuje się, że mieści mu się w smoczym plecaku. To na pewno pozwala mu trochę przedefiniować poglądy. Przede wszystkim jednak Roar jest bardzo sympatycznym smokiem.

Światy, które stykają się w "Smokach" właściwie nie są podobne - są identyczne. Można by to uznać za wadę, bo w końcu tekst nie mówi w ogóle o dzielących kultury różnicach. Ale przecież uprzedzenia nie wynikają ze świadomości różnic, a z nieświadomości podobieństw. Malina Prześluga mówi nam, że nie należy zła szukać w obdarzonym wszystkimi okropnymi cechami Innym. Przejawia się raczej w codziennych, ale dotkliwych gestach - wyszydzaniu, niedotrzymywaniu obietnic, braku zaufania, niechęci do porozumienia - czasem nawet nie wynikających ze złych intencji. Z drugiej strony może mieć wyraz totalitarny - jest w "Smokach" podkreślone, że władza, która decyduje za ludzi, co mają robić z życiem, sprawia im ogromną i niepotrzebną krzywdę. Jest to i przytyk do tych, którym rytuał przysłania racjonalne myślenie i potrzebę weryfikacji mitów.

Chociaż "Smoki" można czytać na wiele sposobów i odkrywać w nich mnóstwo znaczeń, przede wszystkim to przyjemna, ciepła historia. Czasem bywa posępna, czasem wzruszająca. Ma też kilka wad - zdarzają się dłużyzny, a wątek poszukiwań smoczej mamy wydaje się tylko zapowiedzią czegoś większego. Mimo to, czas spędzony na "Smokach" na pewno nie jest stracony - może skłaniać do refleksji dużych i małych oraz być punktem wyjścia dla wielu ważnych rozmów.

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
01.09.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

Teatr Animacji: "Smoki", czyli bliskie spotkania smoczego stopnia
Kamil Babacz, Głos Wielkopolski

"Smoki" Maliny Prześlugi w reżyserii Mariana Pecko są zabawne, wzruszające i jednocześnie uczą myślenia wolnego od uprzedzeń.

Ciężko sobie wyobrazić stworzenia tak różne od siebie, jak ludzie i smoki. Nie tylko dlatego, że te drugie są znacznie większe, na skórze mają łuski, a ich ciała kończą ogony, ale też dlatego, że nie istnieją. Jeśli się pojawiają, to historia ich kontaktów z ludźmi jest daleka od przyjaźni. Podpalają, pożerają i porywają księżniczki. A ludzie bohatersko z nimi walczą, choć przecież podpalają, pożerają i porywają księżniczki nie tylko w bajkach.

"Smoki" są jednak o dobrym smoku i dobrym człowieku. A zło? Ono pojawia się w bajkach, które ludzie opowiadają o smokach, a smoki... o ludziach. To raczej historie o bohaterstwie własnego gatunku, nie czynach innego.

W "Smokach" dochodzi do spotkania cywilizacji - Człowiek Karol (i jego Prosiak), spotka małego Smoka Roara. Karol chce zgładzić wszystkie smoki świata, więc cieszy się etykietką wariata. Kiedy jednak spotyka Roara, okazuje się, że mieści mu się w smoczym plecaku. To na pewno pozwala mu trochę przedefiniować poglądy. Przede wszystkim jednak Roar jest bardzo sympatycznym smokiem.

Światy, które stykają się w "Smokach" właściwie nie są podobne - są identyczne. Można by to uznać za wadę, bo w końcu tekst nie mówi w ogóle o dzielących kultury różnicach. Ale przecież uprzedzenia nie wynikają ze świadomości różnic, a z nieświadomości podobieństw. Malina Prześluga mówi nam, że nie należy zła szukać w obdarzonym wszystkimi okropnymi cechami Innym. Przejawia się raczej w codziennych, ale dotkliwych gestach - wyszydzaniu, niedotrzymywaniu obietnic, braku zaufania, niechęci do porozumienia - czasem nawet nie wynikających ze złych intencji. Z drugiej strony może mieć wyraz totalitarny - jest w "Smokach" podkreślone, że władza, która decyduje za ludzi, co mają robić z życiem, sprawia im ogromną i niepotrzebną krzywdę. Jest to i przytyk do tych, którym rytuał przysłania racjonalne myślenie i potrzebę weryfikacji mitów.

Chociaż "Smoki" można czytać na wiele sposobów i odkrywać w nich mnóstwo znaczeń, przede wszystkim to przyjemna, ciepła historia. Czasem bywa posępna, czasem wzruszająca. Ma też kilka wad - zdarzają się dłużyzny, a wątek poszukiwań smoczej mamy wydaje się tylko zapowiedzią czegoś większego. Mimo to, czas spędzony na "Smokach" na pewno nie jest stracony - może skłaniać do refleksji dużych i małych oraz być punktem wyjścia dla wielu ważnych rozmów.

