Zona
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Gęś od dawna coś przeczuwała, a teraz jest już niemal pewna, że ktoś się za nią skrada. Gdy słyszy: „Śmierć”, wyciąga najpierw szyję w gęsim odruchu obrony, a potem, gdy Śmierć do niej podchodzi, kurczy się w sobie. Animująca ją w żywym planie aktorka z napięciem wpatruje się w swoją lalkę. Powoli, bardzo powoli kładzie gęsią szyję na gęsi tułów, a potem nakrywa gęsią głowę skrzydłem. Gąska jest przerażona i „wyłącza świat”, który nagle, w jednej chwili staje się jej obcy i daleki.

Jest w tym powolnym ruchu cały ogrom jej trwogi, ale też wiele nieoczekiwanego… wdzięku. Ruchy aktorki są precyzyjne, każdy z nich wykonywany jest z wielką starannością, bez pośpiechu, celebrowany. Bo przecież mamy tu do czynienia z sytuacją niezwykłą, wyjątkową, graniczną, dotykamy spraw ostatecznych. Na ogół w życiu takie sytuacje przelatują nam przed oczami – są intensywne, szybkie, wręcz błyskawiczne, skrojone ponad ludzką miarę percepcji. Ale tutaj jesteśmy w teatrze, tu możemy taką sytuację bezpiecznie obserwować, rozważać jej konsekwencje, ba – możemy ją nawet estetycznie smakować. I rozsmakowując się w jej powolnym rytmie, w precyzji działań obu aktorek, w plastycznej urodzie lalek i scenografii, usiłujemy zgadnąć, kiedy i jak Śmierć zakończy swe dzieło. Jak to wszystko będzie tu celebrowane, jak nam będzie pokazane?

Śmierć tymczasem wykonuje przyjazny gest – animująca ją aktorka, uważnie obserwując swą lalkę, wyciąga jej prawą rękę, która głaszcze gęsie pióra. Narrator potwierdza – Śmierć jest dla Gęsi miła, a zważywszy na to, kim jest, to nawet bardzo miła. Potem razem wędrują przez sterylnie piękny, oczyszczony z naturalnej przypadkowości krajobraz, potem Gęś przytula się do Śmierci, potem siedzą razem na drzewie, a potem jeszcze leżą sobie pod drzewem. Śmierć podnosi nogę i macha stopą – jakże sielsko i beztrosko! Niebem przepływa śliczna chmurka – powolutku, cudownie, banalnie. Ileż to takich ślicznych chmurek przepłynęło niebem podczas całego gęsiego życia? Ilu z nich Gęś w ogóle nie zauważyła? Ale ta chmurka jest bardzo ważna, bo może ostatnia. A nawet jeśli nie ostatnia, to ile jeszcze przepływających po niebie chmurek Gęś zobaczy, zanim jej przyjaciółka postanowi zabrać ją ze sobą w ostateczne Nieznane?

Kończy się krótki wideoklip spektaklu Gęś, Śmierć i Tulipan według tekstu Wolfa Erlbrucha, w reżyserii i senografii Marcina Jarnuszkiewicza w warszawskim Teatrze Baj i nadal nie wiem, ile jeszcze chmurek przepłynie przez to piękne, ciemne niebo, zanim To się dokona.

Teatr Marcina Jarnuszkiewicza był mi do niedawna nieznany. Przykro mi z tego powodu, ale w końcu po przetrwaniu paru dziesiątków lat na naszym łez padole wiem, że wszystkiego w życiu, a nawet tylko w teatrze nie da się zobaczyć i osobiście przeżyć. Choć przecież – i konstatuję to z niejakim wstydem – ten wybitny reżyser i scenograf zrealizował w ciągu ostatnich kilkunastu lat w poznańskim Teatrze Animacji trzy spektakle: Bestię i piękną, czyli baśń raz jeszcze opowiedzianą Stanisława Grochowiaka (1999), Królową śniegu Hansa Christiana Andersena (2001) i Wiewiórkę Moniki Milewskiej (2006). Miałem blisko i nie skorzystałem – teraz żałuję.

Ale mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że przynajmniej teraz, w roku 2015, to, co istotne, mnie nie ominęło – zobaczyłem kolejny spektakl Jarnuszkiewicza w Teatrze Animacji i oto w jakiś czas po nieśpiesznym smakowaniu Całego królestwa króla mogę się podzielić z Czytelnikami całym moim zachwytem.

Scenariusz tego przedstawienia oparty jest na zbiorze dwudziestu jeden krótkich opowiastek austriackiego autora Heinza Janischa Król i morze, wydanych po polsku w roku 2010. Janisch to autor znany i ceniony, a charakter jego prozy – refleksyjny, filozofujący, pełen zadumy nad światem – niewątpliwie sprzyja teatralnemu „stylowi pisma” Jarnuszkiewicza. Opowiastki Janischa to „króciutkie historie, muśnięcie tematu, strzęp dialogu, monologu”. Jak pisze recenzentka książki, Dorota Koman, znajdziemy w nich „przestrzeń pozostawioną naszej wyobraźni”, która „wręcz prowokuje do robienia notatek na marginesie” („Nowe Książki”, 2010 nr 10, s. 76).

I takie właśnie „teatralne notatki” czyni Marcin Jarnuszkiewicz w Całym królestwie króla. Suweren ów, grany (lepiej może znów powiedzieć: celebrowany) przez Marcina Ryl-Krystianowskiego, przez niemal godzinę smakuje na scenie świat, dziwiąc się mu, gniewając się nań, usiłując go daremnie przekształcić, ucząc się go, błogosławiąc i przeklinając. I cały czas powoli, mozolnie godzi się z nim, akceptując w końcu swoje w nim istnienie. Powolność i nieśpieszność tego procesu sprzyja kontemplowaniu przez siedzących na widowni małych i dużych ludzi ciągu przepięknie skomponowanych obrazów. Opowiedziane zwięzłym, metaforycznym tekstem Janischa królewskie zmaganie się ze światem i ze swym własnym cieniem (gra go Marek A. Cyris) jest tu czytelną podnietą dla każdego z nas, by zastanowił się nad własnymi zmaganiami z samym sobą, a w szczególności nad własnym „rdzewieniem” i przemijaniem. Powoli przestawiamy się przy tym na odbiór czegoś, co nam się niejasno kojarzy z jakimś zapomnianym „czystym pięknem”, które zaoferowane jest nam tutaj na dodatek w skondensowanej, intensywnej formie. Ta łagodnie nam narzucona, nieśpieszna kontemplacja, której (o dziwo!) z przyjemnością się poddajemy, nieco nas obezwładnia: „To tak też dziś można mnie zabawiać w teatrze?” – pytamy się w duchu samych siebie, dziwiąc się nieco tej nieoczekiwanej fascynacji czymś, co na pierwszy rzut oka wydaje się nam ciut naiwne i niedzisiejsze. Ale działa! I to nas właśnie dziwi. Bo to jednak dziwne – takie odkrycie w sobie jakichś (chyba nieco wstydliwych?) pokładów dziecięcej wrażliwości, podatności na zachwyt nad czymś, co niezrozumiałe, niezracjonalizowane, niepodane w jakiejś logicznej formie, która by się dała umysłowo ogarnąć i zwerbalizować.