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
01.09.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

Człowiek smokowi świnią
Joanna Ostrowska, teatralny.pl

Powtarzałam to już, także na tych łamach, wielokrotnie. Jak to dobrze, że są ludzie, którzy wiedzą, że dziecko to też człowiek myślący i że warto w nim namysł nad światem pobudzać, wzmacniać i pielęgnować. Jak to dobrze, że tacy ludzie zajmują się teatrem dla dzieci. Jak to dobrze, że tacy ludzie robią teatr dla dzieci w Poznaniu.

Prapremiera najnowszego dramatu Maliny Prześlugi znakomicie wpisuje się w zainteresowania dzisiejszych dzieci dinozaurami (bo to w zasadzie takie „smoki”, jak wynika z rozpoznania smoka ze spektaklu) czy właśnie smokami, podsycane choćby znakomitymi filmami z serii Jak wytresować smoka. Oba filmy są bardzo ciekawym kontekstem dla spektaklu z Animacji, bo we wszystkich tych dziełach smoki-potwory są bardziej tworem narracyjnym zbudowanym na niewiedzy niż realnym zagrożeniem.

Prześluga w swoim tekście zmodyfikowała klasyczny schemat baśniowy, w którym pojawia się biedny człowiek i dybiący na jego życie smok. Tu „wróg” jest gdzie indziej i okazuje się nim „swój” a nie „obcy”. Jak zwykle w przypadku twórczości dla dzieci tej dramaturżki, tekst zajmujący się poważnym i ważnym problemem napisany jest lekko, zabawnie, lecz z wyczuciem, które nie zaciemnia mądrego przesłania. Są też wtręty przeznaczone wyłącznie dla dorosłych, którzy w różnej liczbie zawsze towarzyszą dzieciom w teatrze. A że poziom intelektualny spektaklu zaspokaja zarówno dorosłych, jak i tych jeszcze nie do końca dorosłych, mamy do czynienia z bardzo dobrym przedstawieniem.

Historia jest dość prosta: oto trzydziestoletni Człowiek Karol (Marcin Ryl-Krystianowski) marzy o zabiciu smoka. Jego trzeźwo myślący towarzysz Prosiak (Artur Romański) przekonuje go, że smoki nie istnieją, używając do tego bardzo racjonalnych i trudnych do obalenia argumentów, np. że słyszane co roku o tej samej porze wycie to nie smoki, tylko syreny upamiętniające powstanie warszawskie. Człowiek Karol ma, mówiąc dość oględnie, opinię dziwaka. Ci dwaj razem są niczym Don Kichot i Sancho Pansa, a historia ich niezwykłej relacji – dlaczego rycerz ma Prosiaka, a nie konia? – stanowi poboczny, choć nie mniej istotny wątek całej opowieści. Budowana przez cały spektakl atmosfera napięcia, kryjąca się za wieloznacznym „a to długa historia”, powtarzanym jako wytłumaczenie obecności Prosiaka, zostaje w końcowej scenie rozwiązana, ale dość przewrotnie. Zamknięcie wspólnej historii tych dwóch ładnie pokazuje sposób, w jaki Prześluga potrafi grać ze schematami fabularnymi i przełamywać je dla zbudowania głębi własnej opowieści. I jest w tym i mądrość, i urok opowiadania o szczerych, choć czasem dziwnych relacjach międzyosobniczych.

Tu „wróg” jest gdzie indziej i okazuje się nim „swój” a nie „obcy”.Jednak, jak to czasem bywa, racjonalność reprezentowana przez Prosiaka zawodzi na całej linii. Bo oto akcja przenosi nas do dziecięcej sypialni małego smoka Roara (Julianna Dorosz), którego Tata (Piotr Grabowski) układa do snu. Jak to bywa w sytuacjach przedzasypianiowych, Tatuś opowiada synkowi bajeczkę o dzielnej Drak Ewce, która uwolniła królestwo smoków od strasznych, krwiożerczych ludzi, jacy ponoć kiedyś tu żyli. Byli mali, ale bardzo zajadli, i zabijali biedne smoki, porywali ich owce i pożerali. Parlament smoczy przegłosował, że przebłagać ludzi będzie można, poświęcając raz do roku jakąś smoczycę. Jednak dzielna Drak Ewka wpadła na pomysł, jak pokonać potwora-człowieka. Otóż użyła na analogicznego sposobu, jak pewien znany wszystkim człowiekom szewczyk.

W tym miejscu ujawnia się główna myśl konstrukcyjna utworu, zakładająca niemal lustrzaną adekwatność sytuacji w obu wzajemnie obawiających się siebie światach – małe smoki straszone są ludźmi, a mali ludzie – smokami oraz podobnymi opowieściami o tym, jak w końcu problem z zagrożeniem rozwiązano. Mito-logie wzajemnego strachu i niechęci są podobne. Zarówno dzieci, jak i smoki słyszą, że ci drudzy zieją ogniem, co okazuje się w obu przypadkach nieprawdą. Bardzo piękne są także sceny kontaktu na linii nie-dorośli i ich nauczyciele (rolach nauczycieli w obu światach Marta Wesołowska). Tu i tam ci ostatni nie chcą wierzyć uczniom w to, co tamci widzą (czyli np. że człowiecze dzieci widziały między dinozaurami prawdziwego smoka). Na tej płaszczyźnie nawiązuje się pierwsze i najbardziej podstawowe porozumienie między „dziećmi” (choć Roar ma 126 lat!).

Gdyby Prześluga poprzestała na tym „lustrzanym” poziomie, otrzymalibyśmy sprawną, zabawną i dość mądrą historię. Lecz ona poszła krok dalej, pokazując, jak – korzystając z dociekliwości, samodzielnego myślenia i wynikającego z niego niezależnego działania – można dekonstruować owe wiekowe mitologie. I to jest dla mnie najpiękniejsza lekcja płynąca z dzieła Prześlugi. Roar słysząc o Drak Ewce, która wypchała siarką barana, a człowiek go połknął w całości, zwraca tacie uwagę, że skoro człowiek był nieduży, to nie był w stanie tego zrobić. Tata w takim razie zmienia wersję i każe Drak Ewce poćwiartować barana, na co Roar odpowiada, że wtedy siarka by się z niego wysypała. I tak krok po kroku dziecko-smok wykazuje nielogiczności historii, jaka jest podstawą prawa, na mocy którego znikają mamy (także mama samego Roara).

Tekst i gra aktorów, animowanie przez nich lalek to najmocniejsze strony spektaklu. Pewne moje zastrzeżenia budzi jedynie sposób animacji lalek połączony z ich rozmiarem w scenach dziejących się w krainie smoków. Kiedy aktorzy grający Karola i Prosiaka trzymają malutkie lalki blisko przy sobie, są one właściwie niewidoczne na ich tle (między innymi dlatego, że i lalka, i aktor mają takie same kostiumy) i nie wiadomo, po co w ogóle są (skoro i tak giną w tle). Podobny problem miałam z innym spektaklem Mariána Pecki – białostockim Brak sensu,Aniołek, Żyrafa i Stołek, gdzie (podobnie jak tu) z ostatnich rzędów lalki były absolutnie niewidoczne. W poznańskim spektaklu sytuacja na szczęście się zmienia, kiedy w scenach dziejących się w krainie ludzi lalki są na drutach, a oba plany (żywy i lalkowy) nie tyle się dublują, jak było to wcześniej, ale uzupełniają.

Tekst i gra aktorów, animowanie przez nich lalek to najmocniejsze strony spektaklu. Malina Prześluga kolejny raz pokazała, że potrafi bardzo wnikliwie patrzeć na współczesność i mówić do dzieci o zagrożeniach, jakie ona niesie. Można by właściwie Smoki potraktować jako – za przeproszeniem – polityczny teatr dla dzieci. Polityczny w tym sensie, że odkrywa, jak mechanizmy i machinacje posiadających władzę (nawet jeśli jest to demokratyczna władza smoczego parlamentu) mają wpływ na społeczności i relacje wewnątrz nich samych oraz z otoczeniem. W tym sensie Smoki są dopełnieniem innego dramatu Prześlugi, Dziób w dziób. Równocześnie jednak zarówno ona, jak i ekipa realizatorów mają pełną świadomość, że dzieci nie przychodzą do teatru po publicystyczny instruktaż. Toteż plan narracyjny, jak i inscenizacja bardzo sprawnie służą temu, by owe prawdy podane były w formie atrakcyjnej i akceptowanej przez młodych widzów. Choć trochę raził mnie eklektyzm estetyczny strony wizualnej przedstawienia, to muszę przyznać, że na małej scenie Animacji udało się światłem, scenografią i lalkami stworzyć prawdziwie baśniowy i magiczny klimat.

Smoki były pierwszą premierą nowej dyrekcji Teatru Animacji. Jedyną mądrą i dobrą decyzją dotyczącą spraw kultury, jaką podjęły władze Poznania w minionym sezonie, było skłonienie Marka Waszkiela do objęcia tego teatru. Dyrektor Waszkiel, który wcześniej uprowadził do Białegostoku z Poznania Martę Guśniowską, teraz na szczęście związał mocniej z Animacjami Malinę Prześlugę, która została etatowym dramaturgiem. Od początku sezonu widać zmiany, jakie zachodzą w teatrze. Przede wszystkim jest to wyjście ku widzom niezorganizowanym – teatr zaczął w tygodniu grać także popołudniami, co umożliwi wizytę w teatrze także tym, którzy pracują, a jednak czasem chcieliby wybrać się z dzieckiem na spektakl. Myślę, że może początkowo być trochę trudno przyzwyczaić poznaniaków do wizyt w teatrze w środku tygodnia, ale wierzę, że to się uda.