A tu masz! Czemu to zachwyca?! (Bo może nie powinno?) Co się ze mną dzieje?!

O ile pamiętam, ostatni raz zachwyciłem się czymś podobnym, kontemplując niektóre obrazy ze  Stalkera Andrieja Tarkowskiego. Kiedy to było? Oj, dawno, dawno temu. I od tamtej pory nie przydarzyło mi się ani w kinie, ani w teatrze, ani w życiu nic podobnego. Aż tu nagle, w Wielkim Tygodniu roku 2015, we wtorek, o siedemnastej, pośród przedświątecznego pośpiechu i handlowo-gastronomicznej gorączki trafiłem w sali Teatru Animacji do jakiejś nowej, fascynującej zony, gdzie dane mi było znów bezkarnie kontemplować skondensowane piękno – bez tłumaczenia, kto, komu, po co, za co, przed czym, po czym i dlaczego.

Źródło publikacji: http://teatralny.pl/recenzje/zona,1051.html
Data publikacji: 27 kwietnia 2015

 

 

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Zona
Juliusz Tyszka, teatralny.pl

Gęś od dawna coś przeczuwała, a teraz jest już niemal pewna, że ktoś się za nią skrada. Gdy słyszy: „Śmierć”, wyciąga najpierw szyję w gęsim odruchu obrony, a potem, gdy Śmierć do niej podchodzi, kurczy się w sobie. Animująca ją w żywym planie aktorka z napięciem wpatruje się w swoją lalkę. Powoli, bardzo powoli kładzie gęsią szyję na gęsi tułów, a potem nakrywa gęsią głowę skrzydłem. Gąska jest przerażona i „wyłącza świat”, który nagle, w jednej chwili staje się jej obcy i daleki.

Jest w tym powolnym ruchu cały ogrom jej trwogi, ale też wiele nieoczekiwanego… wdzięku. Ruchy aktorki są precyzyjne, każdy z nich wykonywany jest z wielką starannością, bez pośpiechu, celebrowany. Bo przecież mamy tu do czynienia z sytuacją niezwykłą, wyjątkową, graniczną, dotykamy spraw ostatecznych. Na ogół w życiu takie sytuacje przelatują nam przed oczami – są intensywne, szybkie, wręcz błyskawiczne, skrojone ponad ludzką miarę percepcji. Ale tutaj jesteśmy w teatrze, tu możemy taką sytuację bezpiecznie obserwować, rozważać jej konsekwencje, ba – możemy ją nawet estetycznie smakować. I rozsmakowując się w jej powolnym rytmie, w precyzji działań obu aktorek, w plastycznej urodzie lalek i scenografii, usiłujemy zgadnąć, kiedy i jak Śmierć zakończy swe dzieło. Jak to wszystko będzie tu celebrowane, jak nam będzie pokazane?

Śmierć tymczasem wykonuje przyjazny gest – animująca ją aktorka, uważnie obserwując swą lalkę, wyciąga jej prawą rękę, która głaszcze gęsie pióra. Narrator potwierdza – Śmierć jest dla Gęsi miła, a zważywszy na to, kim jest, to nawet bardzo miła. Potem razem wędrują przez sterylnie piękny, oczyszczony z naturalnej przypadkowości krajobraz, potem Gęś przytula się do Śmierci, potem siedzą razem na drzewie, a potem jeszcze leżą sobie pod drzewem. Śmierć podnosi nogę i macha stopą – jakże sielsko i beztrosko! Niebem przepływa śliczna chmurka – powolutku, cudownie, banalnie. Ileż to takich ślicznych chmurek przepłynęło niebem podczas całego gęsiego życia? Ilu z nich Gęś w ogóle nie zauważyła? Ale ta chmurka jest bardzo ważna, bo może ostatnia. A nawet jeśli nie ostatnia, to ile jeszcze przepływających po niebie chmurek Gęś zobaczy, zanim jej przyjaciółka postanowi zabrać ją ze sobą w ostateczne Nieznane?

Kończy się krótki wideoklip spektaklu Gęś, Śmierć i Tulipan według tekstu Wolfa Erlbrucha, w reżyserii i senografii Marcina Jarnuszkiewicza w warszawskim Teatrze Baj i nadal nie wiem, ile jeszcze chmurek przepłynie przez to piękne, ciemne niebo, zanim To się dokona.

Teatr Marcina Jarnuszkiewicza był mi do niedawna nieznany. Przykro mi z tego powodu, ale w końcu po przetrwaniu paru dziesiątków lat na naszym łez padole wiem, że wszystkiego w życiu, a nawet tylko w teatrze nie da się zobaczyć i osobiście przeżyć. Choć przecież – i konstatuję to z niejakim wstydem – ten wybitny reżyser i scenograf zrealizował w ciągu ostatnich kilkunastu lat w poznańskim Teatrze Animacji trzy spektakle: Bestię i piękną, czyli baśń raz jeszcze opowiedzianą Stanisława Grochowiaka (1999), Królową śniegu Hansa Christiana Andersena (2001) i Wiewiórkę Moniki Milewskiej (2006). Miałem blisko i nie skorzystałem – teraz żałuję.

Ale mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że przynajmniej teraz, w roku 2015, to, co istotne, mnie nie ominęło – zobaczyłem kolejny spektakl Jarnuszkiewicza w Teatrze Animacji i oto w jakiś czas po nieśpiesznym smakowaniu Całego królestwa króla mogę się podzielić z Czytelnikami całym moim zachwytem.

Scenariusz tego przedstawienia oparty jest na zbiorze dwudziestu jeden krótkich opowiastek austriackiego autora Heinza Janischa Król i morze, wydanych po polsku w roku 2010. Janisch to autor znany i ceniony, a charakter jego prozy – refleksyjny, filozofujący, pełen zadumy nad światem – niewątpliwie sprzyja teatralnemu „stylowi pisma” Jarnuszkiewicza. Opowiastki Janischa to „króciutkie historie, muśnięcie tematu, strzęp dialogu, monologu”. Jak pisze recenzentka książki, Dorota Koman, znajdziemy w nich „przestrzeń pozostawioną naszej wyobraźni”, która „wręcz prowokuje do robienia notatek na marginesie” („Nowe Książki”, 2010 nr 10, s. 76).