Inną zmianą jest – zapowiedziany przez obsadę Smoka jako coś stałego – zwyczaj rozmawiania z dziecięcymi widzami po spektaklu o spektaklu. Na przedstawieniu, które widziałam, udało się to średnio, bo obie strony – i dzieci, i aktorzy muszą się tego nauczyć i do tego przyzwyczaić. Inicjatywa jednak musi być po stronie aktorów, którzy nie powinni odpuszczać tak łatwo i szybko. Poznańskie dzieci nie są przyzwyczajone, że teatr do nich gada tak po prostu, poza spektaklem. Trzeba im więc dać trochę więcej czasu, a może też do nich trochę więcej mówić niż jedynie: „Macie jakieś pytania?”. A jak nie to pa, pa i rozejdźmy się do domków, wszak pogoda piękna i mamy niedzielę. Jestem gorącą zwolenniczką komunikacji dwukierunkowej w teatrze i moim zdaniem Smokistwarzają znakomite pole dla takiej wymiany, bo jest tam o czym mówić. A poza tym mam poczucie, że teatr zostanie niedługo jedynym miejscem, w którym taka komunikacja będzie możliwa. Warto dać dzieciom czas i miejsce, by nauczyły się, że ich prawem i obowiązkiem jest nie tylko słuchać, ale też że one mogą mieć coś ciekawego do powiedzenia i ktoś (dorosły? aktor?) może słuchać także ich. Bo jak pokazywał przykład Roara, takie świeże spojrzenie na rozmaite sprawy, które zostaje wyartykułowane i przekute na działanie, może przynieść dużo dobrego. A czego konkretnie? Nic więcej nie napiszę, tylko zachęcam do obejrzenia tego znakomitego przedstawienia.

 

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
28.09.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

Warto poznać smoka imieniem Roar
Sebastian, edukacja.net

Sebastian, edukacja.net

Każdy rodzic kilkulatka zna: Szczerbatka - przyjaciela Czkawki, Smoczycę - przyjaciółkę Szreka, Spike - przyjeciela wszystkich Kucyków. Do tego dochodzi cała galeria smoków mitycznych i bajkowych: Mlekopij, Wawelski, Bazyliszek. Czy warto mnożyć byty i wymyślać kolejne byty? Roar z Teatru Animacji udowadnia, że ma to sens.

Nie ukrywam, że byłem pełen obaw idąc na spektakl “Smoki” Maliny Prześlugi do Teatru Animacji w Poznaniu. Opis przedstawienia wskazywał, że możemy mieć do czynienia z rzeczą wtórną i koniunkturalną. Moda na “dobre” smoki od ładnych kilku lat nie ustaje, czego dowodzi wymieniona na wstępie lista smoków z ekranów kin i telewizorów. Z kolei nużą mnie dekonstrukcje bajek, gdzie Czerwony Kapturek prześladuje Wilka, a Kopciuszek idzie w biznesy i zostaje feministką. Być może kiedyś było twórcze i świeże, ale dzisiaj trąci epigoństwem. W dodatku poszedłem na spektakl z ośmioletnią córką, i jej koleżankami jedną o rok starszą i drugą o dwa lata młodszą. A nikt nie jest tak okrutnie szczerym krytykiem, jak dziewczynki w tym wieku.

Odwrócenie wektorów tradycyjnych wartości jednak na pewno było czymś, co przyciąga w przedstawieniu uwagę kilkuletnich dzieci. Nie zblazowane nadmierną erudycją za dobrą monetę przyjmują oba światy, gdzie rządzą stereotypy i legendy. W świecie ludzi o okrutnych smokach i w świecie smoków o okrutnych ludziach. Odkrywanie prawdziwej natury świata i jego kolejnych tajemnic stanowi kolejne etapy podróży przez opowiadaną historię. Poszukiwanie odpowiedzi na ważkie pytania stanowi motor narracyjny uruchamiający działania zarówno bohaterów ze świata ludzi - Karola (Marcin Ryl-Krystianowski) oraz Prosiaka (Artur Romański) jak i pochodzącego z alternatywnej rzeczywistości małego smoka Roara (Julianna Dorosz). Czy świat smoków istnieje naprawdę? A może to świat ludzki jest ułudą? Czy ludzie pożerają owce? Dlaczego dzielny rycerz ma świnkę, a nie konia? Jak naprawdę wyglądała legenda o Szewcu Dratewce czy też smoczycy Drak Ewce? I najbardziej istotne pytanie dla wszystkich naszych bohaterów: “co się dzieje ze znikającymi smoczymi mamami”?