I takie właśnie „teatralne notatki” czyni Marcin Jarnuszkiewicz w Całym królestwie króla. Suweren ów, grany (lepiej może znów powiedzieć: celebrowany) przez Marcina Ryl-Krystianowskiego, przez niemal godzinę smakuje na scenie świat, dziwiąc się mu, gniewając się nań, usiłując go daremnie przekształcić, ucząc się go, błogosławiąc i przeklinając. I cały czas powoli, mozolnie godzi się z nim, akceptując w końcu swoje w nim istnienie. Powolność i nieśpieszność tego procesu sprzyja kontemplowaniu przez siedzących na widowni małych i dużych ludzi ciągu przepięknie skomponowanych obrazów. Opowiedziane zwięzłym, metaforycznym tekstem Janischa królewskie zmaganie się ze światem i ze swym własnym cieniem (gra go Marek A. Cyris) jest tu czytelną podnietą dla każdego z nas, by zastanowił się nad własnymi zmaganiami z samym sobą, a w szczególności nad własnym „rdzewieniem” i przemijaniem. Powoli przestawiamy się przy tym na odbiór czegoś, co nam się niejasno kojarzy z jakimś zapomnianym „czystym pięknem”, które zaoferowane jest nam tutaj na dodatek w skondensowanej, intensywnej formie. Ta łagodnie nam narzucona, nieśpieszna kontemplacja, której (o dziwo!) z przyjemnością się poddajemy, nieco nas obezwładnia: „To tak też dziś można mnie zabawiać w teatrze?” – pytamy się w duchu samych siebie, dziwiąc się nieco tej nieoczekiwanej fascynacji czymś, co na pierwszy rzut oka wydaje się nam ciut naiwne i niedzisiejsze. Ale działa! I to nas właśnie dziwi. Bo to jednak dziwne – takie odkrycie w sobie jakichś (chyba nieco wstydliwych?) pokładów dziecięcej wrażliwości, podatności na zachwyt nad czymś, co niezrozumiałe, niezracjonalizowane, niepodane w jakiejś logicznej formie, która by się dała umysłowo ogarnąć i zwerbalizować.

A tu masz! Czemu to zachwyca?! (Bo może nie powinno?) Co się ze mną dzieje?!

O ile pamiętam, ostatni raz zachwyciłem się czymś podobnym, kontemplując niektóre obrazy ze  Stalkera Andrieja Tarkowskiego. Kiedy to było? Oj, dawno, dawno temu. I od tamtej pory nie przydarzyło mi się ani w kinie, ani w teatrze, ani w życiu nic podobnego. Aż tu nagle, w Wielkim Tygodniu roku 2015, we wtorek, o siedemnastej, pośród przedświątecznego pośpiechu i handlowo-gastronomicznej gorączki trafiłem w sali Teatru Animacji do jakiejś nowej, fascynującej zony, gdzie dane mi było znów bezkarnie kontemplować skondensowane piękno – bez tłumaczenia, kto, komu, po co, za co, przed czym, po czym i dlaczego.

Źródło publikacji: http://teatralny.pl/recenzje/zona,1051.html
Data publikacji: 27 kwietnia 2015

 

 

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Eksperyment w Teatrze Animacji
Marta Łuczkowska, Świat Kultury
Dyrektor poznańskiego Teatru Animacji, Marek Waszkiel postanowił przeprowadzić mały eksperyment i zaproponować najmłodszej widowni, przyzwyczajonej do oglądania bajek, zupełnie inny spektakl. Spektakl będący opowieścią poetycko-filozoficzną, która powstała na podstawie książki Król i morze Heinza Janischa. Uroczysta premiera spektaklu odbyła się we wtorek, 31 marca, ale najmłodsi widzowie po raz pierwszy spotkali się z twórczością Janischa dzień później.  

Całe królestwo króla to zupełnie nowa propozycja Teatru, którą wyreżyserował znany poznańskiej publiczności, Marcin Jarnuszkiewicz. W przygotowaniu spektaklu od strony scenograficznej pomagały mu dwie scenografki – Marcelina Jarnuszkiewicz i Marta Zając. Trzeba przyznać, że obie panie zadbały o każdy najdrobniejszy szczegół spektaklu, co doceniła najmłodsza widownia, nie kryjąc zachwytu nad poszczególnymi rekwizytami pojawiającymi się na scenie. Meduzy, lśniące z daleka ryby z długimi ogonami, chmury, deszcz z kryształków, czy padający śnieg to najczęściej wymieniane przez dzieci elementy spektaklu, które pozostały w ich pamięci.

Na scenie, obok tytułowego Króla, pojawiła się również Królowa Nocy, która wywołała głośne szepty na widowni. Najmłodsi nie mogli powstrzymać się od głośnego zachwytu i sympatycznych komentarzy dotyczących złotej korony i stroju tej, która jest władczynią ciemności.

Czy oprócz rekwizytów i bogatej scenografii, dzieci skupiły swoją uwagę również na samej treści spektaklu? Czy ukryte w nim przesłanie dotyczące niezależności natury od człowieka, zostało odkryte przez najmłodszych widzów? Okazuje się, że eksperyment Teatru Animacji był w pełni udany. Dzieci nie tylko zrozumiały ukryty sens tekstu Janischa, ale również potrafiły o nim opowiadać. Podczas krótkiego spotkania z dyrektorem Teatru i aktorami biorącymi udział w spektaklu, opowiedziały o tym, co zobaczyły i co podobało im się najbardziej.

- Sztuka opowiadała o królu, który uważa, że jest najważniejszy na świecie – powiedziała jedna z dziewczynek po spektaklu, co chyba najtrafniej opisuje treść całego królestwa króla. Dzieci nie miały również wątpliwości, że w zderzeniu z przyrodą i siłami natury, człowiek nie posiada żadnej władzy. Może jedynie oglądać, podziwiać, zachwycać się lub złościć, ale nawet będąc królem, nie może niczego zmienić. Nie jest w stanie zapanować nad światem przyrody, który jest dużo silniejszy i zupełnie niezależny od człowieka.

Tytułowe królestwo – morze, ryby, ptaki, drzewa, zwinny kot, słońce, rozgwieżdżone niebo – wyłania się z delikatnej mgły. Król prowadzi niespieszne i niedługie rozmowy, przygląda się światu, uczestniczy w zdarzeniach drobnych i ważnych. Spotkania z naturą uczą go pokory, uważności, dystansu do siebie i czerpania przyjemności ze spraw najprostszych.

Tekst Heinza Janischa, na którym zbudowano filozoficzną opowiastkę jest adresowany zarówno do najmłodszych widzów, jak również do starszej publiczności. Jak podkreśla reżyser, każdy widz odnajdzie w nim coś dla siebie.  Z pewnością będzie to chwila refleksji nad otaczającym światem, zachwyt nad niezwykłą harmonią panującą w przyrodzie, a być może także moment uspokojenia i radość czerpana z natury, na którą w pośpiechu dnia codziennego nie zwraca się uwagi.

Źródło publikacji: http://www.swiatkultury.com.pl/?p=7297
Data publikacji: 2 kwietnia 2015

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Całe królestwo króla - recenzja
Magdalena Woźniak, dziecipoznan.pl
Zawsze wszystkim i wszędzie polecam Teatr Animacji:
Wybierz dowolne właściwie przedstawienie i wal jak w dym, na pewno będziecie się dobrze bawić. Tak mówię i tak myślę. A właściwie, tak myślałam do wczoraj.

Domyślałam się, że to będzie sztuka mocnych wizualnych wrażeń w tajemniczej scenerii. Zdjęcia z pokazów przedpremierowych kazały mi nawet uprzedzić moje córki - będzie nieco ciemno i szaro. Z opisu przedstawienia wynikało, że to scena eksperymentalna,  że będzie poetycko  i  filozoficznie, ale zracjonalizowałam te informacje - przecież nie raz w Teatrze Animacji byłam, wiem, czego się spodziewać.  