Dzieciom jak się zdaje by to wystarczyło. Bardziej dojrzali widzowie docenią to, że nie jest to prosta zabawa w qui-pro-quo. Nie mniej istotne dla fabuły jest przecież pokazanie lustrzanych odbić świata ludzkiego i smoczego. Dzieci z obu światów rozrywają tkaninę oddzielającą oba światy i niczym Alicja Lewisa Carrolla przedostają się przez ukrytą szczelinę na podszewkę rzeczywistości. Okazuje się, że nauczyciele w obu światach mogą być tak samo niemili, koledzy ze szkoły tak samo wredni, rodzice tak samo kochani i po jednej i po drugiej stronie szafy. Nie jest to świat biało-czarny. Nie mamy do czynienia z prostą zamianą ról: źli ludzie-dobre smoki. Po smoczej stronie mamy do czynienia ze złymi politykami, którym na rękę jest utrzymanie status quo - nawet za cenę życia części obywatelek. Z kolei na pierwszy rzut oka “zła” ludzka strona broni się aktywnością członków Tajnego Stowarzyszenia Wielbicieli Smoków. Dzieci zatem widzą podczas spektaklu, że nie wszystko w życiu jest biało-czarne. Zatem chwalebne, że autorka przedstawienia nie zadowoliła się zwykłą zamianą ról w jarmarcznym teatrzyku. Opowiada mądrą historię o tym, że warto mieć otwarte horyzonty i z ciekawością poznawać świat i ludzi. Oraz smoki rzecz jasna.

Tyle o treści spektaklu. Za formę odpowiada troje słowackich artystów - odpowiedzialnych za reżyserię, warstwę plastyczną i muzyczną. Jak sobie z nimi poradzili? No cóż. W przypadku reżyserii na początku byłem lekko zniesmaczony farsowymi scenami, w których poznajemy Karola i Prosiaka. Reżyser Marián Pecko w sposób zamierzony lub nie ociera się o granicę dobrego smaku w prowadzeniu aktorów. Te wszystkie skoki, tupanie i okrzyki aktorów być może miały “zmiękczyć” sytuację teatralną, ośmielając młodych widzów z przedstawianym na scenie światem. Z rozmów z moimi młodymi współtowarzyszkami wynika, że było to absolutnie zbędne. Za to pozostała część inscenizacji pokazuje, że można opowiadać dzieciom historię grając na różnych strunach emocji. Jest miejsce na śmiech - jak w przypadku legendy o Drak Ewce opowiadanej przez Tatę Smoka do snu i przerywanej logicznymi pytaniami przez Roara. Jest miejsce na smutek i poczucie bezsilności przy nieudanych poszukiwaniach jego mamy.

Zachwyca za to w każdym punkcie scenografia, projekty lalek i kostium Evy Farkašovej. Ani młodym, ani dorosłym widzom nie przeszkadza fakt, że aktorzy prowadzących lalki są cały czas widoczni. Wręcz przeciwnie. Przyjmujemy za dobrą monetę, że i animowani oraz animujący występują na równych prawach. Elementy scenografii i rekwizyty budują w ascetycznej przestrzeni sceny wiarygodne krajobrazy świata smoków i ludzi. Nie przy pomocy dosłowności, ale sugestii i niedopowiedzeń pobudzających wyobraźnię widzów. Najbardziej chyba podobał mi się zabieg scenograficzny z drewnianymi samolotami jako atrybutem świata ludzi i takimiż smokolotami jako częścią świata smoków. Pełnoprawnym uczestnikiem przedstawienia jest też muzyka Roberta Mankovecký’ego. Na szczęście obyło się bez infantylnych pioseneczek. Kompozytor maluje dźwiękami oba światy nie mniej istotnie, niż scenografka. Od strony plastycznej i muzycznej jest to jedno z piękniejszych przedstawień, jakie miałem okazję zobaczyć.

Na koniec uwaga organizacyjna. Teatr Animacji w Poznaniu jeszcze niedawno kojarzył mi się z instytucją odpychającą widzów. Indywidualnemu widzowi trudno było umówić się na przedstawienie, spektakli było mało w godzinach akceptowalnych dla pracujących rodziców. A głosy z zaprzyjaźnionych szkół wskazują, że także pod względem spektakli dla widzów zorganizowanych nie było lepiej. Pierwsze przedstawienie teatru pod dyrekcją Marka Waszkiela pokazuje, że można robić to lepiej. Bez problemu zarezerwujemy bilety i umówimy się na odbiór biletów przed spektaklem. A po ukłonach aktorzy wychodzą do widzów, żeby porozmawiać o obejrzanym spektaklu, W dodatku wokół ”Smoków” dzieje się wiele więcej. Dzieci miały np. okazje dwa razy uczestniczyć we wrześniu w smoczych warsztatach, które także kończyły się bezpośrednim spotkaniem z Roarem i innymi bohaterami spektaklu. Oby tak dalej.