Otóż, nie miałam pojęcia! 
Jest to bowiem przedstawienie, do jakich nie mieliśmy okazji przywyknąć. „Całe królestwo króla” jest spektaklem odczuwania: wrażeń i wzruszeń, kontemplacji przyrody, oszczędności słowa i przejmującej muzyki przeplatanej idealną ciszą i tempie pozwalającym każdej scenie wybrzmieć do końca. Było to bez wątpienia przepiękne przedstawienie. Ale czy dla dzieci?

Spektakl ma bardzo niebezpiecznie niskie tempo akcji. Nie wiem, jak Wasze dzieci, ale moje słabo radzą sobie z kontemplacją zachodów słońca i fal na morzu i brak akcji prawie zawsze zwiastuje kłopoty. Nic więc dziwnego, że moje córki w połowie kręciły się już tak bardzo, że byłam pewna, że się nudzą. Pomyliłam się jednak.

Po spektaklu dziewczyny miały mniej niż zwykle do powiedzenia na temat sztuki, ale już przy kolacji wrażenia zaczęły wracać i okazało się, że dziewczynom bardzo się podobało, choć opowiadanie o sztuce sprawiało mi nieco kłopotu:

To było o królu, którego nikt nie słuchał (...)
Król miał łatwą rolę, bo miał mało tekstu do nauczenia  (…)
Gwiazdki i meduzy i latające ryby błyszczały, a noc i kot nie (…)
Kot miał łatwą rolę, bo tylko się musiał wylegiwać(…)
Te motylki, to były wszystkie marzenia króla. Albo sny to były.  Dobrze, że ich nie złapał!
 
Znam swoje dzieci najlepiej na świecie, tak jak i tylko Ty znasz swoje. Nie mogę więc uczciwie polecić Wam (lub nie polecić) tego spektaklu. 
Myślę, że najlepiej potraktować go jako bezzwrotny dar dla dziecka, bez oczekiwania, że zrozumie, wysiedzi, opowie. Kiedy się wyrusza w nieznane, nie można zakładać, co się tam znajdzie. W końcu to jest nieznane. Król w sztuce spróbował, ja i moje córki, trochę przypadkowo, też. Nie było prosto, ale było warto.

Źródło publikacji: http://www.dziecipoznan.pl/news-8878-cale_krolestwo_krola._recenzja
Data publikacji: 1 kwietnia 2015

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Wyszeptane prawdy
Monika Nawrocka-Leśnik, kultura.poznan.pl

Premierowy spektakl Marcina Jarnuszkiewicza w Teatrze Animacji jest jak poezja: pod powierzchnią słów drzemie wiele znaczeń.

Inspiracją do powstania spektaklu "Całe królestwo króla" jest książka kryjąca dwadzieścia jeden opowiastek w formie minidialogów - "Król i morze" Heinza Janischa.

Tytułowy Król pewnego dnia wyrusza w świat i rozmawiając po drodze m.in. z drzewem, kotem czy pszczołą z podróży tej wraca mądrzejszy. Bohaterowie Jarnuszkiewicza nie są jednak w żaden sposób natrętni. Nie moralizują i co najważniejsze - do widza szepczą, a nie krzyczą. Bo reżyser dobrze wie, że w ciszy można przekazać więcej.

Poezja szczegółów

Cisza w "Całym królestwie..." paradoksalnie mieści w sobie feerię dźwięków. Młody kompozytor Mateusz Dębski idealnie oddał nastrój, który towarzyszy wywołanej przez spektakl lawinie wspomnień. Przed oczami widza staje seria obrazów, które codziennie upychamy niedbale w swoim podręcznym bagażu.

Spektakl, tak jak opowieść Janischa, jest krótki, ale treściwy. Jego prawdy i sensy ukryte są w tym, co niedopowiedziane. Poetyckość kryje się w każdej warstwie: we wspomnianym słowie, w muzyce, ale też scenografii, której autorkami są Marta Zając i Marcelina Jarnuszkiewicz. Artystki zadbały o każdy szczegół, który odgrywa ważną rolę w podróży Króla - ten pojawia się w planie żywym, ale także jako krucha lalka. Istotne są źdźbło trawy, liść i kropla deszczu. Te pozornie błahe elementy architektury dnia codziennego, dzięki zabiegom scenografek, stają się dla publiczności dostrzegalne. Widz, podobnie jak tytułowy bohater, może czerpać przyjemność zarówno z szumu morza, porywu wiatru, jak i przyglądania się latającemu motylkowi. Może zanurzyć się w ciemności wraz z piękną królową albo odpocząć pod rozłożystym drzewem.

Wszystko ma swą drugą stronę

Tę urzekającą tylko kilkoma barwami narrację dopełnia kolejny świetny zabieg - ubrani w szare płaszcze bohaterowie mają na twarzach maski, nie widzimy ich oczu. Wyłaniają się ze snującej się po scenie mgły, a ich świat skrywa kolejne warstwy tiulu oraz siatki. Scena wydaje się być o wiele głębsza. I przyznaję - to jest idealne! Bo przecież najbardziej pociąga nas to, czego dotknąć i zobaczyć do końca nie możemy, tajemnica.

Spotkanie z "Całym królestwem króla" to ukłon w stronę prostych, ale trafnych rozwiązań. To nauka, jak wiele bogactw kryje w sobie każde królestwo i jak ważna jest harmonia. Dla dzieci to wszystko może być oczywiste, ale dorosłemu widzowi przyda się powtórka z fundamentalnych prawd, bo często zapominamy o tym, że nie wszystko można ogarnąć rozumem. Bo świat jest pełen niespodzianek, a wszystko ma przecież swą drugą stronę. - Myślałem, że duchy nie istnieją - mówi zdziwiony Król, kiedy spotyka ducha. - Myślałem, że królowie nie istnieją - odpowiada duch.


Źródło publikacji: http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news/relacje-recenzje-opinie,c,9/wyszeptane-prawdy,80003.html
Data publikacji: 2 kwietnia 2015

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

W głąb siebie, w niebo
Adam Karol Drozdowski, "Teatr"

 Właśnie to staje mi przed oczami, kiedy myślę o ostatnich autorskich spektaklach scenografa i reżysera: wydłużone, równocześnie dostojne i kruche, ludzkie postaci. Niemożliwie chude i blade, o identycznych rysach twarzy lub wręcz bez rysów, poruszające się z mozołem, ale i z uporem, wbrew niedostatkom motoryki. Niosące w sobie przeczucie końca, ale skupione na doświadczaniu siebie, własnej obecności w świecie, póki trwa dla nich czas.


Czasu mają niewiele, dwadzieścia minut, półtorej godziny – bo w takich ramach mieszczą się Jarnuszkiewiczowe teatralne światy. Dość, by dać świadectwo o człowieczeństwie, mało, żeby pocieszyć się byciem w światłach sceny. Dlatego może mniej pamięta się aktorów żywego planu, chociaż Jarnuszkiewicz pracuje z najlepszymi, a w pamięci zostają jego półmartwe lalki. Niezależnie, czy są wzrostu dorosłego człowieka, czy maleńkie jak dłoń – to na nich skupia się cała uwaga, tak widzów, jak aktorów.

 

Pojemność znaku


Zaczęło się od pracy domowej. Jarnuszkiewicz zadał ją wpierw sobie, żeby – gdy już przybrała formę niemej suity na lalkę i gest, zatytułowanej Homework – móc zadać ją do odrobienia widzom. Forma tego teatralnego zadania wykluwała się znacznie wcześniej. Zgodnie ze wspomnieniem reżysera przełomem były Sceny pasyjne, współtworzony z Romanem Woźniakiem formalny spektakl na motywach Bachowskiej Pasji wg św. Mateusza. Lalka Chrystusa, w zamyśle intensywnie animowana, siłą swojego wyrazu niejako wymogła na twórcach ograniczenie jej motoryki – imitowanie ruchu osłabiało dramatyzm samej formy. Podobnie w Pietruszce według Strawińskiego ludzkiego wzrostu, porzucone przez aktorów w przypadkowych pozach, lalki okazywały się znacznie bardziej wyraziste niż klasycznie animowane. Stąd wywiódł Jarnuszkiewicz ideę „martwej lalki”, która samym swoim zaistnieniem w przestrzeni sceny świadczy o dwoistym statusie człowieczeństwa. Zawieszona w bezczasie, między życiem – z wyraźnym rozróżnieniem między świadomą animacją a rutynową imitacją – a wpisaną w jej naturę śmiercią.


Homework był pierwszym spektaklem na taką skalę eksploatującym nośność znaczeń lalki pozostawionej samej sobie. Co ciekawe, mimo że ta właściwość teatru ożywionej formy wydaje się oczywista i wykorzystywana jest coraz częściej przez poszukujące grupy, jak choćby Teatr Malabar Hotel, duża część środowiska lalkarskiego odnosi się do wizji Jarnuszkiewicza z niechęcią. Ma to w sobie coś z modernistycznego konfliktu malarzy-akademików, przywiązanych do zdobywania technicznej wirtuozerii, z awangardystami odrzucającymi ich doświadczenia na rzecz rozwijania nowych środków wyrazu. Różnica jest taka, że pokoleniowo to Jarnuszkiewicz powinien stać po stronie akademizmu.


Dziś, po kilkuletniej eksploatacji Homework w macierzystym Teatrze Academia i występach na kilku festiwalach, ciągle, choć nieregularnie, zdarza mu się grywać ten spektakl w Warszawie przy ulicy Spokojnej, w siedzibie Wydziału Sztuki Mediów ASP, gdzie wykłada. Nie ma o tych pokazach mowy w mediach, autor zapowiada je prywatnie, wśród znajomych i studentów. To też świadczy o charakterze przedstawienia, które ze swojej natury powinno być intymnym spotkaniem; widzowie, którzy skomunikują się z materią tego teatru, przeżywają go osobiście.


Komunikacja z teatrem Jarnuszkiewicza nie jest jednak łatwa. Publiczność, przyzwyczajona do atrakcji, efektowności tak obrazu, jak myśli, wreszcie do galopady bodźców, w pierwszej kolejności musi zmierzyć się z powolnym, transowym rytmem jego przedstawień, surowością formy i minimalistycznymi środkami wyrazu. Dalej: zaakceptować, że filozoficzne pytania o egzystencję zadaje się tutaj z powagą, bez metakomentarza, publicystycznych odniesień, ironicznego dystansu. Patos nie świadczy więc o pretensjonalności, jak chciałaby go widzieć kultura masowa, ale o prostocie. Szlachetnej, budowanej na finezyjnych działaniach i kompozycyjnej harmonii. O sprawach podstawowych, jak śmierć, empatia, piękno, pokora, Jarnuszkiewicz mówi wprost, wierząc w ogólnoludzki wymiar przeżycia metafizycznego, jakie nieść ma sztuka. Równoczesne przekonanie o jej elitaryzmie wynika z wyraźnego odróżnienia sztuki wysokiej od kultury masowej.


Dlatego środki wyrazu, jakie Jarnuszkiewicz angażuje w tworzenie swoich spektakli, programują odbiór w pierwszej kolejności pozarozumowy. Światło jest w jego teatrze raczej brakiem cienia, przywilejem, nie oczywistością – wydobywa plastyczność brył, umożliwia grę planów, ale niczego nie określa wprost, nie pozwala widzowi dostrzec wyraźnych konturów czy barw. Żeby bodźce wizualne stały się jeszcze bardziej intuicyjne, reżyser korzysta często z siatki, budującej czwartą ścianę sceny. Wytężanie wzroku mija się z celem, pozostaje zaakceptowanie niepewności. Gesty od początku są powolne i skupione – rodzenie się postaci dla świata przedstawienia, niezależnie, czy jest nią lalka, czy aktor żywego planu, jest długotrwałym procesem, prowadzonym z ostrożnością od niekształtnej formy, jaką może przybrać ludzkie ciało, do pełnej sylwetki. Nawet prosty ruch ręką kieruje ku doświadczaniu cielesności, poziom uwagi, z jaką bywa wykonywany, skutkuje drżeniem dłoni. Im bardziej człowiek pracuje nad sobą, tym bardziej ujawniają się jego ułomności. W teatrze Jarnuszkiewicza dotyczy to zarówno jego bohaterów, jak i podążających za nimi widzów.


Ich interpretacje Homework, jakie miałem okazję usłyszeć z rozmów po spektaklu, wahały się od afirmacji życia po wspomnienie stanów depresyjnych, od ogólnych rozważań o istocie relacji Bóg – człowiek po konkret zmagań z chorobą alkoholową. Żadne z nich nie były błędne. Jarnuszkiewicz zbudował w Homework strukturę działań scenicznych, będącą spójną i niezwykle pojemną metaforą, dającą wypełnić się treściami dotyczącymi najróżniejszych ludzkich doświadczeń, a wszystko poprzez proste i wymowne obrazy budowane na opozycjach samostanowienia i zależności, bezsilnych upadków i uporczywego podnoszenia się do pionu. Człowiek Jarnuszkiewicza jest pionowy, jednak nie na poziomie biologii zapoczątkowanej przez homo erectus, ale w wymiarze metafizycznym. Wyprostowany kręgosłup łatwo się łamie, ale tak długo, jak jego właściciel walczy o zachowanie swojej postawy, wciąż ma szansę na ostateczny pionowy wektor: wniebowzięcie.

 

Wędrówka po grudzie

Z Homework szczególnie współbrzmi przedostatnia premiera Jarnuszkiewicza, Wielkie pytanie według Wolfa Erlbrucha zrealizowane w łódzkim Teatrze Pinokio. Z Erlbruchem reżyser spotkał się już wcześniej, wystawiając jego dziełko Gęś, Śmierć i Tulipan w warszawskim Baju. Ten dwudziestokilkuminutowy spektakl był dosłownym wystawieniem tekstu, poza drobnymi przesunięciami podążał wiernie za słowem i obrazem niemieckiego pisarza i ilustratora – co u Jarnuszkiewicza nieczęste. Scenografia przenosiła na scenę rzeczywistość jego ilustracji, narrator zwartą gawędą opisywał formalną akcję budowaną za pośrednictwem kolejnych obrazów, nie uczestnicząc w niej bezpośrednio. W tej prostocie zawierała się siła przedstawienia, niczym nie przesłaniając wiodącej myśli Jarnuszkiewicza, że śmierć jest stale obecna przy żyjących. Nie grozi, nie podpuszcza, w kraciastej koszuli i z dziecinnie dużą głową opiekuje się nimi dzień w dzień, żeby odprowadzić ich godnie w zaświaty, kiedy przyjdzie pora.