Zatem warto przyjść do Teatru Animacji, a nawet przyjechać do Poznania specjalnie na spektakl. Chociażby ze Zbąszynia (kto widział - ten wie dlaczego akurat stamtąd). Wtedy bezpodstawne stanie się pytanie stawiane dzieciom po przedstawieniu przez aktorów “Czy wierzycie w smoki?”. To nie wiara. To wiedza. Smoki są i Roar stanowczo stał się jednym z moich ulubionych przedstawicieli tego gatunku.

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
22.09.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

TSWS, czyli Tajne Stowarzyszenie Wielbicieli Smoków
Monika Nawrocka-Leśnik, kultura.poznan.pl

"Smoki" Maliny Prześlugi w reżyserii Mariána Pecko skłaniają do refleksji. To mądra i ciepła opowieść o mitach, tradycji i strachu przed nieznanym.

- Wlazł smoczek na bloczek i mruga... śni sobie bajeczki o ludziach... -  tak właśnie, razem na scenie zaśpiewali, próbując uśpić małego Smoka Roara: Człowiek Karol i jego wierny Prosiak. Roar bowiem, chciał zawołać do swojego pokoju tatę, by przedstawić mu swoich nowych kolegów, którzy przypadkiem wyszli z szafy... Tata jednak, będąc od początku pewnym, że to skutek jego opowieści o potwornych ludziach, nikogo pod łóżkiem nie znalazł. Ale moment: od kiedy to człowiek podróżuje do świata baśni i to jeszcze z prosiakiem, a smoki mają swoje łóżka, pod którym mogą się schować potwory? Od kiedy także to zielonym stworom czyta się na dobranoc bajki i straszy złymi ludźmi?

Człowiek, smok - dwa bratanki

W sztuce Maliny Prześlugi wszystko jest możliwe! Nawet to, że istnieją dwa równoległe światy: ten ludzi i smoków - na pozór przestrzenie zupełnie inne, ale tak naprawdę identyczne. Prześlugowe smoki podróżują smokolotami, ich prezydent mieszka w Białym Smoczym Domu, a małe smoczątka chodzą do szkoły, przed snem ssą ogonek i muszą czyścić kły. Coś nam to przypomina, prawda?

No właśnie, te mityczne dla ludzi stwory żyją tak jak ludzie. Mają swoich rodziców, bawią się, psocą, śmieją, ale czasami też smucą. I niestety, ale te same złe rzeczy, które spotykają ludzi, mogą się także przydarzyć smokom. Bo czyż nie tak samo podle poczuje się dziecko, któremu nie wierzymy, iż spotkało w swoim pokoju smoka, jak i smoczątko, które musi udowadniać nawet własnej babci istnienie ludzi, mieszczących się w jego szkolnym plecaku? Przecież każdy - zarówno smok, jak i człowiek tęskni równie mocno za swoją mamą...

Ale tego, że przedstawiciele tych dwóch światów mogą się zaprzyjaźnić - choć i jeden, i drugi, wydają się swoim bliskim nieco dziwni (oboje wierzą w rzeczy dla innych niestworzone...)  - nie wiemy od razu. Człowiek Karol przed spotkaniem z Roarem pragnie zgładzić wszystkie smoki, a mały zielony bohater myśli, że ludzie porywają smoczyce i zabijają owce. Kiedy jednak Karol z Prosiakiem trafiają do świata smoków, wszystko się zmienia! A co za tym idzie, widz już wie, że łączy nas dużo więcej niż dzieli, oraz że pozory mylą. Ponadto uświadamia sobie również, że opierając się na mitach, bajkach i stereotypach, możemy bardzo łatwo kogoś skrzywdzić. Artyści apelują tym samym, by każdy z nas myślał racjonalnie i nie pozwolił na to, by rządziły nami nieuzasadnione obawy.

Z szafy do innego świata

Co również ważne, reżyser Marián Pecko pozwolił postaciom mówić językiem autorki sztuki. A, że ta piszę współcześnie, lekko i dowcipnie, zarówno młodsza jak i starsza cześć widowni, czuła się na spektaklu swojsko. Małe smoki mówiły szkolnym sloganem, ale również i ich nauczycielki nie pozbawiono tradycyjnego belferskiego tonu. Wielką zaletą spektaklu była także scenografia oraz lalki, które towarzyszyły aktorom niemalże przez cały czas. Jedne smoki latały na długich wędkach i były nieco mroczne, a inne były pluszowe i chciało się je przytulić. Świetnie poradziła sobie z ich animacją, debiutująca na poznańskiej scenie, Julianna Dorosz. Absolutnie nic w ruchach aktorki nie było mechaniczne, tylko bezsprzecznie przemyślane i pełne emocji.

Akcja sztuki, zarówno jej żywy plan, jak i sceny lalkowe, miały miejsce w wielkiej piaskownicy, w której znajdowało się metalowe łóżko. To - w zależności od potrzeb, było mostem łączącym dwa światy bądź też sceną na scenie, na której to z kolei odbyła się m.in. smocza lekcja, odkrywająca przez maluchami tajniki latania. Oprócz łóżka, stały tam także: tajemnicza szafa oraz lampa. Niby nie za wiele, ale naprawdę wystarczająco. Poza tymi stałymi elementami scenografii, kolejne pojawiały się na scenie stopniowo. Montowali je, a potem zabierali aktorzy - w toku akcji, niezwykle płynnie i wręcz niezauważalnie. Oczywiście całości dopełniło świetnie zaaranżowane światło i muzyka. Ale ta, niestety, była nieco w cieniu.

"Smoki" są spektaklem dla inteligentnych i wymagających widzów, tych małych i dużych. Malina Prześluga po raz kolejny puszcza w swym tekście oko do dorosłego, więc ci  na spektaklu nudzić się nie będą. Dzieci natomiast, poprzez dużą dawkę humoru i koloru, zmuszone są do podjęcia ważnych pytań - czy czasem nie warto zweryfikować swojej wiedzy i czy inny, rzeczywiście znaczy gorszy. Odpowiedzi nie znajdziemy jednak na jedno zasadnicze pytanie: czy smoki rzeczywiście istnieją. Ale być może wiedzą o tym członkowie TSWS ze Zbąszynia, o którym pisze sama autorka sztuki...

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
05.09.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

Smoki w Teatrze Animacji
Magdalena Woźniak, dziecipoznan.pl

Magdalena Woźniak, dziecipoznan.pl
 

W sztuce Smoki Malina Prześluga wymyśliła świat smoków, w którym to ludzie są legendarnymi potworami.  Takimi małymi złośliwcami, co w bajkach porywają owce i żądają smoczyc w ofierze.

Tak myśli właśnie o ludziach młody Smok Roar. W tym samym czasie, po drugiej stronie przejścia w jaskini, Człowiek Karol tropi krwiożercze smoki, by uwolnić świat od niebezpieczeństwa. Smok Roar i Człowiek Karol nie mają jednak pojęcia, że tak naprawdę niewiele różnią się od siebie: nie potrafią zionąć ogniem, miewają kłopoty z własnymi kolegami a w ich opowieści nikt nie chce wierzyć. Karol i Roar spotykają się. To spotkanie zmieni ich życie na zawsze. A nam udzieli kilku życiowych lekcji: że punkt widzenia zależy od bajki, z której pochodzisz, że najbardziej znane i powtarzane historie mogą być nieprawdziwe, że różnice często przysłaniają nam podobieństwa, że obcy smok z innego świata może być obrońcą przed naszym własnym kolegą.W historii jest jeszcze wątek przyjaźni Karola z wiernym Prosiakiem. Prosiak, który trochę drwi z Karola i Karol, który dokucza Prosiakowi, to żywa definicja udanej przyjaźni mimo różnic. Przyjaźni, która sprawdza się w największej potrzebie.Prosiak jest też postacią, która pomaga sztuce utrzymać lekki i zabawny ton. Smoki ogląda się przyjemnie, fabuła gładko się toczy, dialogi są lekkie, jest trochę wygłupów i gagów. Część dowcipów rozbawi dzieci, część jest oczkiem puszczonym do rodziców.

Na uwagę w Smokach zasługuje wyjątkowa muzyka, której autorem jest Robert Mankovecky.
Nie ma tu piosenek i wpadających w ucho melodii. Muzyka pojawia się w momentach zmian miejsca akcji i zapowiada nową scenę. Scenografia buduje się na naszych oczach w takt muzyki, aktorzy tańczą ustawiając rekwizyty, a my poddajemy się nastrojowi, który podpowiada melodia i taniec. Robi to duże wrażenie.

Smoki można polecić dzieciom i dorosłym. Dla sześciolatki to jest spektakl o przyjaźni mimo różnic, dla mnie bardziej o tym, że czasem to, co wiemy jest tylko jedną z kilku wersji tej samej bajki.

Miejsce publikacji recenzji: 
Data publikacji recenzji: 
31.08.2014
Recenzowany spektakl: 

Recenzowany spektakl:
SMOKI

Prawdę znają tylko smoki
Sabina Lewicka, Teatralia

Jeśli nie umiesz przyznać się do swojej niewiedzy, do błędu albo zwyczajnie nie chce ci się sprawdzać plotki, legendy lub nawet wytłumaczyć faktów, które wykładają podręczniki szkolne, to nie zabieraj swojego dziecka na ten spektakl. Dlaczego? Ponieważ, Drogi Rodzicu, możesz niepotrzebnie wzbudzić w nim pytania, na które nie będziesz umiał albo nie będziesz gotów udzielić odpowiedzi.