Śmierć z Wielkiego pytania jest inna. Zgrabna, zwiewna, odziana w kruczoczarną suknię i boa, niedostępna i pociągająca jak femme fatale. W świecie bohaterów spektaklu pojawia się znienacka i, niemal niezauważenie, odfruwa z kolejnymi z nich w burzowe niebo. Widocznie ludzie, w odróżnieniu od gęsi, nie mają umiejętności kontaktu z Niewidzialnym aż do momentu granicznego. Ale i tu Śmierć jest przy nich obecna, choć w innym wymiarze – kiedy nie wchodzi z nimi w interakcje, siedzi na ramieniu aktorki z nogą założoną na nogę. Obserwuje, nie animowana, ale czujna.


Ludzie tymczasem zmagają się z epizodyczną codziennością. Gdzieś wokół nich rozgrywa się wojna, gdzieś odbywają się zamorskie podróże, doświadczenia gromadzą się i budują krok po kroku ich tożsamość i samoświadomość. Ale pomiędzy tymi punktami wciąż czeka ich mozolna wędrówka w górę po stromych płatach zgruźlonej ziemi. Uderzająca jest kruchość miniaturowych ludzkich sylwetek wobec przytłaczającego konkretu podłoża, odcinająca się od niego kontrastem bladość i delikatność. Ale przy tym ich długie, powolne gesty sprawiają, że postaci stają się hieratyczne, dostojne. Identyczne jak w Homework, nie tylko przez fizyczne podobieństwo lalek. Owszem, główny bohater, mimo zmniejszonej skali, jest powtórzeniem lalki z tamtego spektaklu. Tak samo ubrany, o takiej samej, niby nieoznaczonej, ale nasuwającej skojarzenia z fizys reżysera twarzy. Przede wszystkim jednak tak samo na swojej drodze upada i konsekwentnie się podnosi – w kilku sekwencjach to wręcz jawny autocytat. Czuje się, że Wielkie pytanie mimo adaptowanego tekstu i najmłodszego adresata jest bardzo prywatną wypowiedzią reżysera, swoistym suplementem; Homework skupiał się na wewnętrznej relacji człowieka ze stwórcą i opiekunem, łódzki spektakl zaś – na obiektywnej relacji ze światem zewnętrznym, choć w ramach tej samej walki o siebie.


Jarnuszkiewicz ufa najmłodszemu widzowi. Utrzymuje wręcz, że nie widzi powodu rozróżniania kategorii wiekowych, skoro sztuka jest doświadczeniem ogólnoludzkim. O ile jednak do pełnego odbioru spektaklu takiego jak Homework przydaje się pewne zaplecze przeżyć związanych z dorosłością (choć wierzę, że i dzieci mogłyby czytać go po swojemu), o tyle w jego przedstawieniach kierowanych do najmłodszych stereotypowo pojmowana dorosłość może tylko przeszkadzać. Wymagają one bowiem ogromnej otwartości, by nie rzec: czystości percepcji.


W zrealizowanym w katowickim „Ateneum” Sercu według Edmunda de Amicisa jest scena, która ilustruje ten problem najlepiej. Wychowawca tłumaczy swoim podopiecznym, że nie należy drwić z kalek, oślepionych w wyniku wojennych obrażeń. Aby uczniowie mogli poznać niezrozumiałą rzeczywistość niewidomych, każe im zamknąć oczy i skupić się na pozostałych zmysłach. Bohaterowie czynią to, Jarnuszkiewicz wygasza scenę do pełnego blackoutu i puszcza nagranie Haendlowskiej kontratenorowej arii Ombra mai fu. Wyciemnienie trwa ponad trzy minuty, kończy się wraz z końcem utworu. Jest dziewiąta rano, na widowni zasiadają klasy nauczania początkowego. Opiekunki grup, widząc, co się dzieje, natychmiast stają w gotowości do interwencji. Ale dzieci nie dają im powodu. W połowie arii zapalają się co prawda ekrany kilku telefonów, ale większość małych widzów słucha w skupieniu. Część jest wręcz zawiedziona, że utwór się skończył, kiedy znów zapala się światło, a bohaterowie wracają do dialogu. Nie słuchały tylko nauczycielki, przekonane, że taki eksperyment nie może się udać.

 

Awangarda tradycji


Przy kolejnych premierach Jarnuszkiewicza podobny brak zaufania wyrażają dyrektorzy teatrów. To paradoks, że zaprosiwszy reżysera do współpracy, od razu wyrażają obawę, czy jego spektakl nie będzie dla widza zbyt niedostępny. Zaznaczają, jak Marek Waszkiel na kolaudacji Całego królestwa króla w poznańskim Teatrze Animacji, że to rzecz eksperymentalna, niepodobna do codziennej produkcji tej sceny. Dzieci szczęśliwie jego wątpliwości nie podzielały. Słowo wstępne przed spektaklem usiłowały bez sukcesu wprowadzić władze katowickiego „Ateneum”, obawiając się być może utraty frekwencji po pięknej Dalekiej podróży Andersena (szerzej opisanej w „Teatrze” nr 5/2012), czułym traktacie o przygotowaniu do umierania przez twórczość, czy wychowawczym, dotykającym podstawowych wartości Sercu. Zamiast poszerzać je o prelekcje, spektakle po prostu rzadko się pokazuje. Nie wysyła się ich też na festiwale ani nie zmienia pory grań z poranków na popołudnia. W Baju po Gęsi… prowadzone są warsztaty dla grup, co zdaje się mieć największy sens z okołospektaklowych aktywności, ale wciąż wygląda na to, że nazwisko Jarnuszkiewicza w gronie współpracowników teatrów ma funkcję zwłaszcza prestiżową, co nie przekłada się na zaangażowanie instytucji w jego propozycje.


Z tym większą nadzieją przyjąłem wiadomość o premierze Wielkiego pytania w Pinokiu. Dyrektor, Konrad Dworakowski, sam aktywnie pracuje na odnowienie myślenia o teatrze młodego widza, dba o to, żeby dzieci miały możliwość uczestniczenia w spektaklach na własnych zasadach, jako – co powinno być wszak oczywiste – pełnoprawny odbiorca dedykowanego im teatru. Popremierowa wypowiedź Dworakowskiego sugerowała, że jakkolwiek myślenie Jarnuszkiewicza o sztuce nie jest w dzisiejszych czasach popularne, stanowi równocześnie drogę do odnowy teatru dziecięcego, w którym dziecko traktuje się z szacunkiem i bardzo poważnie. Chciałbym widzieć Wielkie pytanie, jak i inne tytuły, jako naturalny sposób mówienia do najmłodszej publiczności. Żadne to przecież nowatorstwo: zanim twórczość stała się polem dla publicystyki, jej pierwszą funkcją było budzenie estetycznego zachwytu.