Pozostawienie dziecka bez odpowiedzi na nurtujące go pytania jest najgorszą rzeczą, jaką można uczynić młodemu, głodnemu wiedzy umysłowi. W najlepszym wypadku może to doprowadzić go do szukania odpowiedzi na własną rękę. I w efekcie stania się takim człowiekiem jak Karol, który jeszcze w wieku 30 lat wciąż poszukiwał smoka, którego chciał zgładzić. Był tak zdeterminowany, że racjonalna argumentacja jego towarzysza Prosiaka, jakoby smoczy ryk był dźwiękiem syren z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, nie przynosiła efektu. Karol wiedział lepiej, jednak nie umiał nikogo przekonać do swoich racji i to czyniło go w oczach innych człowiekiem niespełna rozumu.

Historia Smoków na podstawie tekstu Maliny Prześlugi zbudowana jest na klasycznym odwróceniu perspektywy. Wystarczy podjąć próbę spojrzenia na sytuację z drugiej strony, a wtedy może okazać się, że nie takie smoki straszne, jak je malują – nie zieją ogniem, nie zjadają ludzi. W ich świecie panuje porządek podobny do świata ludzkiego. Dobrym smokom, które zapisały się w historii, wystawia się pomniki. Na przykład Smokowi Wawelskiemu wzniesiono monument za propagowanie turystyki. Smoki mają nawet smoczy Biały Dom, prezydenta i obowiązek chodzenia do szkoły. A na dobranoc małym smoczkom, takim jak Roar, opowiada się bajki o dzielnej Drak Ewce, która wpadła na genialny pomysł pozbycia się potwornego człowieka ziejącego ogniem poprzez podrzucenie mu do jaskini baraniej skóry wypchanej siarką.

Problem pojawia się, gdy mały smoczek Roar, bardzo zainteresowany opowiadaną przez ojca legendą, zaczyna samodzielnie myśleć i dekonstruować słyszaną historię. Zadaje pytania (na przykład: Jak człowiek, przy swoich małych rozmiarach, może połknąć w całości owcę?), na które ojciec nie potrafi odpowiedzieć. To zaś świadczy o tym, że fabuła nie trzyma się logicznego porządku, ale także o myśleniu magicznym, którego trudno się wyzbyć, a które każe utrzymywać obrzęd składania złym ludziom w ofierze smoczych matek. Racjonalny umysł dziecka pozwala Roarowi nie bać się, gdy pod łóżkiem odkrywa człowieka Karola i jego towarzysza Prosiaka.

Największe plusy za stronę formalną zbiera muzyka, stanowi bowiem nie tylko tło dla opowiadanej historii, ale również wysokiej klasy narratora, który dźwiękami, jak słowami dopowiada to, czego nie dograł aktor, lub wyjaśnia to, co wydaje się podlegać zbyt obszernym interpretacjom. Dzięki niej zwyczajnie odczuwa się całą akcję spektaklu, nawet bez potrzeby rozumowania. A w momentach przedstawienia, w których następuje zmiana światów z ludzkiego na smoczy, muzyka wywołuje ciarki na rękach, które zwykły towarzyszyć odkrywaniu tajemniczych, nowych światów.

Na uwagę zasługują również latające smoki podobne do pterodaktyli, niekiedy unoszące się nad pierwszymi rzędami widowni Zaskakujący w tym kontekście wydawał się samolot. Ale dlaczego nie? Przecież bohaterowie przenieśli się do świata Karola i Prosiaka.

Tło sceniczne jest raczej ascetyczne. Buduje je łóżko, na którym rozgrywa się scena układania do snu Roara, metalowa prycza Prosiaka, szafa będąca jednocześnie windą do innego wymiaru czy ławka szkolna podobna do tych w dawnej salce katechetycznej. Intrygującym pomysłem wydała mi się piaskownica zamontowana na scenie. Trudno określić, jaką miała pełnić funkcję oprócz efektywnego przekopywania się i rozsypywania piasku przez bohaterów

Jednak najwięcej uwagi przyciąga Roar, który przypomina zielony worek z małymi skrzydełkami, natomiast aktorka poruszająca lalką wygląda jak harcerka w zielonym berecie, co początkowo wywołuje konsternację: o czym będzie ta bajka? Mimo tego głos Julianny Dorosz tak bardzo pasuje do Roara, że ona sama wydaje się niewidoczna na scenie. Zaczyna być zauważalna dopiero w sekwencjach bez lalki.

Spektakl Smoki to połączenie dwóch światów, ludzkiego i smoczego, wzajemne poznawanie się i wspólne przygody pokazujące, że oba światy wcale nie są czarno-białe. A jednoznaczne opowieści są zwyczajnie krzywdzące, bo aby poznać prawdę, warto pokusić się o szerszą perspektywę widzenia niż nasza własna. Ale tego przecież trzeba chcieć.

Data publikacji:
9.10.2015

Źródło publikacji:
http://www.teatralia.com.pl/prawde-znaja-tylko-smoki-smoki/

Recenzowany spektakl:
SMOKI