Taką właśnie emocję niesie najnowsza premiera Jarnuszkiewicza. Całe królestwo króla domyka tryptyk inspirowany dziełami Erlbrucha, choć ten wystąpił tu tylko w roli ilustratora książki Król i morze Heinza Janischa, z której reżyser wywiódł swój spektakl. Filozoficzna opowiastka o chłopcu, który czuł się królem, ale stając wobec sił natury, nauczył się, że jedyne królestwo, jakim może władać, to jego życie, rozrosła się u Jarnuszkiewicza do rozmiarów godzinnego, wyrafinowanego widowiska. Król z chłopca stał się postawnym mężczyzną, którego półmaska groźnie wyrasta w koronę. To ta forma każe mu uważać się za władcę, kierować się pychą i skazywać przez nią na samotność, chociaż z natury jest dobry i uważny. Dopiero dzięki spotkaniom z innymi uczy się, że nie jest w stanie dyrygować falami morza, że nie powinien zasłaniać słońca kotu, że prawdziwą oznaką królewskości jest ukorzenie się przed najmniejszym z napotkanych stworzeń. Przychodzi na świat ze słowem „wiem”, odchodzi, mówiąc „rozumiem”.


Znów – prosta, liniowa i epizodyczna narracja, dialogi ograniczone do minimum, rozważania nad charakterem człowieka. Ale w Całym królestwie króla równym, jeśli nie nadrzędnym nośnikiem znaczeń jest forma plastyczna. Z Janischa najmniej zmienione zostały etiudki lalkowe, w których to Natura komentuje poczynania Króla, animując przedstawiającą go lalką stolikówką. Pozostałe sekwencje w optyce Króla rozgrywają się w żywym planie, między aktorami w półmaskach, posługującymi się mocno sformalizowanym ruchem, często bez słów. Każdy kadr jest szczegółowo dopracowany, kompozycje obrazów scenicznych są perfekcyjnie harmonijne i bez wyjątku piękne. Duża w tym zasługa światła, zrealizowanego przez syna Jarnuszkiewicza, Prota, które wydobywa ze scenki Teatru Animacji niewyobrażalne możliwości gry planami i zachowuje organiczne barwy. Jeszcze większa – scenografii, zaprojektowanej wspólnie przez córkę reżysera, Marcelinę, i jego studentkę Martę Zając, z którą niejednokrotnie wcześniej współpracował. Całość opiera się na harmonii w ujęciu sztuki zen – stąd jawne nawiązania do rycin Hokusaia i instalacji Kōji Kamojiego, wykorzystujących napięcia między sztucznymi formami wertykalnymi a naturalnymi poziomymi. Wpisuje się w tę estetykę i zabawa konwencją – uproszczone formy zwierząt wyrastają z japońskich latawców, gwiazdy zastąpiono lampionami, kostiumy przypominają stroje samurajów, ich drewniane sandały – zwierzęce racice. Ale wciąż najważniejsza jest praca, jaką Jarnuszkiewicz przeprowadził z aktorami nad zespołowością, świadomością znaczeń płynących z układu ciała i kompozycji kadru, nad skupieniem i odwagą poddania się powolnemu rytmowi, nad umiejętnością harmonijnego współistnienia ze światem sceny, zgodnego z myślą spektaklu.


Całe królestwo króla jest doświadczeniem skondensowanego piękna i afirmatywnej czułości – ale przy ciągłej świadomości, że to doznanie efemeryczne. Tęskni się za nim już w czasie jego trwania, w poczuciu nieuchronności końca. Tak chyba postrzega Jarnuszkiewicz także ludzkie życie, z tego napięcia wynika wzruszenie na jego spektaklach. Dziecięcy widzowie, początkowo skupiający się na dyskusjach, czy kształt na horyzoncie sceny to raczej mewa, czy gołąb, szybko wpadają w jego świat. Tym szybciej, im szybciej rodzice przestają udzielać im wyjaśnień, zawieszając rutynowe rozumienie na rzecz przeżycia.

 

Elementarz


Łatwo dokonać pełnego zestawienia motywów, gestów, obrazów i postaci, jakie przewijają się przez spektakle Jarnuszkiewicza w różnych konfiguracjach. Ich zasób jest przecież świadomie ograniczony. Świadomie, bo do mówienia o imponderabiliach nie trzeba poszerzać zakresu tematów i środków, przeciwnie – należy wiecznie powtarzać najprostsze, a niewygodne w coraz bardziej pospiesznym świecie prawdy. Mimo to reżyser się nie powiela, głęboka świadomość formy pozwala mu, zależnie od układu zabiegów, osiągać różny ich wyraz. Od odbiorcy wymaga tylko (ale i aż) otwartości, chłonięcia scenicznego świata bez trywialnych pytań o jego konstrukcję; w zamian daje mu szansę nie tylko na głębokie przeżycie, zależnie od wrażliwości – duchowe lub estetyczne, ale też na rewizję poglądu na sztukę w ogóle. Tworząc teatr całkowicie osobny, oferuje dystans również widzowi.

Źródło publikacji: http://www.teatr-pismo.pl/przeglad/1127/w_glab_siebie,_w_niebo/
Data publikacji: 21 maja 2015

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Władczość...
Magdalena Pauk, gazeta festiwalu Korczak

Na widowni rozdano relaksacyjne poduszki… na scenie widać scenografie, która kojarzy się z dalekim wschodem, w tle muzyka relaksacyjna, jak w spa… Siedząc na widowni można by pomyśleć, że się zaraz odpłynie, ale nic bardziej mylącego. Widzimy króla, który w zadumaniu o czymś rozmyśla… Na scenie pojawiają się obrazy w bieli i w czerni, co jakiś czas robiąc ogromny hałas, przebiegają zwierzęta, przelatuje motyl (ów motyl był największą zagadką wśród młodych widzów). I jeśli Ktoś myśli, że spektakl „Całe królestwo króla” Teatru Animacji w Poznaniu jest tylko o zwierzętach, przyrodzie i jednym zagubionym w tym „lesie dalekiego wschodu” królu, nic bardziej mylącego. Reżyser Marcin Jarnuszkiewicz stworzył bowiem spektakl pełen przenośni i refleksji. Pełen zadumy nad światem tekst Heinza Janischa został przeniesiony na język obrazów i zdarzeń. Bo przecież któż z nas nie czuł się chociaż raz ważniejszy od innych? Kto nie czuł się lepszy? Tak  jak Król w swoim królestwie, który wszystkim poddanym obwieszczał donośnie „jestem waszym królem”! Jakby to miało wpływ na przyrodę czy zwierzęta? Za każdym takim stwierdzeniem Król dostawał gorzką lekcję od przyrody, która rządzi się swoimi prawami. Nie można sprawić, żeby noc była jaśniejsza (bo Królowi było za ciemno), ani żeby słońce dłużej grzało. Stając wobec przyrody nawet Król traci władze. Ale jest światełko w tunelu dla despotycznego władcy, po każdej gorzkiej lekcji pada z jego ust słowo „rozumiem”. Powoli dociera do władcy, że nie jest w stanie zmienić przyrody, pór dnia ani roku. I gdy spotyka na swojej drodze robaczka, już bez despotyzmu i władczości oznajmia mu łagodnie i troskliwie „jestem twoim królem”.

W obecnym pędzie cywilizacji i ciągłym dążeniu ku lepszemu, w wymyślaniu co raz to ciekawszych i nowocześniejszej technologii, nie zauważamy rzeczy prostych, nie potrafimy zwolnić tępa. Często czujemy się lepsi od innych. Uważamy się za mądrzejszych, ważniejszych. Lubimy rządzić, staramy się zmieniać klimat i mieć wpływ na przyrodę. Dla nas gorzkimi lekcjami od przyrody, bywają powodzie, susze, tsunami, trzęsienia ziemi. Giną często całe miasta, wsie – przyroda się broni. Daje znać i pokazuje nam, że nie warto w nią ingerować. Pracując w korporacjach, ciągle „gonimy króliczka”, staramy się być lepsi od innych, bierzemy udział w niekończącym się wyścigu ku doskonałości. Często płacąc za to wysoka cenę utraty zdrowia, rodziny. Może warto zwolnić w tym pędzie donikąd… stanąć rozejrzeć się wokół siebie… Złapać harmonię i równowagę  - być królem we własnym królestwie zdystansowanym do siebie i czerpiącym radość ze spraw najprostszych…

Data publikacji:
12.10.2015

Źródło publikacji:
http://www.korczak-festival.pl/gazeta_festiwalowa_PL.php

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA

Król mądry po szkodzie
Szymon Spichalski, teatrdlawas.pl

Koniec i bomba! – chciałoby się przywołać Gombrowicza. Marcin Jarnuszkiewicz domknął niejako poznańskim przedstawieniem swoją ,,trylogię”. ,,Całe królestwo króla” stanowi zwieńczenie baśniowego cyklu, na który składają się także ,,Gęś, śmierć i tulipan” oraz ,,Wielkie pytanie”. Wszystkie trzy widowiska skierowane są (teoretycznie) do młodszej widowni, dotykając w metaforyczny sposób zagadnienia śmierci, dojrzewania, poczucia utraty.

Spektakl w Teatrze Baj poruszał temat przemijania w sposób alegoryczny. Tytułowy ptak spotykał się z kostuchą, która otaczała go szczególną opieką. W takim ujęciu śmierć nie jest końcem – staje się raczej odniesieniem dla egzystencji. W myśl zresztą znanego powiedzenia Stefana Kisielewskiego: ,,Śmierć nadaje sens życiu, dlatego trzeba ją zawsze mieć przy sobie – w myśli”. Baśniowa konwencja pozwalała dziecięcej widowni przeczuwać głębię poruszanych zagadnień, które z całą mocą zostają uświadomione dopiero w wieku dojrzałym.

Z kolei łódzkie ,,Wielkie pytanie” było spektaklem mrocznym, wręcz przerażającym. Kwestie dorastania człowieka i kruchości życia zostały przepuszczone przez ekspresjonistyczną poetykę. Ale i w tym wypadku śmierć nie była postrzegana jako koniec – wszak życie pozwala na tworzenie własnej tożsamości, skłania do brania odpowiedzialności, by ostateczne spotkanie odbywało się w spokoju ducha.

,,Całe królestwo króla” zdaje się łączyć elementy poetyki obu poprzednich przedstawień. Z jednej strony mamy ciepło i familiarność ,,Gęsi…”, z drugiej niepokojącą enigmatyczność ,,Wielkiego pytania”. Jarnuszkiewicz po raz kolejny sięga po baśnie mające wyraźne podłoże filozoficzne. Był Wolf Erlbruch, teraz podstawą scenariusza są opowiastki ze zbioru ,,Król i morze” Heinza Janischa. Baśnie pisarza dają możliwość gier z wyobraźnią, co jest szczególnie cenne w kontekście plastycznych możliwości teatru.

Tytułowy monarcha (Janusz Ryl-Krystianowski) przedstawia siebie jako wszechpotężnego władcę, uzurpującego sobie prawo do panowania nad całym światem. Zwraca się kilkakrotnie do napotykanych postaci: ,,Jestem twoim królem”. Jego podróż doprowadza go wkrótce do przekonania, że glob w żaden sposób nie podlega jego absolutnej kontroli. Jarnuszkiewicz konstruuje tę opowieść przy użyciu bogatych, plastycznych środków. Monarcha obserwuje błękitne morze, którego fale twórcy skonstruowali z prześwitujących wycinków materiału; promienie słońca prześwitują z światła rzucanego na planszę; nad głową króla fruwają umieszczone na kijkach motyle, latające ryby i inne stworzenia. Król uważa, że cały ten obieg przyrody jest skutkiem jego rozkazów. Stwierdza: ,,jestem i od jasności, i od ciemności”, próbując podporządkować sobie dzień i noc. Ale Matka Natura szybko wymusza na nim pokorę.

Okazuje się bowiem, że rzekomo boska władza monarchy ogranicza się do jego indywidualnych czynów. Postać Ryla-Krystianowskiego pomaga wznieść się w powietrze małemu ptakowi. Pyta stojącego obok drzewa (świetna gra słów!): ,,Co robisz ze swą koroną?”, na co ono opuszcza swe gałęzie. Za królem podąża cień, który powiela jego ruchy (notabene daje to ciekawy efekt pantomimiczny). Protagonista uświadamia sobie swoją małość. Nieprzypadkowo na scenie towarzyszą mu tajemniczy ,,dworzanie” – demony w białych maskach i w japońskich chodakach, animujące cały świat przedstawiony. Przemijalność ludzkiego istnienia zostaje ukazana przez jeszcze jeden zabieg. Duchy świata wnoszą na scenę platformę, na której król pojawia się w formie małej laleczki. Raz wygrzewa się ona na słońcu, innym razem przytula do drzewa. Metafora kukiełki jako małości człowieka wobec wszechświata zyskuje tutaj szczególne znaczenie. Zaś spotkanie z duchem pokazuje władcy nieprzenikalność świata, który wciąż kryje przed nami tajemnice.

Najpiękniejszym elementem spektaklu Jarnuszkiewicza jest właśnie podkreślenie afirmacji egzystencji z jej wszystkim blaskami i cieniami. Poznański spektakl jest dopracowany pod każdym względem – cieszą oko rozwiązania plastyczne i ruch sceniczny, muzyka staje się elementem dynamizującym poszczególne sekwencje. Forma spektaklu trafia do widowni w różnym wieku, co w tym przypadku też nie jest bez znaczenia. I w mocy pozostaje główne przesłanie. Możemy panować tylko na naszym małym poletku, ale nie może to być przyczyną smutku – mówią nam twórcy. Przyjmujemy bowiem odpowiedzialność za nas samych, co może być tylko pozytywne w kontekście naszego duchowego dojrzewania. A świat? Cieszmy się jego pięknem. Jak pisał Christopher Isherwood: ,,Just like that”. Po prostu.

Data publikacji
13.10.2015

Źródło publikacji:
http://teatrdlawas.pl

Recenzowany spektakl:
CAŁE KRÓLESTWO KRÓLA